Tak uczyłem się pokory. Kardiolog i choroba

Poznał życie poczekalni. Nie czuł się w żaden sposób wyróżniony, że jest lekarzem. Stał się zwykłym pacjentem i odkrywał, jak funkcjonuje system.

Foto: pixabay.com

Doktor Michał, kardiolog, przez niemal pięćdziesiąt lat leczył innych ludzi. Przyszedł dzień, gdy to on musiał zdobyć numerek i stanąć przed drzwiami gabinetu lekarskiego.

– Moje kłopoty zdrowotne zaczęły się w momencie, kiedy przeszedłem na emeryturę. Emerytura to czynnik, który wyzwala różnego rodzaju stany chorobowe – zauważa z uśmiechem.

Najpierw była choroba onkologiczna przewodu pokarmowego, na szczęście dość szybko zdiagnozowana. Potem interwencja chirurgiczna zakończona sukcesem. Chwila spokoju, ale nie na długo. Pojawiły się nowe dolegliwości. I konieczność wykonania kolejnych zabiegów operacyjnych (w sumie trzech), tym razem urologicznych.

– Nadal jestem chory i czekają mnie zapewne jakieś kolejne operacje. Jestem już po chemioterapii. Jakoś to znoszę. Staram się pozytywnie i pogodnie podchodzić do wszystkiego – opowiada doktor Michał.

Diagnoza

Dowiedział się, że ma raka, zanim jeszcze przyszły wyniki z zakładu patomorfologii. Te miały tylko potwierdzić wstępne rozpoznanie lekarza. – Czekanie na wynik badania histopatologicznego to niepewność i ogromne napięcie. Zawsze jest trochę nadziei, że może nic nie będzie, ale jest też dużo strachu, że jednak znaleźli komórki nowotworowe. Takie wyniki powinno się otrzymywać zdecydowanie szybciej. Zwłaszcza że w tej chorobie czas jest tak ważny – zauważa doktor Michał.

Co poczuł, kiedy usłyszał diagnozę? – Pierwszy moment był szokiem. Potem zdałem sobie sprawę, że czeka mnie poważne chorowanie, że to będzie proces długotrwały – wyznaje. Z pełną świadomością i ufnością konsekwentnie podporządkowywał się wszystkim zaleceniom. Pogodził się z chorobą. Zdał sobie sprawę, że został pacjentem onkologicznym i musi w miarę możliwości szybko działać.

– Kiedy przychodzi choroba, przestaje się być lekarzem, a zaczyna się być pacjentem. Oddala się od siebie pełną świadomość choroby, a własna wiedza medyczna schodzi na plan dalszy. Słucha się wtedy innych lekarzy i to im się zawierza. Wierzy się w to, co mówią. Na szczęście do tej pory nie zawiodłem się na nich. Pomogli mi zmierzyć się z tą trudną chorobą i wspierali mnie w dochodzeniu do zdrowia – wspomina.

Wędrówka administracyjna

Problemy zaczęły się, kiedy musiał korzystać z przychodni specjalistycznych i przejść wymagane w systemie ścieżki: lekarz rodzinny, skierowanie do specjalisty, skierowanie na badania, potem opinia specjalisty, a potem znowu wyczekiwanie. – Kiedyś pobiłem rekord, czekając sześć i pół godziny przed gabinetem w jednej z przychodni specjalistycznych – mówi.

Co się myśli, siedząc przez ponad sześć godzin w oczekiwaniu na wejście do gabinetu? – Czuje się na pewno zniecierpliwienie. Pojawia się pytanie, dlaczego muszę czekać tak długo. Ponieważ z natury jestem człowiekiem spokojnym, starałem się czymś zająć, żeby nie myśleć o czekaniu. Poza tym patrzyłem na ludzi w poczekalni i myślałem, że są tak samo chorzy jak ja i też czekają – opowiada.

– Nie czułem się w żaden sposób wyróżniony, że jestem lekarzem. Byłem zwykłym pacjentem. Pomyślałem wtedy przez chwilę, że przecież między lekarzami powinno być coś, co pozwoliłoby oszczędzić chorym kolegom lekarzom tych wszystkich przykrych momentów administracyjnych. Czułem się wtedy trochę pokrzywdzony, że nie jestem wyróżniony. Ale to minęło. Pogodziłem się, że tak nie jest i teraz przyjmuję wszystko z pokorą, podporządkowuję się temu, co narzuca system – wyjaśnia.

Poczekalnia żyje. Słychać narzekania, pretensje, ale też pochwały. Poznał jej życie, słyszał wiele opowieści pacjentów. – Niechętnie wdaję się w rozmowę, ale bywało, że dawałem się w nią wciągnąć – mówi z uśmiechem. I jak sam przyznaje, ścieżki, które pacjent musi pokonać, są koszmarne. – Dzisiaj każdy oddział szpitalny chce mieć pacjenta z gotowym kompletem badań. To wynika z oszczędności. Przyjęcie chorego na dzień lub dwa przed zabiegiem i wykonanie wszystkich badań w szpitalu ułatwiłoby, w końcu choremu człowiekowi, wędrowanie po tych wszystkich szczeblach administracyjnych – podkreśla.

Ciekawy przypadek jest bardziej ludzki

W czasie choroby poznał różnych lekarzy. Często spotykał się z życzliwością. Były niestety też bardziej chłodne relacje i przypadki braku empatii. W czym brak empatii się przejawia? – Często charakteryzuje on młodych medyków. Patrzą w komputer, biorą do ręki wyniki badań, mówią, co jest, co trzeba zrobić i do widzenia. Nie mają kontaktu z chorym, nie widzą pacjenta jako człowieka – mówi doktor Michał. Taki lekarz nie jest zainteresowany człowiekiem. Interesuje go przypadek medyczny, procedura i ustalenie planu działania.

– Pacjent oczekuje zrozumienia, takiego ludzkiego kontaktu z lekarzem, świadomości, że jest dobrze rozumiany i obu stronom zależy, żeby pokonać chorobę. Chory chce także klarownego przedstawienia perspektyw. Jeśli jasno i spokojnie wytłumaczy się mu, jak będzie przebiegała dalsza ścieżka leczenia i da się mu odczuć: jestem z panem i dołożę wszelkich starań, żeby panu pomóc, to wtedy zdecydowanie łatwiej jest walczyć z chorobą, bardziej wierzy się, że można z nią wygrać – zauważa doktor Michał.

Dlaczego młodzi podchodzą do pacjenta bez empatii? – Nie potrafię powiedzieć. My byliśmy chyba jakoś inaczej kształceni. Chory był dla nas ważny, interesowaliśmy się nim także jako człowiekiem. Moi pacjenci bardzo mnie lubili i nie raz, nie dwa wysłuchiwałem najrozmaitszych opowieści o ich chorobach innych niż związane z moją specjalizacją. Potrafiłem jakoś zaprzyjaźnić się z pacjentem. Pacjent wiedział, że może przyjść do mnie i porozmawiać, tak po ludzku, ze swoim lekarzem – opowiada.

Czasem był zniecierpliwiony, bo w poczekalni piętrzyła się kolejka, ale nigdy nie zdarzyło mu się, żeby nie wysłuchał do końca chorego. – Dzisiaj lekarze nie widzą nic złego w takiej odhumanizowanej komunikacji. Jest pewien automat: ma wyniki – analizujemy, wyznaczamy plan działania, nie ma wyników – zlecamy badania, kolejna wizyta za pół roku lub rok – zauważa.

Przez własną chorobę doświadczył, że pacjent przestał być człowiekiem, a stał się przypadkiem medycznym. – Czasami może być interesującym przypadkiem, wtedy jest szansa, że zauważy się w nim człowieka – mówi. I przyznaje, że brak empatii nie dotknął go jakoś szczególnie głęboko, choć miał pewien nieprzyjemny incydent. – Zostawmy to. Wolę myśleć, że go nie było – ucina szybko.

Mimo choroby i niełatwej wędrówki po systemie, doktor Michał nie daje się zbytnio we znaki rodzinie ani też lekarzom. – Nie jestem pacjentem roszczeniowym, chyba też nie jestem pacjentem trudnym. I tak sobie myślę, że w sytuacjach, gdy jeden z kolegów podupadnie na zdrowiu, lekarze powinni się wspierać. Przecież każdy z nas sam kiedyś stanie się pacjentem… – dodaje na koniec naszej rozmowy.

Marta Jakubiak

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *