Ciekawość otwiera drzwi do postępu

Z prof. Wojciechem Maksymowiczem, kierownikiem Katedry Neurologii i Neurochirurgii i prorektorem Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, rozmawiają Ryszard Golański i Marta Jakubiak.

Prof. Wojciech Maksymowicz
Foto: archiwum UWM

Po naszej rozmowie idzie pan profesor do Ministerstwa Zdrowia. Z kim się pan tam spotka i o czym będzie rozmawiał?

Mamy posiedzenie Rady Naukowej przy Ministrze Zdrowia. Jestem jej członkiem od 10 lat. Zostałem powołany jeszcze przez ministra Zbigniewa Religę i mimo zmieniających się rządów, to chyba najbardziej stabilne miejsce, w którym mogłem funkcjonować w zakresie doradczym.

W ministerstwie cyklicznie odbywają się spotkania przedstawicieli wielu środowisk medycznych reprezentujących różne obszary specjalizacyjne. Do dyskusji często zapraszani są też konsultanci krajowi i prezesi towarzystw naukowych. Dzisiaj będą dyskutowane dwie ważne kwestie: jedna związana z programem onkologicznym, druga – z programem transplantacyjnym.

Rada Naukowa przy Ministrze Zdrowia to dobre forum dyskusyjne, w czasie którego można wypowiadać się w kwestiach dotyczących ochrony zdrowia, a podejmujący decyzje w resorcie mają szansę skorzystać z podpowiedzi środowiska naukowego. Nie zawsze niestety chcą to robić. Bywały takie okresy, kiedy ministrowie pojawiali się bardzo rzadko, tylko symbolicznie. Trzeba przyznać, że obecny minister uczestniczy w naszych posiedzeniach i z uwagą słucha.

Czyli jest szansa, że zgłaszane przez Radę postulaty, mogą być przyjęte?

W miarę możliwości. Jestem już dosyć dojrzały i wiem, że możliwości są bardzo ograniczone, bo Polska to wciąż kraj na dorobku. Polityka rządzi się swoimi prawami. Dlatego często w życie wchodzi coś, co jest niedoskonałe, jak pakiet onkologiczny, któremu sprzeciwiałem się od samego początku.

Ilu pacjentom w śpiączkach wszczepiono już neurostymulatory i na czym polegał zabieg?

Zabieg wykonano u siedmiu pacjentów. Najpierw u pierwszych czterech, w lipcu u kolejnych trzech. Wprowadziliśmy elektrody nad oponę twardą rdzenia kręgowego w górnym odcinku szyjnym. W ten sposób stymulacja oddziałuje na twór siatkowaty, który rozciąga się powyżej.

Sygnały pozwalające na kontakt z otoczeniem, czyli przytomność pacjenta, wędrują dalej przez wzgórze do kory mózgowej. Niemniej ważne jest wpływanie na układ autonomiczny, w wyniku czego pojawia się możliwość zwiększenia przepływu mózgowego.

Jakie są efekty?

Ten najbardziej spektakularny to odzyskanie przez chorego zdolności nawiązania kontaktu werbalnego. Dzięki nuerostymulacji 35-letni pacjent, który zapadł w śpiączkę po urazie głowy, zaczął rozmawiać. Utrzymywał się w stanie nieprzytomności od maja. Kiedy trafił do naszej kliniki, zaczęliśmy go obserwować.

Miał pewną reaktywność na niskim poziomie, ale widoczną. Dzięki obserwacjom i badaniom ustaliliśmy, że wszedł w fazę minimalnego stanu świadomości. To nowe pojęcie. Pojawiające się od pewnego czasu dla zdefiniowania czegoś pomiędzy stanem wegetatywnym a przytomnością.

Jak było wcześniej?

Pojęcie stanu wegetatywnego stworzono w latach 60. ubiegłego stulecia. Nie jest więc takie stare. Stanem wegetatywnym określano przypadki, kiedy chorzy po uszkodzeniu mózgu nie odzyskali zdolności kontaktu z otoczeniem, mimo przejścia przez okres rekonwalescencji. A efekty uszkodzenia mózgu, powodujące utratę przytomności i brak zdolności kontaktu nazywano przejściem w stan wegetatywny, a następnie w przewlekły stan wegetatywny.

Nic nie było pomiędzy. Badania ostatnich dziesięciu lat i możliwości zajrzenia bardziej dokładnie w czynności mózgu, m.in. poprzez rezonans magnetyczny czy badania encefalograficzne, pokazały, że jest grupa chorych, która pozostaje aktywna mózgowo, choć nie nawiązuje kontaktu. Jeżeli pokaże się takiemu pacjentowi jakiś obraz, reaguje on w sposób często niewidoczny na zewnątrz, ale możliwy do zaobserwowania w czynnościowym rezonansie magnetycznym mózgu.

To znaczyło, że dana osoba coś przeżywa, że obraz przemawia do mózgu, choć nie budzi przytomności. Są chorzy, których mózg całkiem nieźle pracuje, ale nie jest zdolny do nawiązania kontaktu. To właśnie nazywamy minimalnym stanem świadomości. Takich chorych wyławiamy, bo rokują poprawę stanu świadomości po zastosowaniu stymulacji.

Jak nawiązał pan współpracę z lekarzami z Japonii?

Międzynarodowe towarzystwo zajmujące się stymulacją układu nerwowego: International Neuromodulation Society, przed 4 laty zorganizowało światowy kongres w Berlinie, w którym uczestniczyłem jako prezes Polskiego Towarzystwa Neuromodulacji. Lekarze z Japonii prezentowali efekty leczenia minimalnego stanu świadomości za pomocą stymulacji rdzenia kręgowego. Wyniki były tak intrygujące, że aż nie do uwierzenia. Ciekawość otwiera drzwi do postępu.

I postanowił pan spróbować tej metody w Polsce?

Zainteresowanie było z dwóch stron: moje jako lekarza i Ewy Błaszczyk. Jej Fundacja „Akogo” jest niezwykła, a swoje cele statutowe realizuje również poprzez organizowanie debaty naukowej. Jesienią zeszłego roku odbyło się sympozjum naukowe, które dało nam szansę nawiązania kontaktu z prof. Kano, wybitnym neurochirurgiem japońskim, i prof. Moritą, jego uczniem.

Nad czym teraz pracujecie?

Prowadzimy na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim prospektywne badania naukowe, także dotyczące przepływu mózgowego za pomocą metody izotopowej, badaniem SPECT CT.

Zaobserwowaliśmy, że u chorych w minimalnym stanie świadomości jest zupełnie niezły przepływ mózgowy, wskazujący również na dobry metabolizm mózgu i poprawia się jeszcze po zastosowaniu stymulacji rdzenia kręgowego. Z kolei u pacjentów w stanie wegetatywnym, mimo że klinicznie wyglądają podobnie, przepływ mózgowy jest zwykle upośledzony, a metabolizm słabszy.

Co z „Budzikiem dla dorosłych”? Na jakim etapie są prace?

Ponad 200 chorych zostało zgłoszonych przez rodziny, które chcą, by zostali przez nas przebadani. Tylko część z nich będzie mogła skorzystać z terapii w tym nowym ośrodku, gdyż przyjmowani będą pacjenci do roku od urazu i pół roku po innych zdarzeniach, które wywołały śpiączkę. Wykonaliśmy już remont. Jesteśmy w trakcie kompletowania wyposażenia.

Koszty w pełni ponosi uniwersytet, a te są znaczne. Jednak spotykamy zrozumienie ze strony kolegów z innych wydziałów. Wszyscy, którzy zajmują się humanistyką, logopedzi, socjologowie, psychologowie, rozumieją, że kiedy powstanie taka klinika, oni również będą mieli ważne zadania do spełnienia.

Ile będzie łóżek?

To zależy od finasowania. Możemy robić badania w pewnym zakresie, ale codzienna opieka i terapia wymagają bardzo dużych nakładów finansowych. Najwięcej kosztują ludzie. A w takim miejscu potrzebny jest bardzo liczny personel, liczniejszy niż na normalnej rehabilitacji czy nawet rehabilitacji neurologicznej.

Chcielibyśmy, żeby wszystko powstawało szybciej, ale na razie się nie da. Na szczęście droga jest już otwarta, projekt rozporządzenia opiniowany, ostatnie szlify dokonują się już w Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Czekamy na podpis Ministra Zdrowia i wejście w życie rozporządzenia. Ma to nastąpić w styczniu przyszłego roku.

Wówczas NFZ będzie mógł rozpocząć procedurę kontraktowania. Jest szansa, że od lutego „Budzik dla dorosłych” zacznie działać. Początkowo będzie tylko osiem łóżek, docelowo planujemy zwiększanie tej liczby.

Jakie jest miejsce Olsztyna i Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego z Wydziałem Medycznym jako nowego ośrodka akademickiego na mapie Polski?

Najważniejsze oceny to te zewnętrzne. Są najbardziej obiektywne. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zeszłoroczny egzamin państwowy naszym absolwentom udało się zdać najlepiej w Polsce. I to wszystkim absolwentom, co się często nie zdarza. To świadczy o wyrównanym poziomie dydaktycznym i konsekwentnym pilnowaniu poziomu wiedzy naszych studentów.

Mury naszej uczelni dopiero trzeci raz opuszczają absolwenci. Za pierwszym razem zajęliśmy pozycję czwartą, potem pierwszą, a jak będzie w tym roku, niebawem się przekonamy. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski z Wydziałem Medycznym to nowe miejsce, które jest taką małą Ameryką medycyny. To szansa dla ambitnych, którzy przyjeżdżają tu z całej Polski.

Głosy były sceptyczne co do tworzenia nowych wydziałów i uczelni medycznych.

To zupełnie zrozumiałe. Po co jeszcze jedna „gęba do wyżywienia”, skoro te, które już istnieją, są nienakarmione? Ja to rozumiem. Niemniej trzeba było tę białą plamę na mapie Polski wypełnić. Jestem przekonany, że zrobiliśmy to dobrze.

Uważam, że ogromne zainteresowanie prowadzeniem studiów medycznych przez bardzo liczne uczelnie nie sprzyja jakości kształcenia. Są pomysły, żeby tworzyć wydziały kształcące lekarzy bez nauki medycznej. To chore. Bez nauki medycyna nie powinna być wykładana.

W Olsztynie wykonaliśmy wielki wysiłek, by było to równoległe. Mamy trzydzieści kilka katedr i zakładów, prowadzimy prace naukowe. Nasz wydział uzyskał już pełne uprawnienia akademickie. Najpierw otrzymaliśmy prawo doktoryzowania, a następnie Centralna Komisja do spraw Tytułów i Stopni Naukowych przyznała nam prawo prowadzenia habilitacji. Nie jesteśmy już nowicjuszami. Za rok będziemy obchodzili 10-lecie wydziału.

Jak duży postęp dokonał się w neurochirurgii od czasu, kiedy zaczął pan profesor pracę w zawodzie?

Nieziemski. To zupełnie inna neurochirurgia niż ta, której się uczyłem. Weźmy chociażby komórki macierzyste, które jeszcze do niedawna były w neurochirurgii czymś mało znanym i nie do końca poważnie traktowanym. Zainteresowałem się tym tematem w 2006 r. Podanie bezpośrednie do rdzenia to wyzwanie.

Cały czas nad tym pracujemy. Jesteśmy bardzo zaawansowani. Uniwersytet dał nam środki na stworzenie prototypu aplikatora, który wytworzono w Instytucie Podstawowych Problemów Techniki PAN, z którym współpracujemy. Mamy świetne centrum medycyny eksperymentalnej, z doskonale wyposażonymi salami operacyjnymi. Musimy to wykorzystać.

