Lekarze a choroba alkoholowa (część 1)

Chcę powrócić do zagadnienia, które mocnym tonem, uderzone przez dra med. Bohdana Woronowicza*, odbiło się głośnym echem w Liście do Redakcji („GL” 5/2015), zatytułowanym „Czy to gorsi ludzie?” i podpisanym „Grażyna – lekarka alkoholiczka”. Zacytuję z niego dwa stwierdzenia: „Ale koledzy lekarze w zdecydowanej większości nie mają pojęcia na temat choroby alkoholowej i jej leczenia”; „Chorobę należy leczyć, a nie ukrywać”.

Leon Ferfecki

Ton i echo zostały wzmocnione doniesieniem dra Wojciecha Oleksego („GL” 4/2015 w dziale Samorząd – „Powoli, lecz pewnie”) o spotkaniu w lutym 2015 r., zorganizowanym z inicjatywy OIL w Krakowie i Regionu AA (Anonimowi Alkoholicy) „Galicja”, a także gospodarza spotkania – Towarzystwa Lekarskiego Krakowskiego; a kilka miesięcy później uzupełnione informacją mailową, jaką otrzymałem od dra Oleksego o powstaniu grupy AA lekarzy przy OIL w Krakowie.

Od zawsze, jak pamiętam, tj. przez dziesięciolecia, w sposób uwłaczający naszej wiedzy medycznej i nam lekarzom osobiście, w mediach przedstawiane są przypadki – które oczywiście bulwersują opinię publiczną – „przyłapania na gorącym uczynku” (czytaj: „przestępstwie”) lekarza nietrzeźwego w pracy. Słabo przypominam sobie, aby telewizja z kamerami pospieszyła – chociaż też się to zdarza – do nietrzeźwego policjanta, polityka, nauczyciela, sędziego, duchownego itd. I wówczas przełożony takiego chorego na alkoholizm lekarza, także lekarz, zapewnia przed kamerami publikę, że zostaną wyciągnięte konsekwencje, najpewniej zwolnienie z pracy. Nic o tym, że ciężko chory lekarz zostanie skierowany na leczenie.

Nie mamy chyba wątpliwości, że nieutrzymywanie trzeźwości w pracy jest objawem zaawansowanej i ciężkiej już choroby uzależnieniowej. Niemożność powstrzymania się od picia alkoholu i kontrolowania jego używania jest jednym z objawów (zasadniczym) choroby alkoholowej, o czym wszyscy medycy zapewne zdajemy sobie doskonale sprawę. Nie wie tego lekarz, który jest przełożonym chorego kolegi? To tak, jakby tolerowano i nie spieszono z pomocą pokasłującemu codziennie koledze lekarzowi, choremu być może na gruźlicę, POChP albo nawet płuc, ale niepotrafiącemu przejąć się swoimi osobistymi objawami choroby; w końcu – z powodu ciężkiego napadu uporczywego kaszlu, który wystąpił w czasie pracy tego medyka – pacjent lub jego rodzina wzywa policję i telewizję, bo oto taki ciężko chory lekarz został dopuszczony do pracy, przecież nie jest w stanie jej wykonywać i jeszcze zaraża swoich pacjentów jakąś chorobą.

A przecież, na sto procent, objawy choroby alkoholowej lekarza (i każdego innego pracownika) otoczenie/środowisko jego pracy obserwuje i toleruje, najczęściej też w to się wikła, od miesięcy, a nawet lat. Czy ma jakiś sens bagatelizowanie i tuszowanie (!) objawów jakiejkolwiek choroby? Nie postępujemy przecież tak z objawami np. bólowymi schorzeń. No cóż, choroby uzależnieniowe odróżniają się od chorób stricte somatycznych swoją przedziwną specyfiką, wynikającą z działania mechanizmów psychologicznych, które czynią chorobę nierozpoznawalną po swoich objawach dla samego chorego i kształtującą system manipulowania swą własną psychiką i wszystkimi osobami bliżej i dalej współżyjącymi z chorym. Osobisty ogląd tych mechanizmów oddał literacko Stephen King w książce pt. „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”.

Oto co napisał: „Gdybym coś spieprzył – którejś nocy wypadł z szosy albo schrzanił telewizyjny wywiad na żywo, ktoś mógłby kazać mi kontrolować picie, a mówienie alkoholikowi, by kontrolował picie, jest jak mówienie człowiekowi cierpiącemu na najgorszy na świecie przypadek rozwolnienia, by kontrolował swoje kiszki. (…) Sama idea picia dla smaku wydaje mi się absurdalna. Jeśli nie chcesz się urżnąć, to czemu po prostu nie wypijesz coli? (…) W 1985 r. do moich problemów z alkoholem dołączyły prochy. Mimo wszystko, jak wielu nałogowców, wciąż funkcjonowałem i jakoś sobie radziłem. Śmiertelnie się bałem. W owym czasie nie wyobrażałem sobie innego życia. (…) moja żona, uznawszy w końcu, że sam nie zdołam wyrwać się z tej koszmarnej spirali, zaczęła działać. Z pewnością nie było to łatwe – w owym czasie straciłem zupełnie kontakt ze zdrowym rozsądkiem – ale udało się jej. Zorganizowała grupę interwencyjną złożoną z członków rodziny i przyjaciół. Razem urządzili mi piekielną psychodramę. (…) zacząłem się targować, bo tak właśnie postępują nałogowcy, w końcu zyskałem dwa tygodnie na zastanowienie. Kiedy patrzę z dzisiejszej perspektywy, w tym właśnie najwyraźniej dostrzegam szaleństwo owego okresu. Facet stoi na dachu płonącego budynku. Zjawia się helikopter, zawisa nad nim, rzuca mu linę. «Wspinaj się» – wrzeszczy pilot, a gość na dachu płonącego budynku odpowiada: «Dajcie mi dwa tygodnie na zastanowienie »”.

Wszyscy Polacy spotykamy się od dzieciństwa z osobami uzależnionymi od alkoholu i jesteśmy wplątywani i wikłani w sieć psychologiczno-społecznych, oczywiście także rodzinnych, mechanizmów i relacji, które są nieuniknione w kontaktach i we współżyciu z tymi chorymi. Traktujemy te osoby (a jest ich masa – około 15 proc. populacji, a włączywszy osoby współuzależnione i uwikłane choćby na krótko i okresowo, możemy mówić de facto o 100 proc.), bardzo różnie: od nastawień nadzwyczaj pozytywnych – jako osoby dowcipne, będące „duszami towarzystwa”, nawet heroiczne, poprzez pobłażliwe i tłumaczące – żeby wykonać jakieś zadanie (np. zoperować pacjenta), „musi się napić”, do negatywnych i wykluczających – używamy wtedy określeń „pijak”, „lump”, „menel”, „alkoholik”; to ostatnie ma zabarwienie bardzo pejoratywne, np. żona mówi o mężu: „może on jest pijakiem, ale na pewno nie alkoholikiem”.

Sam oczywiście wielokrotnie owego wplątywania i wikłania w moim życiu doznawałem, podzielę się z Koleżankami i Kolegami kilkoma tylko własnymi doświadczeniami i obserwacjami dotyczącymi lekarzy i mojej pracy lekarza. W czasie, gdy byłem wolontariuszem i dostałem etat (w 1981 r., miałem wówczas świeżutką „jedynkę” z psychiatrii) w oddziale psychiatrycznym dużego szpitala w Krakowie, zastępcą, i spodziewanym następcą, ordynatora był około 50-letni specjalista z doktoratem, z którym osobiście nie popracowałem, ponieważ z powodu „nałogowego” picia alkoholu (trwało to ładnych kilka lat, w końcówce – codziennie w pracy z „kolegami” w kotłowni szpitala) był właśnie z pracy zwalniany, „prawie że dyscyplinarnie”.

Po tym zatrudniony był przez krótki czas w poradni przeciwalkoholowej (sic!), po czym zmarł z powodu „kardiomiopatii alkoholowej”. Jego wieloletni koledzy – lekarze z oddziału, wstydząc się zapewne udziału w jego pogrzebie, mnie z dwiema pielęgniarkami wydelegowali do reprezentowania oddziału na tej smutnej uroczystości. W tamtych czasach (mowa o latach 80. XX w.) działały nieliczne poradnie przeciwalkoholowe, w których nielicznych alkoholików przymusowo „leczono” Anticolem (disulfiramem). Zaś na oddział psychiatryczny trafiało sporo chorych na alkoholizm, których po detoksie „leczyliśmy” mądrym gadaniem i – we współpracy z oddziałem chirurgicznym – wszywaniem Esperalu (disulfiramu) pod skórę (tzw. wszywki, zaszywanie lub szczepienie), które stopniowo przez kilka miesięcy miały wchłaniać się do krwiobiegu, co miało powodować utrzymywanie abstynencji wymuszanej strachem przed bardzo nieprzyjemnymi doznaniami, wynikającymi z reakcji organizmu na efekt reakcji chemicznej: alkohol + disulfiram = aldehyd octowy (tzw. terapia awersyjna).

Tego, w jaki sposób naprawdę można pomóc osobie chorej na alkoholizm, dowiedziałem się w roku bodajże 1988 (a byłem już od 1985 r. specjalistą psychiatrą II stopnia) nie od nauczycieli lekarzy czy od kolegów lekarzy, lecz od alkoholika. Był nim profesor prawa i socjologii, Wiktor Osiatyński, który po 5 latach od zakończenia swojej terapii, z której skorzystał w USA, stał się alkoholikiem niepijącym i „trzeźwiejącym”, opowiadał o sobie, swoim alkoholizmie i leczeniu, jakie przebył. Spotkanie z prof. Osiatyńskim odbyło się w ramach jednego z wtorkowych spotkań naukowych, tradycyjnie mających miejsce w bibliotece Kliniki Psychiatrii Akademii Medycznej w Krakowie. Wielu doświadczonych lekarzy psychiatrów uczestniczących w tym spotkaniu przyjęło wystąpienie prof. Osiatyńskiego bardzo sceptycznie. Szczególnie nie spodobała się im ta prawda, że „autorytet” lekarza, który ma ambicję wyleczyć pacjenta z choroby alkoholowej, w tym przypadku zupełnie nie działa i nie ma żadnych szans, aby lekarskie zalecenie zaprzestania lub ograniczenia picia alkoholik zrealizował.

Wiktor Osiatyński, będący bardzo dobrym literatem, opisał swoją terapię (20 lat po jej przebyciu) w książce pt. „Rehab”, a po następnych blisko 10 latach (w 2012 r.) w książkach „Litacja” i „Rehabilitacja” przedstawił swoje „życie wewnętrzne” i różnorakie doświadczenia z kolejnych lat po przebytej terapii. W „Posłowiu: dwudziesty dziewiąty rok” napisał: „Człowiek z pokiereszowanym ego niemal na każdy bodziec reaguje niewłaściwie”; „Książka pokazuje (…), jak zdradliwy i podstępny potrafi być własny umysł”. Niedługo po spotkaniu w Klinice Psychiatrii z prof. Osiatyńskim, udałem się na jeden z mitingów AA w Krakowie, które już, nieliczne jeszcze, w tym dużym mieście się odbywały. Grupa AA z powodu mojego uczestnictwa uczyniła ten miting otwartym, dużo skorzystałem.

I oto przypadła mi na moim oddziale do leczenia pacjentka z chorobą alkoholową, 48-letnia lekarka anestezjolog. Chora ta z powodu swojego alkoholizmu straciła już męża, przyjaciół, była wyniszczona somatycznie, traciła właśnie pracę w swoim szpitalu (nie w Krakowie). Wykorzystałem świeżo nabytą wiedzę – po detoksykacji nie pokierowałem mojej pacjentki na wszczep Esperalu (nie stosuję disulfiramu w „leczeniu” chorych na alkoholizm; „terapie awersyjne” traktuję wręcz jako błąd w sztuce). Dzięki pomocy Wojtka Oleksego (który wówczas, będąc młodziutkim psychiatrą, toczył boje ze swoim szefem, ordynatorem oddziału leczenia alkoholików w szpitalu psychiatrycznym, o wprowadzanie nowoczesnych metod terapii), pokierowałem koleżankę lekarkę alkoholiczkę na kilka mitingów AA; skorzystała z nich w ramach hospitalizacji i została z oddziału wypisana. Jak się po około roku dowiedziałem, ten sposób postępowania przyniósł spektakularny efekt: koleżanka lekarka pracowała w zawodzie, w jej miejscowości działała grupa AA.

Niestety, w pamięci mam pojedyncze jedynie przypadki efektywnego radzenia sobie ze swoją chorobą alkoholową (uzależnieniową) lekarzy, a przykładów niepomyślnych i wręcz tragicznych – mnóstwo. Przypuszczam, iż wynika to z tego, że aby dostrzec u siebie objawy tego schorzenia, zgłosić się po pomoc i skutecznie z niej korzystać (zawiera się w tym terapia i ruch samopomocowy), konieczne jest wyzbycie się psychologicznego poczucia lekarskiej potencji i mocy w panowaniu nad ludzkimi organizmami, także swoim. Zachowanie poczucia mocy jest w ogóle niezmiernie istotnym czynnikiem w rozwoju i utrzymywaniu się tej choroby u osób uzależnionych i oczywiście nie dotyczy jedynie lekarzy.

O moich doświadczeniach w walce z chorobą alkoholową, także wśród kolegów lekarzy, już w kolejnym numerze „Gazety Lekarskiej”.

Leon Ferfecki
Lekarz specjalista psychiatra

* „Gdy lekarz nie dostrzega swojej choroby” („GL” 10/2014), „Niepokojące zachowania” („GL” 4/2015), „Uzależnienie w rodzinie” („GL” 5/2015)

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2016

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.