Rezydentury: odmowa przyjęcia na oddział

Rezydentura jest obecnie najpopularniejszym sposobem realizacji szkolenia specjalizacyjnego. Spośród około 25 tys. lekarzy w trakcie specjalizacji aż 15 tys. stanowią lekarze na rezydenturach. Wokół tej formy szkolenia pojawiło się wiele kontrowersji i problemów. W moim odczuciu wynikają one częściowo z braku zrozumienia dla całej idei.

Foto: pixabay.com

Wstęp

Słyszałem wiele głosów mówiących o tym, że rezydentury powinny zostać zlikwidowane, że są w obecnej formie szkodliwe, że gdyby nie one, to sytuacja lekarzy byłaby o wiele lepsza.

Niestety nie jestem w stanie się z nimi zgodzić. Jest to klasyczne mylenie przyczyn ze skutkami. Obecnie rezydentury pełnią rolę swoistej protezy, dofinansowania niewydolnego systemu ochrony zdrowia dodatkowymi środkami. System rezydencki w Polsce ma ponad 10 lat i przez ten czas ewoluował, niestety nie zawsze w pożądanym kierunku.

W polskim systemie opieki zdrowotnej brakuje około 30 mld złotych, co negatywnie odbija się na każdym aspekcie funkcjonowania placówek ochrony zdrowia, a zwłaszcza na sposobie wynagradzania jego pracowników. Skutkuje to tym, że szpitale nie mogą pozwolić sobie na prowadzenie długofalowej polityki kadrowej. Dodatkowym problemem jest to, że praca lekarza jest w Polsce bardzo tania – z punktu widzenia dyrektora szpitala nie warto szkolić lekarzy, skoro za zbliżoną cenę można pozyskać specjalistów.

Ta sytuacja powoli ulega zmianie, zwłaszcza w Polsce powiatowej. Ze względu na znaczny niedobór lekarzy, szpitale decydują się na takie kroki jak dopłaty do rezydentury czy też zatrudnianie lekarzy na etatach. Niestety w wielu miejscach odtworzenie kadr jest już niemożliwe i oddziały te przestaną istnieć, kiedy tylko ostatni pracujący w nich lekarze przejdą na emeryturę.

W skali globalnej opłacanie lekarzy w trakcie specjalizacji z budżetu centralnego jest rzadko spotykanym rozwiązaniem. Częstszy jest system szkolenia specjalizacyjnego, który funkcjonuje chociażby w Niemczech. Rozpoczęcie szkolenia jest możliwe przez 365 dni w roku (u nas tylko dwa razy w roku) i wiąże się po prostu z podjęciem pracy na danym oddziale. O przyjęciu lekarza do pracy decyduje ordynator, który dzięki temu może budować zespół.

Rezydentura więzi młodych lekarzy w swoistym klinczu. W zależności od potrzeb mogą być oni traktowani przez dyrekcję jako pracownicy szpitala (kiedy na przykład zachodzi „konieczność” oddelegowania ich na inny oddział). Przeważnie jednak na jakiekolwiek postulaty kierownictwo szpitala odpowiada, że ma związane ręce, ponieważ rezydenci nie do końca są pracownikami szpitala, lecz raczej Ministerstwa Zdrowia. Jest to oczywista nieprawda, czego dowodem jest podpisana przez obie strony umowa o pracę.

Wedle zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia w 2025 roku, kiedy to będziemy przeznaczać na ochronę zdrowia 6% PKB, być może rezydentury przestaną być potrzebne. Obecnie są praktycznie jedynym sposobem, żeby młodzi lekarze mogli uzyskać wymarzoną specjalizację. Ich likwidacja nie doprowadziłaby do poprawy sytuacji medyków, lecz do jej pogorszenia, dramatycznie wzrosłaby ilość wolontariatów.