Chcemy do końca roku być gotowi do pierwszych aplikacji komórek macierzystych. Najciekawsze prace na temat wykorzystania komórek macierzystych w leczeniu stwardnienia bocznego zanikowego, które ukazały się w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat, to badania pod kierunkiem Ewy Feldman, prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Pokazują, że w pojedynczych przypadkach po podaniu komórek macierzystych dochodziło do poprawy, a nie tylko do zatrzymania choroby. My też jesteśmy na tym etapie, podobnie jak koledzy z Wrocławia, którzy skupili się na ostrym przecięciu rdzenia. Najczęstszym problemem jest jednak uraz rdzenia z jego uciśnięciem lub zgnieceniem.

Nie ma przerwania ciągłości anatomicznej, ale wszystko siada funkcjonalnie. Dochodzi do niedokrwienia i zawału rdzenia. Chcemy skupić aktywność wokół tego zagadnienia. Zgłaszają się już chorzy, a my przygotowujemy się, żeby spróbować im pomóc. Nie jestem aż tak bezczelny, żeby mówić, że na pewno im pomożemy, ale będziemy próbować.

Chcemy też stworzyć centrum serca i mózgu, które zajmowałoby się leczeniem miażdżycy tętnic i wad naczyniowych, głównie za pomocą zabiegów endowaskularnych, ale także przy użyciu terapii eksperymentalnych. Tutaj komórki macierzyste również mogą mieć zastosowanie, gdyż niedokrwienie uszkadza własne komórki i ciągle poszukuje się dróg ich regeneracji.

Nad czym jeszcze pracujecie?

Obszarem naszego zainteresowania jest również stwardnienie rozsiane. Wspólnie z prof. Krzysztofem Selmajem stworzyliśmy specjalny program badawczy. W listopadzie na Radzie Naukowej przy Ministrze Zdrowia planuję wystąpienie na specjalnej sesji poświęconej terapii komórkowej. Doszliśmy bowiem już do momentu, że zjadamy własny ogon przez mnożenie procedur biurokratycznych nawet ponad poziom wymogów Unii Europejskiej.

Uważam, że pewne sprawy, jak autologiczne przeszczepy ze szpiku, nawet nie przeszczepy, a pobieranie szpiku i namnażanie komórek, powinny być wyjęte spod rygoru „handlowych” zabezpieczeń, a podlegać jedynie komisji bioetycznej i odpowiedzialności lekarza, bo to są badania naukowe. Dlatego nie mogę rezygnować z uczestniczenia również w opiniowaniu prawa.

O czym marzy pan jako lekarz?

Ostatnio przyspieszyłem w życiu i mam poczucie jego skończoności. Biologia jest nieubłagana. Czuję się dobrze, mam potencjał, ale to będzie jeszcze tylko przez jakiś czas. Chciałbym, żeby pracą w moim zespole zajęli się młodsi ludzie, moi uczniowie, których wysyłam teraz, gdzie tylko się da, żeby powiększali swoją wiedzę i doskonalili umiejętności, żeby poszukiwali nowych rozwiązań.

Nigdy nie wiadomo, które badanie się powiedzie i jaki będzie na końcu efekt. Widziałem w latach 80., jak w Moskwie i Kijowie w chałupniczych warunkach wytwarzano balony do embolizacji tętniaków. Zapoczątkowało to endowaskularne leczenie tętniaków na całym świecie. W Polsce również nad tym pracowaliśmy.

Radiolodzy dr Sadowski i prof. Dowżenko, a także neurochirurg śp. docent Maciej Woźniak z warszawskiego szpitala przy ulicy Banacha, współpracujący z Instytutem Neurochirurgicznym w Kijowie, to byli pionierzy tej metody. Twórcami nie byli Amerykanie, Francuzi czy Niemcy. Oni tylko tę metodę kupili. Kolejni chorzy z ciągle jeszcze nieuleczalnymi chorobami czekają na wyniki naszych prac.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2016


Przypominamy: od 1 września recepty na bezpłatne leki dla pacjentów 75+ wystawiają lekarze podstawowej opieki zdrowotnej udzielający świadczeń POZ u danego świadczeniodawcy, pielęgniarki POZ oraz lekarze wypisujący recepty pro auctore i pro familiae. Kliknij tutaj, żeby przeczytać komentarze ekspertów i pobrać pełną listę bezpłatnych leków dla seniorów.

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *