Surowica krwi to błąd. O języku w medycynie

Z Piotrem Müldnerem-Nieckowskim – lekarzem, pisarzem, językoznawcą, doktorem nauk medycznych oraz profesorem językoznawstwa i literatury na UKSW w Warszawie – rozmawia Lidia Sulikowska.

Foto: Lidia Sulikowska

Pisarstwo i medycyna – na pierwszy rzut oka te dziedziny są od siebie bardzo oddalone.

W dzieciństwie wpadła mi w ręce książka Tadeusza Kielanowskiego „Propedeutyka medycyny”. W jednym z rozdziałów była mowa o pisarzach, którzy byli lekarzami. Na przykład francuski pisarz Louis-Ferdinand Céline był dermatologiem.

Lista jemu podobnych jest długa. Nawet James Joyce studiował medycynę. Zaciekawiony tymi informacjami sprawdziłem, ilu laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury i innych wielkich pisarzy było lekarzami lub studentami medycyny.

Ilu?

Prawie 40 procent.

Jest pan lekarzem praktykującym od ponad 40 lat, a jednocześnie autorem wierszy, opowiadań, poradników językowych. Pana dorobek pisarski i wiedza z zakresu poprawności językowej są ogromne. Skąd takie zainteresowania?

Zawsze interesował mnie język, bo to podstawowe narzędzie pracy lekarza, poza tym lubię pisać. Zaczęło się od poezji i opowiadań, w latach 70. tworzyłem hasła z medycyny do „Słownika języka polskiego” pod redakcją Witolda Doroszewskiego. Interesowałem się też językiem środowiska lekarskiego.

Jaki jest ten język?

Różnorodny, występuje w kilku odmianach, w zależności od tego, gdzie jest wykorzystywany. Pierwsza odmiana to język naukowy, który skupia się na ścisłości. Trzeba precyzyjnie określać, o czym mowa. Lekarzom niestety zdarza się o tym zapominać i zamiast wyrażać się fachowo, używają języka potocznego.

Tymczasem choroby gorączkowej nie można nazwać grypą. Nie organ, tylko narząd. Nie wystarczy powiedzieć brzuch, gdy chodzi o jamę brzuszną lub nadbrzusze. Pacjent nie dostał zawału, ale zachorował na zawał. Chory nie jest w delirce, tylko w stanie delirium.

Mamy wlew kroplowy, a nie kroplówkę, a także wlew doodbytniczy, a nie lewatywę. Wykonujemy iniekcję, a nie robimy zastrzyk. Profesjonalny język nie używa słowa diagnoza, tylko rozpoznanie. Nie może być mowy o raku piersi, tylko sutka. Pierś to przednia część klatki piersiowej, a wiadomo, że chodzi o sutek. To tylko niektóre przykłady błędów.

Dlaczego język potoczny przenika do naukowego?

Pierwsze słowniki lekarskie powstały pod koniec XIX w., potem pojawiły się podręczniki dla lekarzy. Władysław Biegański, Tytus Chałubiński, Henryk Hoyer, Zygmunt Kramsztyk, a w XX w. Witold Orłowski i rzesza innych pisali prace, które tworzyły podwaliny mianownictwa lekarskiego w Polsce.

W latach 80. Zaczął się odwrót od poprawności językowej. Nowi autorzy zbyt często wprowadzają do nowych podręczników język potoczny i w ten sposób – do głów lekarzy. To widać po tym, jak lekarze piszą prace naukowe.

A jak piszą?

To jest koszmar, i to nie tylko na poziomie terminologii. Nie umieją konstruować tekstu, mają ogromne problemy z posługiwaniem się poprawną polszczyzną. Źle piszą zresztą także po angielsku.

Nie czują, że w języku polskim to fleksja porządkuje zdanie, a w języku angielskim – szyk wyrazów. Nie wiedzą, gdzie powinien znajdować się czasownik. Nie pamiętają, że w języku angielskim niezbędne są zaimki, a w polskim – wręcz odwrotnie.

Rozmawiamy o naukowym języku lekarskim, który chyba nie wszędzie się sprawdzi. Nie wiem, czy powinno się mówić choremu, że ma blok lewej odnogi pęczka Hisa…

Powiem więcej, nie wolno tak mówić do chorego! Język lekarski naukowy, o którym mówiliśmy, powinien być używany w dokumentacji medycznej, pracach naukowych, podręcznikach i oficjalnych wystąpieniach.

W czasie rozmowy z chorym trzeba mówić tak, aby pacjent nas zrozumiał, tu wręcz wskazane jest użycie języka potocznego. W rozmowie z pacjentem nie chodzi o to, aby popisywać się zdobytą wiedzą medyczną, tylko żeby skutecznie przekazać informacje.

Ważne jest też, żebyśmy rozumieli, co chce przekazać nam pacjent. Jeśli mówi, że wychodzi z żołądkiem, to upewnijmy się, czy chodzi mu o chęć oddania stolca, wymioty czy jeszcze coś innego.

Mamy też język publicystyki medycznej, którym posługują się pisarze, dziennikarze i ich goście.

To jednocześnie język edukacji zdrowotnej. Tutaj trzeba umiejętnie połączyć cechy języka naukowego i potocznego. Nie można za bardzo odejść od fachowej terminologii, ale należy tak opowiadać, aby publiczność mogła pojąć, o czy mowa.

Kiedyś natknąłem się na rozmowę w radiu z pewną panią profesor, która mówiła językiem ściśle medycznym. Myślę, że z wyjątkiem lekarzy i biologów nikt nie wiedział, o czym była audycja. Tak nie można.

Jest jeszcze żargon lekarski.

To bardzo potrzebny język, bo pozwala błyskawicznie porozumiewać się w środowisku lekarskim w trakcie pracy. Co ważne, jest bardzo różnorodny. Każdy oddział szpitalny, przychodnia, zespół lekarzy ma swój własny żargon.

Zdanie Idź na piątkę i zrób te dwie cukrzyce będzie rozumiane różnie. Na jednym oddziale oznaczać będzie po prostu pobranie krwi, na innym – podanie insuliny. Nowo przybyły lekarz musi to brać pod uwagę, aby nie dochodziło do nieporozumień.

Przejdźmy do błędów językowych. Idziemy na oddział czy do oddziału?

W szpitalu jest się na oddziale, ale już w wojsku jest się w oddziale.

Czy możemy administrować lekiem?

To nieudolne tłumaczenie z języka angielskiego. Podobnie jest z wyrażeniem gold standard, które przetłumaczono na złoty standard, tymczasem chodzi raczej o metodę lub lek z wyboru. To samo dotyczy nieszczęsnego anglicyzmu steryd. Nie mówmy tak, powinno używać się słowa steroid, z akcentem na „i”.

Przyjrzyjmy się skrótom takich słów jak ultrasonografia, rentgenogram. Lepiej zapisać dużymi czy małymi literami?

Można i tak, i tak, z tym że jeśli zapisujemy dużymi literami, to bez kropki na końcu skrótu, a jak małymi – to z kropką. Mamy więc skrótowiec EKG lub skrót ekg., usg. albo USG, i tak dalej.

Walczy pan też z wyrażeniem: lekarz medycyny. Dlaczego?

Na wielu pieczątkach czy tabliczkach zawieszonych na drzwiach gabinetów widuje się: lekarz medycyny. To błąd. Uzyskujemy tytuł zawodowy lekarza, więc tak należy się tytułować. Weterynarz musi napisać, że jest lekarzem weterynarii, bo taki otrzymuje tytuł po ukończeniu studiów.

Jak powinny wyglądać podpisy?

Niektórzy stawiają zygzak. Przepraszam bardzo, ale tak to nawet małpa, kruk czy pies potrafią się podpisać. Uważam, że podpis powinien być na tyle charakterystyczny, żeby dało się zidentyfikować osobę, która go wykonała. W krajach anglosaskich dba się o czytelność podpisów, bo świadczy o rzetelności ich właścicieli.

Pomówmy o synonimach, które w rzeczywistości nimi nie są.

Często używa się zamiennie słów medyk i lekarz, ale to nie są jednoznaczniki. Medyk to pojęcie szersze, obejmuje wszystkie zawody medyczne. Nie mówmy też doktorka czy doktórka w zastępstwie słowa lekarka, bo to jest wręcz poniżające.

A najlepiej (ta) lekarz. Można powiedzieć zarówno łękotka, jak i łąkotka, ale pamiętajmy, że w układzie narządów ruchu występuje tylko więzadło, nie wiązadło.

Mamy też coraz więcej uniwerbizmów, czyli wyrazów skracających, zakończonych np. na -ówka: kroplówka, cyfrówka itd. Czy to błędy?

Nie, to język potoczny. Ale część uniwerbizmów przeniknęła nawet do języka naukowego, np. siatkówka.

I śluzówka?

Nie. W tym wypadku naukowo powiemy: błona śluzowa.

Zabieg może być operacyjny?

Nie. Zabieg może być chirurgiczny lub niechirurgiczny. Zabieg operacyjny znaczy tyle, co zabieg zabiegowy. To pleonazm, takie masło maślane, dwa wyrazy mówiące o tym samym. Analogicznie, nie mówimy surowica krwi, tylko surowica, bo ta może być tylko we krwi.

Czy szpik jest gdzieś poza kością? Czy czerniak może być niezłośliwy? Nie, wystarczy więc powiedzieć szpik, czerniak.

Co pan sądzi o języku ekonomii medycznej?

O świadczeniach, świadczeniodawcach i świadczeniobiorcach. Jestem przeciwny takim określeniom. To język urzędników, który dehumanizuje medycynę. Proces odczłowieczania niestety coraz bardziej się nasila.

Które błędy językowe przytrafiają się lekarzom najczęściej?

Błędnie używają poszczególnych odmian języka lekarskiego w nieodpowiednich sytuacjach. Na przykład do pacjenta mówią językiem naukowym, na sali operacyjnej używają języka potocznego, a na konferencji posługują się żargonem pokoju lekarskiego.

To może skutkować brakiem porozumienia, powodować sytuacje niebezpieczne, a niekiedy nawet ośmieszać mówiącego.

Dlaczego lekarze powinni dbać o poprawność językową?

Język jest jednym z najważniejszych narzędzi ich pracy. Jest świadectwem wiedzy i kultury myślenia.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 11/2016

Zobacz konferencję naukową pt. „Marihuana – lek czy zagrożenie?”:


Przypominamy: od 1 września recepty na bezpłatne leki dla pacjentów 75+ wystawiają lekarze podstawowej opieki zdrowotnej udzielający świadczeń POZ u danego świadczeniodawcy, pielęgniarki POZ oraz lekarze wypisujący recepty pro auctore i pro familiae. Kliknij tutaj, żeby przeczytać komentarze ekspertów i pobrać pełną listę bezpłatnych leków dla seniorów.

Powiązane aktualności

komentarze 2

Skomentuj
  1. Michał Wojtyczka
    Sty 05, 2017 - 12:59 PM

    Jak dla mnie, najpowszechniej używanym w środowisku pleonazmem jest „ciśnienie tętnicze krwi”, a z kolei najbardziej irytującym i absolutnie nagminnym błędem jest „jednoczasowy” zamiast „jednoczesny”. Nie ma w słowniku języka polskiego takiego słowa jak „jednoczasowy”. nie pojmuję dlaczego tak się upowszechniła ta niepoprawna forma. Co na to autor artykułu?

    ODPOWIEDZ
  2. Mirosław Kiedrowski
    Sty 06, 2017 - 09:25 PM

    Zawsze, gdy pojawia się nazwisko Profesora Müldnera-Nieckowskiego, znajduję coś ciekawego, co pozwala mi ulepszyć swój lekarski warsztat językowy. Tym razem było to zwrócenie uwagi na kropkę po „ekg” oraz brak brak kropki po „EKG”. Bardzo dziękuję i niecierpliwie czekam na kolejne artykuły w Gazecie Lekarskiej. Mam jednak drobną uwagę – zdecydowanie nie podzielam opinii dotyczącej bloku odnogi pęczka Hisa. Wymóg przekazania choremu, na co jest tak naprawdę chory, to kwestia medyczna oraz prawna, a dopiero na samym końcu językowa. Uważam, że nie tylko, że należy choremu tak powiedzieć (i to dokładnie takimi słowami, używając właśnie nomenklatury naukowej), ale że jest to wręcz lekarski obowiązek. To tak, jakbyśmy choremu zakażonemu wirusem HIV nie powiedzieli o tym (bo może nie zrozumie, o co chodzi z tym HIV), tylko najpierw mówili na okrętkę, że „ma Pan takie zakażenie wirusowe, które obniża odporność i musi Pan od tej pory powstrzymać się od stosunków seksualnych bez zabezpieczenia prezerwatywą”. Owszem, można, ale jednak jestem głęboko przekonany, że słowo HIV powinno paść. I to nawet, jeśli pacjent kompletnie nie rozumie, co oznacza. Po prostu trzeba się upewnić, że pacjent zrozumiał i wytłumaczyć to, co nie jest dla niego jasne. Ale najpierw „odpowiednie dać rzeczy słowo”.
    Przy okazji mam prośbę do redakcji portalu – usuńcie, proszę, błąd („bład”) z tytułu. To jakoś tak nie uchodzi, w kontekście osoby rozmówcy… 🙂

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *