Jak poprawić wizerunek lekarzy? Wnioski z protestu rezydentów

Protest lekarzy rezydentów pokazał, jak wielkie znaczenie ma dobry pijar. Chociaż działające w służbie rządzących publiczne media długo, pracowicie i nie stroniąc od chwytów poniżej pasa, budowały wizerunek „rozkapryszonej młodzieży, której w głowach się poprzewracało”, protestujący zaskarbili sobie społeczną sympatię, co skłoniło władze do podjęcia poważnych negocjacji.

Foto: Marta Jakubiak

Wizerunkowy sukces rezydentów ożywił trwającą od lat w środowisku lekarskim dyskusję nad sensem zaangażowania profesjonalnych pijarowców, których zadaniem byłoby dbanie o przyjazny image całej grupy zawodowej. Jak łatwo się domyśleć, przybyło zwolenników takiego rozwiązania.

Zanim nowe władze naszego samorządu, właśnie wybrane w izbach okręgowych, a za chwilę także na szczeblu centralnym, sięgną po składkowe, z pewnością niemałe pieniądze (tego typu usługi do tanich nie należą!), warto sobie uświadomić, co stało za sukcesem lekarzy rezydentów.

W mojej ocenie zdecydował splot sprzyjających okoliczności.

Poparcie TVN24 oraz „Gazety Wyborczej”, przyjmujących za dobrą monetę każde wydarzenie, które ma choćby mgliste szanse zachwiać pisowskim rządem, dostali lekarze rezydenci gratis. Oznaczało to silną i przyjazną kampanię informacyjną. Zupełnie inaczej zachowały się media prorządowe, ale im bardziej usiłowały one protest lekarzy rezydentów przemilczeć, zbagatelizować i zakłamać, tym częściej informowały o nim pozostałe środki przekazu, łącznie z tymi, które nie krytykują wszystkiego, co wymyśli PiS.

Dlatego nie zaszkodził, a wręcz przysłużył się lekarzom rezydentom, Ziemowit Piast Kossakowski z TVP Info, publikując materiał szkalujący doktor Katarzynę Pikulską, jedną z twarzy protestu. Niechcący pomogła też protestującym Magdalena Ogórek, drwiąc z nich, że niby tacy biedni, a stać ich na rozgrzewanie się przed protestem kawą latte w kawiarni. Być może była w tym jakaś zasługa jesiennych chłodów, ale widzowie nie kupili przekazu zaserwowanego im przez byłą kandydatkę na prezydenta z ramienia SLD, występującą obecnie w roli prawicowej dziennikarki.

Co niezwykle istotne, rezydenci nie ulegli pokusie wsparcia ich akcji przez będących w opozycji do rządu polityków i celebrytów.

Publiczna telewizja tylko na to czekała, a najbardziej rozgrzani spośród jej dziennikarzy i stałych komentatorów, nie zważając na fakty, serwowali swoim odbiorcom kłamliwe informacje na ten temat. Mocne zaangażowanie polityczne wespół z ewidentnymi wpadkami w przekazie, jak słowa o nadzwyczajnej kaście, tudzież dziesięciu tysiącach brutto, za które rzekomo można dobrze żyć tylko na prowincji, znacznie osłabiło społeczne sympatie dla protestujących sędziów.

Lekarze rezydenci nie popełnili błędów przedstawicieli temidy, stawiając na prosty, przejrzysty i nie budzący kontrowersji przekaz. Tak było m.in. w przypadku kampanii informacyjnej w szpitalach. W większości z nich (w praktyce wszędzie tam, gdzie dyrektorzy nie są związani z PiS) na drzwiach gabinetów lekarskich przez kilka miesięcy wisiały informacje objaśniające, kto to taki ten rezydent, ile godzin w miesiącu pracuje i ile zarabia. Last but not least ważne było silne poparcie ze strony samorządu lekarskiego, który nie zawahał się stanąć w kontrze do byłego prezesa NRL Konstantego Radziwiłła.

Gdzie w tym wszystkim jest rola agencji PR?

Można także zadać inne pytanie: w czym agencja PR pomogłaby lekarzom, regularnie flekowanym za czasów rządów PO-PSL przez te same media, które tak ochoczo wyciągnęły dłoń do rezydentów? Skuteczna kapania pijarowska musiałaby oznaczać wsparcie przynajmniej części z najbardziej wpływowych stacji telewizyjnych i gazet. Czy stać nas na taką kampanię? To kolejne pytanie retoryczne. Zaryzykuję stwierdzenie, że bardzo silny, pozytywny przekaz płynie z tego, co na co dzień robimy.

Wizyta w przychodni, badanie diagnostyczne, drobny zabieg albo poważna operacja. Wszystko to są w zdecydowanej większości dobre i bardzo dobre „akcje pijarowskie” o dużej sile oddziaływania. Problem w tym, że (dez)organizatorzy systemu robią wiele, by do tych naszych działań dodać budzącą wrogość otoczkę w postaci kolejek, wyjątkowo nieudolnych rozwiązań organizacyjnych i utrudnionego dostępu do nowoczesnych metod leczenia.

Z oczywistych względów nie pomagają nam braki kadrowe, także w szeregach innych zawodów medycznych, bo to sprzyja popełnianiu błędów, a w najlepszym razie pośpiechowi, niemile widzianemu przez pacjentów. Jak zatem poprawić wizerunek lekarzy? Zdaję sobie sprawę, że może to wzbudzić zawód wśród oczekujących szybkich i efektownych rozwiązań, ale klucz tkwi w poprawie funkcjonowania systemu. I o to powinniśmy walczyć!

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *