Pakiet jak wyborcza obietnica

W terenowych oddziałach NFZ trwają właśnie spotkania z lekarzami rodzinnymi w sprawie tzw. pakietu onkologicznego. Zainteresowanych tematem onkologów, internistów i patologów, z którymi nikt nie chce się spotykać, uspokajam, bo wspomniane zebrania mogłyby odbywać się pod tytułem znanej czechosłowackiej komedii „Nikt nic nie wie”, co przy okazji wyjaśnia, dlaczego nie użyłem terminu szkolenia. Z drugiej strony wystarczyło dobrze słuchać, by już na początku roku dowiedzieć się o pakiecie wszystkiego, co najważniejsze.

Foto: freeimages.com

Późną jesienią 2013 r. NIK opublikowała raport zwracający uwagę na coraz dłuższe kolejki do lekarzy. Ustalenia kontrolerów zadawały kłam enefzetowsko-rządowej propagandzie głoszącej tezę, że długi czas oczekiwania to wynik celowego działania szpitali i przychodni, chcących w ten sposób wymusić podpisanie wyższych kontraktów, a także wina pacjentów zupełnie niepotrzebnie zapisujących się w kilku miejscach na raz.

Raport był na tyle szeroko komentowany, że dbający o słupki poparcia Donald Tusk postanowił działać. Podczas zwołanej 10 stycznia konferencji prasowej, premier umieścił skrócenie kolejek do lekarzy wśród priorytetów rządu na rok 2014. – Szczególnie intensywnie będziemy pracowali, jeśli chodzi o kwestie onkologiczne – mówił.

Padły wtedy także słowa o niedosypywaniu pieniędzy do ochrony zdrowia. Rzecz jasna, w szczytnym celu uchronienia pacjentów od dodatkowych opłat. Gdyby premier nie posługiwał się we wszystkim, co oficjalnie robił, czułym barometrem nastrojów społecznych, mógłby zakończyć konferencję znaczącym mrugnięciem oka. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.

Szef rządu był jak zwykle poważny i przekonujący, choć „mądrej głowie dość dwie słowie” i te mądre, przede wszystkim lekarskie głowy, już wtedy zwracały uwagę, że bez poprawy finansowania o żadnym skróceniu kolejek nie może być mowy, tylko co najwyżej przygaszeniu pożaru w jednym miejscu kosztem eskalacji w innym. To najlepszy scenariusz.

Bardzo prawdopodobny jest gorszy: podejrzenie raka zacznie być wykorzystywane jako furtka do szybszej diagnostyki nie tylko wtedy, gdy będzie to uzasadnione. Łatwo sobie wyobrazić tłumy rozeźlonych pacjentów szturmujących przychodnie i szpitale, bo przecież „ja nie mogę czekać”, „to mi się należy”, „premier obiecał”.

Pogorszy to i tak już bardzo złe relacje lekarz-pacjent oraz doprowadzi do jeszcze większych deficytów w innych dziedzinach. Nie mam wątpliwości – za cały ten pakiet zapłacimy z własnych kieszeni. Zostaniemy też obciążeni kosztami pewnych, niczym śmierć i podatki, niepowodzeń. Zwalanie winy na lekarzy to wypróbowana strategia nieradzącego sobie z problemami służby zdrowia rządu.

A w razie totalnej klapy spadnie głowa Bartosza Arłukowicza. Spadnie w sposób jedynie umowny. Bo nic, poza utratą rządowego stanowiska, ministrowi nie grozi. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby za lojalność w realizacji bieżących politycznych celów bez oglądania się na społeczne koszty został Arłukowicz sowicie wynagrodzony jakąś synekurą.

A po roku albo dwóch prawie nikt nie będzie już niczego złego o panu ministrze pamiętał, tak jak teraz mało kto pamięta, że Ewa Kopacz nie była wcale lepszym od niego ministrem zdrowia. Tak właśnie robi się u nas politykę. Gdyby wszędzie tam, gdzie to możliwe, jej nie robiono, do czego nawoływał z billboardów Donald Tusk w czasie poprzedniej kampanii samorządowej, a obecna premier tej jesieni przypomniała w spocie, w którym odcinała się od skaczących sobie do gardeł polityków, antykolejkowa reforma wyglądałaby zupełnie inaczej.

Zamiast gorączkowych prób ratowania pieniędzmi z rezerwy NFZ prowizorki, jaką jest wykrojony z wszechstronnie przemyślanego Cancer Planu pakiet onkologiczny, wzmocniono by fundamenty systemu. Pierwszym krokiem musiało by być określenie koszyka świadczeń gwarantowanych, przystającego do naszych możliwości finansowych.

Z pewnością byłoby w nim miejsce dla szybkiej diagnostyki i efektywnego leczenia onkologicznego. Na pewno jednak trzeba byłoby zrezygnować z wmawiania, że służba zdrowia jest za darmo, a jeśli są kłopoty, to na pewno wina lekarzy.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Artykuł ukazał się w „Gazecie Lekarskiej” nr 12-2014/1-2015

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.