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż trochę przekonać Was, Szanowne Koleżanki i Koledzy, że system stworzony 10 lat temu musi funkcjonować przez najbliższe 10 lat. W polskiej rzeczywistości niestety nie wszystko jest właściwie uregulowane i bardzo wiele zależy od dobrej woli i elastyczności wszystkich uczestników systemu. Na styku przepisów prawnych, zdrowego rozsądku, dobrego wychowania, tradycji i zwyczajów rodzą się konflikty.

Chciałbym omówić po kolei najpopularniejsze i najbardziej dotkliwe problemy, poczynając od procesu rozpoczynania pracy w szpitalu.

Teoria

O kwalifikacji do danego szpitala decyduje wynik lekarskiego egzaminu końcowego. Osoba, która najlepiej napisała egzamin, ma pierwszeństwo wyboru. Kto zdał gorzej, musi wybierać spośród pozostałych miejsc szkoleniowych. W wielu rejonach kraju nie jest sztuką dostać się na rezydenturę, sztuką jest dostać się do dobrego szpitala. System jest uczciwy, egalitarny, przejrzysty, skłania do nauki. To dobre strony, a jakie są złe?

Dostrzeżenie ich dla starszych lekarzy jest oczywiste, od młodszych będzie wymagać pewnej refleksji. Truizmem jest, że ludzie, którzy pracują razem, powinni tworzyć zespół, wzajemnie sobie pomagać i ufać. To wszystko wymaga jednak aktywnego budowania drużyny i dobierania pracowników. Mówi się, że stworzenie dobrego zespołu zabiegowego trwa około 10 lat. Niestety w dzisiejszych czasach zdajemy się zapominać, że medycyna jest pracą zespołową.

Sytuacja wygląda tak, że ordynator dostaje nowego pracownika, którego nie zna. Nie wie, czy dopasuje się do zespołu, jak bardzo może być samodzielny. W optymalnej sytuacji lekarz zrobi wszystko żeby pokazać, że można na nim polegać, z chęcią będzie w pracy uczył się praktycznych rzeczy, a w domu doczytywał teorię. Ordynator i starsi koledzy dostrzegą tę chęć do nauki i będą dzielić się wiedzą i czerpać dumę, z tego, że ich podwładny staje się coraz bardziej samodzielny.

Problem

Lekarz dostaje skierowanie do odbywania specjalizacji w danym miejscu, po czym spotyka się z decyzją odmowną. Kiedyś konsekwencją tego była utrata przez oddział miejsca szkoleniowego, aktualnie nie ma żadnego mechanizmu, który wymuszałby na kierownikach oddziału przyjmowanie rezydentów do pracy. Sytuacja ta stanowi typową słabość systemową, jakich jest wiele w ochronie zdrowia. Mamy w zasadzie martwy przepis i żadnych mechanizmów, które pozwalałyby na jego wyegzekwowanie.

W oczywisty sposób najbardziej poszkodowane będą osoby najsłabsze, czyli młodzi lekarze. Nie mogąc liczyć na odpowiednie uwarunkowania prawne, zdani są w zasadzie tylko i wyłącznie na dobrą wolę przyszłego szefa. Warto w tym miejscu zastanowić się nad możliwymi przyczynami odmownej decyzji:

  1. Nadmiar miejsc szkoleniowych w stosunku do rzeczywistych możliwości szkoleniowych oddziału. Dobry szef wie, że nie może dobrze wyszkolić kolejnego lekarza i dlatego odmawia;
  2. Niechęć do szkolenia nowych pracowników. W polskich warunkach najczęściej wynika po prostu z tego, że wszyscy lekarze zatrudnieni są na umowach kontraktowych. Niestety lekarze prowadzący własną działalność zazwyczaj nie są zobowiązani do prowadzenia szkolenia poprzez umowy kontraktowe. Dodatkowym czynnikiem jest fakt, że ubezpieczenie nie pokrywa ewentualnych szkód spowodowanych przez lekarza w trakcie specjalizacji;
  3. Najbardziej nieelegancki powód odmownej decyzji. Dyskryminacja ze względu na płeć (najczęściej), kolor skóry etc.;
  4. Szef uważa, że osoba, która chce odbywać specjalizacje na danym oddziale, powinna – podobnie jak inni pracownicy – „wychodzić sobie” miejsce, to jest najlepiej już na studiach, a najpóźniej na stażu podyplomowym, dać się poznać, przychodzić na dyżury etc.;
  5. Zarezerwowane miejsce. Zazwyczaj wiąże się z powyższym punktem. Szef, podobnie jak większość pracowników oczekuje, że do pracy przyjdzie osoba, którą zdążyli już poznać. Bez znaczenia jest tutaj fakt, że jedynym kryterium powinien być aktualnie konkurs wyników egzaminu.

Co może zrobić w powyższych sytuacjach młody lekarz? Sytuacja jest złożona. Osobiście spotkałem się z tym problemem trzy lata temu, kiedy to po uzyskaniu kwalifikacji na rezydenturę okazało się, że wszystkie miejsca szkoleniowe w dobrych ośrodkach są zajęte. Byłem zdecydowany dojeżdżać do pracy, lecz niestety w jednym z miejsc spotkała mnie odmowa („przed Panem był już jeden lekarz, którego zdecydowaliśmy się zatrudnić na etat”).

Okazało się, że tutaj podstawowym kryterium był moment odbycia rozmowy z ordynatorem. Po namyśle zdecydowałem się zmienić swoje pierwotne preferencje i rozpocząć szkolenie w szpitalu pediatrycznym. Później okazało się, że był to strzał w dziesiątkę i że bardzo polubiłem swoją pracę. Mój były szef do pracy przyjął mnie w Wigilię…

Warto odbyć szczerą rozmowę z kierownikiem oddziału i zapytać się o powód decyzji odmownej. Należy dokonać oceny dostępnych możliwości, zastanowić się, czy np. w rozsądnej odległości nie znajduje się równie dobry oddział.

Najbardziej dramatyczną sytuacją jest taka, w której w województwie nie ma żadnych innych, wolnych miejsc szkoleniowych do dyspozycji. Należy wtedy poinformować o swojej sytuacji ordynatora i spróbować wypracować jakieś kompromisowe rozwiązanie. Można obiecać zmianę miejsca szkoleniowego po roku i ten czas wykorzystać na zrobienie jak największej liczby kursów i staży.

W grę wchodzi również urlop bezpłatny czy też staż zagraniczny. Na pewno nie warto stawiać sprawy na ostrzu noża i należy mieć świadomość, że w polskich warunkach od dobrej woli starszych kolegów i ordynatora zależy jakość szkolenia.

Trzeba pozostawać w stałym kontakcie z wojewódzkim ośrodkiem zajmującym się ochroną zdrowia (różne nazwy w różnych regionach) i o problemie jak najszybciej poinformować urzędników. Zapytać o to, jakie rozwiązanie są w stanie zaproponować. Poprosić ich lub konsultanta wojewódzkiego czy też krajowego o przeprowadzenie mediacji.

W celu uniknięcia takich sytuacji bardzo ważne jest, żeby jak najwcześniej porozmawiać z potencjalnym przyszłym szefem. Najlepiej osobiście odwiedzić każdy ośrodek, do którego możemy się zakwalifikować i porozmawiać.

W trudnej sytuacji warto poszukać pomocy: zgłosić się do swojej okręgowej izby lekarskiej, porozmawiać z przedstawicielami Koła Młodych Lekarzy czy też opisać swój problem na forum Porozumienia Rezydentów. Pod żadnym pozorem nie powinno się ewentualnych trudności traktować personalnie, wynikają bowiem one z niedoskonałości systemu i jeszcze przez wiele lat będziemy się z nimi borykać.

Damian Patecki

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *