O potrzebie mogiły Gerarda Wilka

Dwadzieścia lat temu zmarł w Paryżu wybitny polski artysta baletu Gerard Wilk. W latach 60. ubiegłego stulecia zawdzięczaliśmy mu liczne kreacje tańca współczesnego – zwłaszcza w telewizji. Jednocześnie na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie był gwiazdą baletowej klasyki, tańcząc Zygfryda w „Jeziorze łabędzim”, Alberta w „Giselle”, Księcia w „Kopciuszku”, Basilia w „Don Kichocie”, a także postacie tytułowe w „Romeo i Julii” oraz polskiej prapremierze „Spartakusa”.

Foto: Marta Jakubiak

Urodził się w Gliwicach w rodzinie niemającej nic wspólnego z uprawianiem sztuki. Toteż rodzice, widząc niezwykłe zainteresowania i predyspozycje taneczne malca, wprawdzie niechętnie, ale jednak, posłali go do szkoły baletowej w pobliskim Bytomiu. Maturę zdobył już w Warszawie i rozpoczął karierę od razu z tytułem solisty.

Doskonałe i wszechstronne wyszkolenie, wyrazista osobowość, wybitna męska uroda i szerokie, ciągle pogłębiane zainteresowania artystyczne spowodowały, że kilkanaście lat tańczył czołowe role w „Balecie XX wieku” Mauric’a Bejarta, który niejednokrotnie z myślą o nim konstruował swój repertuar. Tańczył „Bolero”, „Bakhi”, „Fausta”, był niezapomnianym Partyzantem w „Ognistym ptaku”, Szefem w „Święcie wiosny” i Tybaldem w „Romeo i Julii”.

Począwszy od 1981 r. zamieszkał na stałe w Paryżu i zakończył współpracę z Bejartem, dbając, aby pozostać w pamięci publiczności jako solista tańczący wyłącznie w szczytowej formie. Rozpoczął następny etap swej artystycznej działalności.

Jako pedagog był zapraszany przez najlepsze zespoły do Monachium, Berlina, Florencji, Lyonu, Monte Carlo i Warszawy. Prowadził mistrzowskie lekcje tańca, indywidualnie pracował z solistami, uczestniczył w próbach, kierował warsztatami i stażami baletowymi. Znajdował czas, aby podczas pobytu w Paryżu dawać perfekcyjne lekcje w Szkole Tańca Andrzeja Glegolskiego, na które najzdolniejsze tancerki i tancerze przyjeżdżali również z Warszawy.

Na rok przed śmiercią Gerard Wilk zrealizował marzenie swego życia. Otrzymał propozycję (ode mnie) wyreżyserowania opery Masseneta „Wetther”, której premiera w Teatrze Wielkim w Warszawie była jego wielkim sukcesem. Przekonany o jego wszechstronnej wiedzy, umiejętności pracy zespołowej i talencie, snułem dalsze plany naszej współpracy. On już wtedy wiedział, że umrze. Stało się to 28 sierpnia 1995 r. To był AIDS!

Pojechałem na Pere-Lachaise, aby pożegnać go od nas wszystkich podczas trudnej, serdecznej przemowy. Przywiozłem z Warszawy mnóstwo kwiatów, którymi obarczyli mnie na lotnisku liczne rozpłakane tancerki i tancerze.

Podczas kremacji stałem nad urną z prochami w gronie wielu dyrektorów oper i szefów baletów z całej Europy. Przyjechało mnóstwo tancerzy, śpiewaków i przyjaciół, których Andrzej Glegolski wprost z cmentarza zaprosił na wystawną stypę do Coupolu przy Montparnassie. Pochówku nie było. Urnę zabrał do swej podparyskiej posiadłości przyjaciel Gerarda, wybitny francuski malarz Jean Jacques Lecorre, który był scenografem jego warszawskiego „Werthera”.

Do dziś nie chce jej oddać, aby spoczęła na Powązkach pośród najwybitniejszych. Ten trudny do zaakceptowania gest świadczy również o tym, jak wielką smugę swej sztuki pozostawił utalentowany polski chłopiec z Gliwic, przemierzając drogę, która zaprowadziła go do serc i pamięci rozkochanych w nim cudzoziemców. Ale my też chcielibyśmy mieć go w Ojczyźnie, zapalać znicze, składać kwiaty i ucząc o nim w szkołach, przyprowadzać wycieczki, aby pokazać mogiłę. Jak to zrobić?

Sławomir Pietras
Dyrektor polskich teatrów operowych

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2015

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *