Cukier groźniejszy niż tłuszcz

Gdybyśmy, tak jak w „Familiadzie”, zapytali, jaki składnik żywności sprawia, że jest ona niezdrowa, zdecydowana większość wskazałaby na tłuszcz. Nie inaczej byłoby, gdyby test zawęzić do lekarzy. Jestem o tym przekonany, bo to przecież z naszego środowiska wyszło w świat przesłanie, że co tłuste, to niezdrowe.

Foto: Magdalena Limanowska

Zaczęło się od wyodrębnienia, około pół wieku temu, dwóch głównych lipoprotein, transportujących cholesterol we krwi: LDL i HDL. Szybko zauważono, że tłuszcze w diecie podwyższają stężenie LDL. Obserwacje epidemiologów z lat 70. ubiegłego stulecia jasno wskazywały na dodatnią korelację LDL z zawałami serca. Skoro tłuszcz to LDL, a LDL to zawały, wniosek nasuwał się prosty – mniej tłuszczu w diecie to mniej zawałów.

Oczywista wydawała się też inna zależność: mniej kalorii spożywanych w postaci tłuszczu równa się zachowanie prawidłowej masy ciała. I tak zaczęła się wielka wojna, która trwa do dzisiaj. Z działaniami prowadzonymi na wielu frontach, a skierowanymi przeciwko tłuszczom w naszym pożywieniu, każdy z nas nieraz się spotkał. Zastanawia, dlaczego tak niewiele miejsca poświęca się dyskusji na temat przyczyn spektakularnej porażki, jakiej doznaliśmy, walcząc z tłuszczem.

Wprawdzie medycyna naprawcza rozkwita, to jednocześnie, choroby cywilizacyjne, zależne w dużym stopniu od diety, coraz bezczelniej grają nam na nosie. Gdyby była to wina nierozgarniętego społeczeństwa, które nie chce słuchać naszych światłych rad, nie mielibyśmy aż tylu specjalistów, którzy mimo wiedzy, popartej nieraz tytułami naukowymi, nie potrafią poradzić sobie nie tylko z BMI pacjentów, ale i własnym.

Felieton to nie esej naukowy, pozwalający skrupulatnie wyważyć szerokie spektrum argumentów. Lapidarna forma wypowiedzi wymusza posługiwanie się zbudowanymi ze słów czytelnymi obrazami. Tym chętniej więc sięgam po obraz filmowy, rozwijając tytułową sugestię, otwierającą – nie tylko w mojej ocenie – drogę do zdrowszego odżywiania znacznie szerzej niż wskazówki koncentrujące się na restrykcjach w zakresie tłuszczów.

Wczesną wiosną przez ekrany niektórych kin przemknął australijski fabularyzowany dokument pt. „Cały ten cukier”. Jest to opowieść o zdrowym, szczupłym trzydziestolatku, który postanowił przez dwa miesiące zastąpić część kalorii z tłuszczów i białek pochodzącymi z cukrów. Spożywając tak jak wcześniej 2300 kcal dziennie, zjadał każdego dnia tyle cukrów, ile przeciętny Australijczyk, czyli 40 4-gramowych łyżeczek. W jego diecie nie było słodyczy, czekolady, lodów, jak i popularnych, znanych na całym świecie, napojów orzeźwiających.

Starał się wybierać produkty niskotłuszczowe. Chętnie sięgał po jogurty i mleczne napoje, soki owocowe, płatki śniadaniowe i musli, a także gotowe dania, w tym przeznaczone dla dzieci w wieku szkolnym. Na zakończenie swojej przygody z dietą wysokowęglowodanową i niskotłuszczową bohater filmu był o 8,5 kg cięższy, miał 10 centymetrów więcej w pasie, a wcześniej prawidłowe testy laboratoryjne wskazywały na zwiększone stężenie trójglicerydów i transaminaz. Doszły do tego niekorzystne zmiany samopoczucia – stał się drażliwy, miał kłopoty ze snem i mniej niż wcześniej energii życiowej.

Opisany pokrótce dokument, do obejrzenia którego gorąco zachęcam, jest oskarżeniem nie tyle wszystkich cukrów, ile fruktozy. To właśnie jej ilość, głównie za sprawą wyprodukowanych przez przemysł spożywczy wysokofruktozowych dodatków do żywności, zwiększyła się w diecie kilkadziesiąt razy, przyczyniając się w znaczący sposób do epidemii otyłości.

Wszystko przez metabolizm fruktozy, zamieniający ją w tłuszcz, oblepiający trzewia, a potem tworzący na brzuchu charakterystyczną oponkę. Przemiany metaboliczne fruktozy wiodą też do zwiększenia stężenia kwasu moczowego. Ostatnio zapanowała w medycynie moda na walkę z hiperurykemią. Szkoda, że wyłącznie farmakoterapią.

Poza tym „Cały ten cukier” bardzo mocno akcentuje, że kaloria kalorii nierówna. Fakt ten, chociaż łatwo go potwierdzić, wypytując o nawyki żywieniowe niemal każdego otyłego, jakoś nie może przebić się do świadomości zdecydowanej większości lekarzy i dietetyków. Ciągle obowiązującym kanonem jest skupianie się na ograniczaniu wartości energetycznej diety, co daje najwyżej krótkotrwałe efekty, a w wieku 40+ nawet i o nie bardzo trudno.

Początek lata to bardzo dobra pora na poszerzenie i uaktualnienie swojej wiedzy na temat odżywiania. Pozwoli to już we wrześniu dawać pacjentom skuteczniejsze wskazówki dietetyczne, świecąc samemu dobrym przykładem. Jest na to realna szansa. Bohaterowi „Całego tego cukru” powrót do formy sprzed wysokofruktozowego eksperymentu zajął kilka tygodni.

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6-7/2016

Powiązane aktualności

komentarze 2

Skomentuj
  1. Czytelnik
    Sie 02, 2016 - 05:45 PM

    To najlepszy tekst dra Badurka, jaki czytałem. A czytam Pana felietony co numer.
    Doktorze, proszę częściej pisać o tym, w czym jest Pan znawcą (diabetologia, odżywianie), a mniej o tym, w czym nie jest Pan specjalistą (recenzowanie działań Ministerstwa Zdrowia).
    Serdeczności!

    ODPOWIEDZ
  2. marek kochan
    Sie 10, 2016 - 11:33 AM

    A ja bardzo cenię polityczne diagnozy doktora Badurka. Są wyjątkowo celne, choć czasem kąśliwe. Felieton o żywieniu to chyba tylko tak na lato.

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.