A co z placebo?

Od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem poruszenia w „Liście do Redakcji” zagadnienia korzystania przez nas, lekarzy, w leczeniu chorych ludzi z dobrodziejstw efektu placebo. Jak się okazało, temat ten koresponduje ze znakomitym tekstem „Quo vadis medice” opublikowanym w „Gazecie Lekarskiej” nr 9/2017.

Foto: pixabay.com

Autor pokrótce, a jednocześnie wnikliwie nakreślił pesymistyczny niestety obraz „ochrony zdrowia” (określenie „służba zdrowia” się dewaluuje) w naszym, ale też chyba w innych tzw. rozwiniętych krajach. Stwierdził m.in., że „lekarz stał się wysoce wykwalifikowanym, emocjonalnie neutralnym usługodawcą, pacjent – roszczeniowym usługobiorcą, a szpital – instytucją rozliczaną z wyników finansowych”.

I dalej, że lekarz mniej czasu poświęca „na badanie pacjentów i nawiązywanie z nimi korzystnych dla obu stron relacji”, a więcej na narzucone mu czynności zupełnie nielekarskie. Autor „Quo vadis medice” jest w stanie łatwo sobie wyobrazić, że już wkrótce chory człowiek w placówce leczniczej będzie obsługiwany bezosobowo, będą się nim zajmować inteligentne urządzenia techniczne.

Nie jest chyba zaskakujące, że na temat kondycji lekarskiego powołania, fachu, zmieniających się warunków osobistej realizacji w tym zawodzie zabierają głos lekarze, którzy w ciągu wielu lat pracy wiele doświadczyli. Autor wspomnianego „Listu” rozpoczynał studia medyczne w roku 1977, ja zaś w tymże roku je kończyłem. Na studiach przygotowywano nas do uprawiania sztuki lekarskiej, sztuki medycznej.

Proszę zerknąć do tekstu doktora Macieja Hamankiewicza „Być lekarzem” na 6 stronie „Gazety Lekarskiej” 9/2017 i w akapicie na temat Kodeksu Etyki Lekarskiej wyłowić: „Dla mnie, jak i dla wielu z nas od wielu lat uprawiających naszą sztukę medyczną (…)”. Nauczyciele akademiccy, ucząc nas medycyny, podkreślali, że efekty leczenia zależą nie tylko od zawodowej medycznej biegłości, sprawności i techniki, lecz też w dużym stopniu od trudno uchwytnego i nieokreślonego związku i oddziaływania pomiędzy osobą leczącą a leczoną, pomiędzy lekarzem a pacjentem.

To – oczekiwane przez chorego – korzystne emocjonalne „działanie” lekarza, ale też całego zespołu leczącego czy operującego, wypływające także z atmosfery panującej w placówce leczniczej, jest nieswoistym vehiculum therapiae. Jest ono także zależne od rytuałów medycznych, od wiedzy, ale i mitów na temat efektów leczenia i skuteczności leków, od czasem nawet jednej tylko wypowiedzianej uwagi, jednego spojrzenia, zachowania (mowy ciała).

Ma ono istotny wpływ na skuteczność leczenia i powracania do zdrowia po operacji i nazywane jest od wieków efektem placebo (łac. będę się podobał) – w szerokim, ogólnym znaczeniu, a nie jedynie w tym wąskim (coś udające lek i działające rzeczywiście jak ten lek). Jest dla nas zapewne oczywistym, że celem stosowanego przez nas leczenia jest zdrowienie i wyzdrowienie chorego człowieka. Celem często nieosiągalnym, gdy nie zadziała efekt placebo. Jak wiemy, z efektu tego korzysta w szerokim zakresie tzw. medycyna niekonwencjonalna.

Siła placebo ma źródło w emocjach, w tym, co się ma „podobać” leczonemu człowiekowi. Wraz z postępem medycyny w historii ludzkości zmieniają się „upodobania” ludzi chorujących oraz doświadczanych urazami fizycznymi i psychicznymi. Na ludzkie emocje mocny wpływ wywierają ciągle doskonalone, nowoczesne badania ludzkiego organizmu, metody leczenia, techniki operacyjne (trzeba przyznać, że fantastyczne i zadziwiające). Jest w nich zawarty ogromny potencjał placebo.

Jednak, aby sztuka medyczna była uprawiana w pełni efektywnie, nie powinniśmy zapominać, jak bardzo my sami, lekarze, jesteśmy nośnikami efektu placebo. Ten aksjomat nie ulega zmianie od tysięcy lat, podobnie jak ludzkie emocje. I znów odsyłam do nr. 9/2017 „Gazety Lekarskiej”, gdzie na stronie 16, w rozmowie z prof. Wojciechem Noszczykiem, „Chirurgia to moje życie”, czytamy: „Dobry lekarz oprócz rozległej wiedzy i umiejętności powinien lubić i szanować ludzi oraz umieć z nimi rozmawiać. (…) W młodości obserwując moich nauczycieli (…) przekonałem się, że uśmiech, przyjazny gest i życzliwe słowo mają bardzo duży, korzystny wpływ na przebieg i wynik leczenia”.

Warto pamiętać, że w naszych, szybko zmieniających się czasach, w których też wydłuża się ludzkie życie, w społeczeństwie żyje kilka pokoleń pacjentów i potencjalnych pacjentów, a także lekarzy; najliczniejsi i najbardziej absorbujący są seniorzy. Gołym okiem widoczne są pokoleniowe różnice w oddziaływaniu placebo. Na młodych potrafi korzystnie emocjonalnie wpływać informatyzacja, komputery, „doktor Google”, suplementy diety itp.; ale spotyka się też przedstawicieli młodego pokolenia sceptycznych, przykładem jest wpis internauty pod relacją z budowy, z rozmachem i z aplauzem miejscowych władz, kompleksu producenta suplementów diety: „Czy to nie ściema z tymi bardzo drogimi suplementami? Przecież te wszystkie składniki są w warzywach, owocach, ziarnach…”.

Starszym pacjentom, ale też i lekarzom ich leczącym, bardziej odpowiada i pomaga atmosfera kontaktu „jak dawniej”. Nie zapominajmy bowiem o emocjonalnej mocy nawyków, przyzwyczajeń i rytuałów. Na starszych, ale nie tylko, pacjentów terapeutycznie oddziałujemy w gabinecie lekarskim, tradycyjnie ich badając i kierując na nich troskliwą uwagę. Nie za bardzo zaś, gdy skupiamy się na wpatrywaniu w ekran komputera i „wklepywaniu” oraz „klikaniu”. Pacjenci się skarżą: „doktor nawet na mnie nie spojrzał, cały czas patrzył w komputer”.

Wkrótce mamy stracić tradycyjną czynność lekarską, zawierającą pewien ładunek placebo, jaką jest odręczne wypisywanie recept z towarzyszącym rytuałem: pacjentowi to i owo się wyjaśnia, ustala, przypomina, powtarza. Pomyślmy o symbolicznym, terapeutycznym znaczeniu tego „aktu”, tej „procedury” – pacjent otrzymuje, jako efekt badania i diagnozowania, przepis na leczenie, własnoręcznie sporządzony przez lekarza-człowieka lub (chyba jeszcze lepiej) człowieka-lekarza, a nie przez „inteligentną” maszynę. Dla młodszych pokoleń, gdy już obecnego starego nie będzie na tym padole, taki sposób kontaktu lekarz-pacjent będzie zamierzchłą historią.

Jednak wydaje się, iż byłoby korzystne, aby takie historyczne zmiany zachodziły ewolucyjnie, samoistnie (na przykład współistnienie recept tradycyjnych i e-recept do czasu samoistnego, w przeciągu niewielu już przyszłych lat, zaniku tych pierwszych). A nie, żeby były wprowadzane odgórnymi, biurokratycznymi zarządzeniami, w imię usprawniania „świadczenia usług zdrowotnych”, bo – przecież – nie w imię poprawy skuteczności leczenia przez „usługodawców” i lepszego zdrowienia „usługobiorców”, a nawet oszczędności w „sektorze usług zdrowotnych”. Czyż nie jest uwłaczającym dla naszego stanu lekarskiego, że chorzy, cierpiący ludzie, pacjenci (łac. patiens – cierpiący) poszukują „ludzkich lekarzy”?

Pacjenci dzielą się informacjami, jak trafić do „ludzkiego” – nie urzędnika, prawnika, bankowca – lekarza (!). Starsi i młodsi (tak, młodzi też) pacjenci tłumnie korzystają z usług uzdrowicieli, homeopatów, nielekarskich mędrców paramedycznych, nawet egzorcystów, ze zbiorowych seansów uzdrawiających, nie w sztuce medycznej, lecz tam poszukując i korzystając z placebo. I (patrząc z „wyrachowanego” punktu widzenia) tam kierują pokaźne środki finansowe, nie bacząc na posiadane ubezpieczenie zdrowotne.

Lek. med. Leon Ferfecki
Specjalista w dziedzinie niezabiegowej

(list do redakcji)

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *