Medyczne procedury jak tortury?

Czy wykonywane przez personel medyczny procedury mogą być jak tortury? Pewien anestezjolog w wieku początkującego emeryta 10 grudnia 2011 r. wracał z Krynicy Górskiej z konferencji naukowej na Podhale przez Słowacki Spisz, słuchając fado w wykonaniu Amali Rodrigez.

Doznał udaru mózgowego. Najpierw trafił do szpitala w Nowym Targu, a stąd został odesłany do jednego ze szpitali specjalistycznych

Czy wykonywane przez personel medyczny procedury mogą być jak tortury?
Foto: pixabay.com

Niedaleko Starej Lubovni doznał napadu kaszlu, po którym rozbolała go głowa po stronie prawej i stracił czucie w lewej ręce. Zatrzymał się w miasteczku. Pospacerował nieco i po kilkunastu minutach dolegliwości znikły, więc je zbagatelizował, bo nazajutrz, tj. w niedzielę, miał dyżur. Praktycznie o tym zapomniał. Ale choroba była mu wierna i po 14 dniach tuż przed wigilią doznał udaru mózgowego z porażeniem lewostronnym od twarzy do nogi oraz zaburzeniami mowy i połykania.

Najpierw trafił do szpitala w Nowym Targu, a stąd został odesłany do jednego ze szpitali specjalistycznych.

Już na wstępie stał się numerem z kodem kreskowym na lewym nadgarstku, co kojarzyło mu się z towarem w markecie na koniec podsumowywanym w kasie. Tu po precyzyjnej diagnozie, „naukach” pani docent, jak to się źle prowadził – chociaż nigdy papierosów nie palił, alkohol używał mniej niż okazjonalnie, a raczej zbyt dużo nocy spędził na dyżurach i wiele lat w niewentylowanej sali operacyjnej, znieczulając głównie zakazanym już halotanem – został zakwalifikowany do jednoczasowej operacji udrożnienia tętnic szyjnych zewnętrznej i wewnętrznej oraz pomostowania aortalno-wieńcowego. I został zoperowany.

Dwa pierwsze dni przebywał na intensywnej terapii, skąd przekazany został do specjalistycznej kliniki. Na wózku czekał w jakiejś poczekalni czy korytarzu kilka godzin i nikt się nim nie zainteresował, mimo że cierpiał z powodu bólu pooperacyjnego i biegunki, jako powikłania po szerokospektralnej antybiotykoterapii profilaktycznej. Po wwiezieniu do sześcioosobowej sali los jego niewiele się zmienił. Owszem ktoś zmieniał mu kroplówki, w których był jakiś lek przeciwbólowy, bo ta dolegliwość nieco zmalała, ale sprawy zabrudzenia biegunkowego od pach do pięt czekały do porannej wizyty lekarskiej, gdy przed wizytującym domagał się pilnej interwencji w tej sprawie.

Na polecenie lekarskie został z onegoż wózka energicznie pod pachy podniesiony i podtrzymywany przez dwie rosłe sanitariuszki na środku sali, rozebrany do naga i obmyty przy gromadce różnych osób spokojnie wizytującej pozostałych chorych.

Ból po sternotomii spowodował, że nieco dołożył do tej treści biegunkowej. Następnie wjechała wózkiem do sali osoba z tytułem magistra pielęgniarstwa i zabrała się do zmieniania opatrunków. Zaczęła od „weteranów” leżących już kilkanaście dni, bo im zropiały rany po sternotomiach. Następnie zajęła się tymi jej mniej znanymi. Ale sprawiedliwie trzeba przyznać, że zmieniała rękawiczki. Podeszła też do niego zamaszyście zdarła przylepce, co spowodowało, że nieco zajęczał, bo ból sięgał chyba 8 punktów.

Gdy zamierzała zrobić to nazajutrz, poprosił, aby zmoczyła solą fizjologiczną plastry, bo wiedział, że wówczas schodzą prawie bezboleśnie, ale natychmiast dowiedział się od niej, że jest po operacji, to musi boleć! A to w szpitalu z certyfikatem: „szpital bez bólu”. Innej przedstawicielce personelu średniego zmieniającej kroplówkę zwrócił uwagę, że kranik przy porcie do żyły głównej jest zabrudzony, ciągną się z niego skrzepy i cały jest oblepiony starą zakrzepłą krwią, ale skrupulatnie go zakręciła ponownie.

Gdy w nadmiarze odwagi zasugerował, że powinna go wyrzucić albo przynajmniej zdezynfekować, to szybko usłyszał, że ona wie, co ma robić!

Za dwa dni wieczorem przywieziono do tej sali 72-letniego chorego z drenami ssącymi z klatki piersiowej po operacji i został podłączony do monitora. A że ww. „weterani” do północy oglądali telewizję o głośności około 50 decybeli, bo bulgotały dreny pooperacyjne u tego i innych chorych, więc wyłączone zostały alarmy w monitorze. W nocy do około godziny drugiej zajrzał do niego dwukrotnie ktoś z personelu, a dyżurowało 6 osób, głównie w pokoju socjalnym.

