Lekarz na widowni

Dawniej podczas przedstawień teatralnych obowiązywały dyżury lekarskie. Różnego rodzaju zasłabnięcia zdarzały się nie tylko artystom na scenie, ale również widzom na widowni.

Foto: freeimages.com

Spektakle operowe zatrudniają kilkuset wykonawców i niemal drugie tyle obsługi. Wcale nierzadkie bywają więc nagłe niedyspozycje solistów lub chórzystów, kontuzje tancerzy, zdrowotne niedyspozycje muzyków czy wypadki przy pracy maszynistów i elektryków.

Stała obecność lekarza była więc wielkim dobrodziejstwem, a często wręcz koniecznością. Jak jest teraz, wolę nie wiedzieć. Pewien średnio kompetentny czynnik na moje pytanie w tej sprawie odpowiedział, że jak nie ma w pobliżu lekarza, to artyści znacznie rzadziej zapadają na cokolwiek, a więc koszty eksploatacyjne spektaklu są o tyle niższe. Wszędzie te – często bezsensowne – oszczędności!

Dyżurujący dawniej lekarze siedzieli wśród publiczności, a w przerwach – gdy nic się nie działo – chętnie dzielili się swymi spostrzeżeniami i uwagami z nadzorującym przedstawienie dyrektorem. Ich refleksje dotyczyły często spraw artystycznych, poziomu wykonania i kondycji zdrowotnej wykonawców. Ale nie tylko. Komentowaliśmy to, co działo się na widowni, jej skład, reakcje na to, co oglądano na scenie i rozmaite zachowania się w teatrze.

Zdarzało się, że trzeba było udzielić pomocy widzowi nie dlatego, że zbyt mocno przeżywał akcję sceniczną, ale na skutek ataku po wieczornym przejedzeniu, niezabrania z domu niezbędnych leków lub wypiciu nadmiernych ilości trunków w bufecie na pierwszym piętrze w czasie antraktu i spadnięcie ze schodów w drodze powrotnej na parter.

Szkoda, że zlikwidowano te lekarskie dyżury. Od czasów, które opisuję, w teatrach wiele się zmieniło. Ciekawe, jak komentowaliby te nowe obyczaje potomkowie Hipokratesa, obserwujący teatralną codzienność. Obecnie większość, zwłaszcza tej lepiej ubranej publiczności, przychodzi z aparatami fotograficznymi i telefonami komórkowymi, aby mieć pamiątkę z pobytu w przybytku Melpomeny.

Dawniej wystarczyło kupienie programu z obsadą. Teraz trzeba pozować w westybulu, w rzędach, na tle kurtyny i podczas aplauzu. Mimo zakazu ogłaszanego przez megafony (okropny zwyczaj!), należy ukradkiem sfotografować przedstawienia z udziałem żony oklaskującej artystów, zwykle w paradnej sukni, etoli i biżuterii. Do dobrego tonu należy nie wyłączać komórki, a gdy zadzwoni, oznajmić, że jest się właśnie w teatrze „spektakl okropny, publiczność senna, zadzwonię później i wszystko ci opowiem”.

Widzowie mniej eleganccy wnoszą na widownię butelki z piciem – co dawniej było nie do pomyślenia – i trąbią nimi w kierunku sceny. Bywają również przypadki konsumpcji wcale nie pralinek i cukierków, jak ongiś, ale kanapek, pizzy, a nawet kiełbasy z bułką (ale to już rzadziej). Zdarzają się przypadki zaśnięć, pojedynczych lub zbiorowych. Dzieje się to najczęściej na spektaklach awangardowych reżyserów, którzy sami nie rozumieją tego, co wyreżyserowali. Trudno więc dziwić się znużonej publiczności.

Nie lepiej dzieje się na scenie, zwłaszcza po zakończeniu przedstawienia. Na skutek aplauzu kolejno pojawiają się soliści na tle stojącego chóru, który – nie wiedzieć czemu – razem z publicznością oklaskuje protagonistów. Jednych mocniej, drugich słabiej, innych wcale, według chórowego uważania. Soliści też sobie wzajemnie biją brawa, ściskają się, całują, składają gratulacje, a w końcu wyciągają zza kulis spoconego dyrygenta, który opierając się, udaje, że nie jest niczemu winien.

W końcu bileterzy wynoszą bukiety. Często otrzymują je chórzystki z ostatniego rzędu, a nie kłaniające się gwiazdy. Kiedyś usłyszałem za plecami komentarz pewnego melomana, który mówił do żony: popatrz, kwiaty dostała nieznana śpiewaczka od wielbicieli, bo pewnie jest niedoceniana przez dyrekcję. Często obok bukietów artyści na oczach publiczności odbierają maskotki, misie, laleczki, paczki żywnościowe, butelki trunków, żywe pieski, morskie świnki, a nawet raz widziałem kanarka w klatce.

Jak dobrze, że nie muszą tego oglądać dyżurujący lekarze, których pracę z prawdziwym sentymentem wspominam z teatralnej codzienności przed laty.

Sławomir Pietras
Dyrektor polskich teatrów operowych

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6-7/2016

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.