Edward Charczuk, lekarz anestezjolog

Foto: archiwum prywatne

Rano o godzinie 5.25 po włączeniu wszystkich świateł jak codziennie zaczęła się ceremonia mierzenia temperatury termometrem bezrtęciowym. Ale ten pan nie miał już normalnej temperatury, więc po kilkunastominutowym zamieszaniu został dyskretnie wywieziony. Około 7.15 do sali wjechał wózkiem z ranną porcją tabletek przedstawiciel średniego personelu medycznego i na wstępie w ostrych słowach z wulgarnym wstępem nakrzyczał na pierwszego przy drzwiach chorego, bo uznał, że ten leży na łóżku nie tak, jak mu się podoba. Następnie wywoływał wszystkich po nazwisku łącznie z tym, którego dyskretnie około godzinę wcześniej wywieziono.

Ale on jako nieobecny milczał, więc wezwanie zostało ponowione trzykrotnie i zakończone dyscyplinującym wulgaryzmem.

Wyjaśniliśmy temu nerwowemu panu, że chory może i metafizycznie to słyszy, ale mu jego tabletki już niepotrzebne. Wszak nie spowodowało to żadnej reakcji, a tym bardziej konsternacji z powodu wewnątrz oddziałowego bałaganu i niedoinformowania. Jakiekolwiek, nawet banalne wejście personelu medycznego w nocy do sali chorych wiązało się z zaświeceniem wszystkich świateł, chociaż nie było to praktycznie konieczne. Gdy poprosił o korzystanie ze świateł bocznych, bo inaczej wszyscy są budzeni, otrzymał dwukrotnie w takich sytuacjach odpowiedź, że nie jest w hotelu, więc niech nie marudzi.

Średnio na dobę miał wykonywanych około 16 wkłuć diagnostycznych i leczniczych. Każde było oczywiście dodatkowym bólem. A przynajmniej połowy z nich można było uniknąć, gdyby personel chciał i umiał korzystać z wielokanałowego portu do żyły głównej oraz kaniuli w tętnicy promieniowej. Na koniec, na około dwie godziny przed opuszczeniem Kliniki, podeszły do niego dwie młode panie, przedstawiając się, że są profesji psychologicznej, chociaż strój jednej nawet niezakrywający miejsca na alweys, z inną kojarzył się profesją. Zadały pytanie o poziom odczuwanego bólu.

Gdy odpowiedział, że chce bardziej rozmawiać na temat cierpienia w tym miejscu, a nie tylko o bólu, spowodowało to panikę w oczach i manipulację słowną, że tylko o ból chodzi i to w tym momencie, bo one i tak nie mają na nic wpływu, a tym bardziej nie czują się kompetentne do przekazywania „kierownictwu” jakichkolwiek sugestii czy spostrzeżeń.

Ostatecznie chciały tak zmanipulować rozmowę, aby zadeklarowany poziom bólu nie przekraczał 2 punktów. Nie udało im się to i ostatecznie odeszły nadąsane. Po opuszczeniu Kliniki, w której pobyt kojarzy mu się nadal z ciągłym bólem, nieustannym hałasem, brakiem snu – w sumie udawało mu się nie tyle spać, co przedrzemać maksymalnie cztery godziny na dobę, oraz stałym zagrożeniem nawet co do życia, doznał ulgi fizycznej i psychicznej. W miejscu tym ani w stosunku do siebie, ani współtowarzyszy niedoli nie usłyszał żadnego życzliwego słowa, za to wiele arogancji.

Nikt nigdy nie zapytał go, czy jest w stanie sam się najeść mimo porażenia, poprawić poduszkę czy pościel. Dopraszanie się tych przysług natrafiało na próżnię lub uwagę, że nie są siostrami tylko panami magister! Siostry to były w średniowieczu! Na pamiątkę tego pobytu ma też dodatkową bliznę nad lewym łukiem brwiowym, bo nazajutrz po przyjęcia do sali wbiegła jak instruktorka fitnessu rehabilitantka z okrzykiem: co to panowie za wylegiwanie się! Wstawać! Ćwiczymy!

Oporniejszych poszturchując, poszarpując, wyciągała z łóżek. Jego też, ale zachłysnął się własną śliną, zakrztusił i stracił równowagę, uderzając głową w śrubę zdezelowanego stolika przyłóżkowego.

Rozciął sobie łuk brwiowy. Wnet pojawiło się przy nim sporo personelu średniego głównie z wymówkami: Co robi? Dlaczego się tak zachowuje? Itp. Oraz dlaczego nie wezwał pomocy? Ale jak miał to zrobić, skoro był z porażeniem, a i tak jedyny sprawny sygnalizator był przy chorym leżącym koło drzwi, a on miał miejsce przy oknie. Jednak trzeba przyznać, że dość szybko, sprawnie i bez znieczulenia został zeszyty przez wezwanego chirurga.

Czy i jak było możliwe przeżycie w tak niesprzyjającym środowisku i do tego bez psychozy? Było możliwe, ale tylko przy troskliwej opiece kochającej osoby – w tym przypadku żony, która, gdy tylko miejscowe zarządzenia pozwalały, była przy nim, karmiła go, pomagała przy myciu i pocieszała oraz przekazywała bardzo liczne wyrazy sympatii od wielu bliskich, znajomych, współpracowników i przyjaciół, którzy zapewniali o pamięci, inni o modlitwie, a jeszcze inni, bliżsi praktycznemu okultyzmowi „trzymali kciuki”.

Edward Charczuk
Lekarz anestezjolog

Powiązane aktualności

Jeden komentarz

Skomentuj
  1. Magda
    Cze 21, 2017 - 01:13 PM

    Bardzo przejmujący artykuł, z moim dziadkiem było podobnie

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *