Główna

Stomatologia – rozważania bioetyczne

Brytyjscy naukowcy z King’s College London i Uniwersytetu Oksfordzkiego zastanawiają się, czy ingerencje biologiczne są etyczne w stomatologii. Rozważania na ten temat opublikowali niedawno na łamach „Nature”.

Foto: pixabay.com

Choroby jamy ustnej, takie jak próchnica i zapalenie przyzębia, wciąż są szeroko rozpowszechnione, a istniejące możliwości ich leczenia ograniczone.

W związku z tym rośnie zainteresowanie opracowywaniem nowatorskich ingerencji biologicznych, w tym m.in. CRISPR-Cas9 (Clustered Regularly-Interspaced Short Palindromic Repeats, pol. zgrupowane, regularnie rozproszone, krótkie, powtarzające się sekwencje palindromiczne), które w przyszłości mogłyby zostać wykorzystane w celu leczenia i zapobiegania rozwojowi tych schorzeń.

Vitor C.M. Neves, Jonathan Pugh i Julian Savulescu bronią poglądu, że zapewnienie w miarę bezpiecznych i skutecznych nowych ingerencji biologicznych, których celem byłoby zapobieganie próchnicy i zapaleniu przyzębia, należy postrzegać jako należące do stomatologii.

Źródło: nature.com

Pacjenci angażują się w pomoc dla szpitali tymczasowych

Gdy wybuchła pandemia, wiele osób zaangażowało się w pomoc dla szpitali i pracujących w nich medyków. Na wsparcie mogą liczyć również placówki tymczasowe, w których są leczeni pacjenci z COVID-19.

Foto: I. Matuszewska, www.katowice.uw.gov.pl

Szpital Tymczasowy przy Międzynarodowym Porcie Lotniczym „Katowice” w Katowicach-Pyrzowicach został zbudowany już w listopadzie 2020 r., ale do wiosny br. funkcjonował na zasadzie pasywnej. W związku ze wzrostem liczby zakażeń, od kilku tygodni robiło się w nim coraz ciaśniej. W ostatnich dniach w placówce hospitalizowano ok. 110 pacjentów.

Właśnie ruszyła zbiórka dla szpitala tymczasowego w Pyrzowicach. Potrzebne są m.in. koce, poduszki, sztućce, kubki jednorazowe, woda mineralna w małych butelkach, kawa, herbata, środki czystości (papier toaletowy, ręczniki papierowe, mokre chusteczki, środki odkażające do rąk), rękawiczki jednorazowe, maseczki jednorazowe, pościel, podkłady higieniczne/prześcieradła jednorazowe, środki BHP, notatniki, długopisy.

– Czwarta fala pandemii koronawirusa pokazuje swoją okrutną twarz. Szpitale covidowe zapełniają się, a pacjenci i personel szpitali tymczasowych potrzebują wsparcia. Od jednego z naszych przyjaciół, który z powodu COVID-19 był hospitalizowany w szpitalu tymczasowym w Pyrzowicach, wiemy, że brakuje tam środków higieny i podstawowych udogodnień potrzebnych pacjentom w czasie leczenia szpitalnego. Postanowiliśmy pomóc – mówi Agnieszka Wołczenko, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pacjentów ze Schorzeniami Serca i Naczyń EcoSerce.

W jaki sposób i gdzie przekazać dary? Darczyńcy proszeni są o kontakt z koordynatorem akcji pod numerem telefonu 602 785 530 lub poprzez adres e-mail: biuro@ecoserce.pl.

Białe miasteczko zostaje, ale medycy przenoszą protest do sieci

Białe miasteczko pozostanie przed kancelarią premiera, ale Ogólnopolski Komitet Protestacyjno-Strajkowy Pracowników Ochrony Zdrowia przenosi aktywność do internetu z powodu zaostrzającej się pandemii.

Foto: Lidia Sulikowska/Gazeta Lekarska

Białe Miasteczko powstało 11 września. Było zwieńczeniem wielotysięcznej manifestacji, która – jak często wskazywano – była największym ulicznym protestem medyków w III RP.

W środę 24 listopada, podczas konferencji prasowej, medycy poinformowali o zakończeniu protestu w dotychczasowej formie. – Białe Miasteczko symbolicznie zostaje na miejscu, ale my przenosimy aktywność do sieci. Tam będziemy udzielać porad pacjentom. Poszerzamy front osób, które będą współpracować z komitetem – powiedziała Krystyna Ptok, jedna z liderek komitetu, a jednocześnie przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Zdaniem innego z liderów komitetu, wiceprezesa Naczelnej Rady Lekarskiej Artura Drobniaka, rząd od początku chce stosuje strategię „na przeczekanie”. – Sprawy tak fundamentalne jak zdrowie nie mogą czekać. Dialog powinien wykroczyć poza politykę. W sytuacji, kiedy czwarta fala pandemii nas tak mocno przygniotła, uważamy, że odpowiedzialność nakazuje zmienić formę protestu. Zobowiązujemy się, że zrobimy wszystko, żeby uratować jak najwięcej Polaków – powiedział.

Komunikat Komitetu Protestacyjno-Strajkowego

Dr Artur Drobniak zwrócił uwagę na trudną sytuację w wielu szpitalach, która zaostrzyła się w związku ze wzrostem liczby osób chorych na COVID-19. – Koleżanki pielęgniarki przekazują nam informacje, że w wielu jednostkach na dyżurach na OIOM-ie, zamiast 6 pielęgniarek na 12 pacjentów, są 2- 3 pielęgniarki. Ginekolodzy zajmują się 90-latkami ciężko chorymi z zapaleniami płuc, co nie jest do końca w ich kompetencjach. Brakuje medyków, brakuje lekarzy, którzy mogliby zająć się pacjentami – alarmował.

W opublikowanym w mediach społecznościowych komunikacie Ogólnopolski Komitet Protestacyjno-Strajkowy Pracowników Ochrony Zdrowia zarzucił rządowi, że „swoją biernością skazuje Polaków na walkę o przetrwanie”. Medycy dodali, że choć deklarują wolę dialogu, to jeśli będzie taka potrzeba, ponownie wyjdą na ulice.

„Gazeta Lekarska” od samego początku śledzi protest pracowników ochrony zdrowia – więcej o jego przebiegu i postulatach medyków oraz kilkaset zdjęć z manifestacji i białego miasteczka można znaleźć TUTAJ.

Opozycyjni politycy zaniepokojeni stanem ochrony zdrowia

„Wyzwań jest wiele, w szczególności należą do nich: niedofinansowanie, brak pracowników, nieefektywność profilaktyki i potrzeba leczenia pacjentów zgodnie ze standardami europejskimi i światowymi”.

Foto: Marta Marchlewska-Wilczak, Kancelaria Senatu

To fragment projektu uchwały w sprawie obecnego stanu ochrony zdrowia przyjętego we wtorek w pierwszym czytaniu przez dwie senackie komisje: Zdrowia i Ustawodawczą.

W projekcie wyrażono niepokój spowodowany kryzysowym stanem systemu ochrony zdrowia w Polsce. Senat „jest zaniepokojony biernością rządu, bowiem rolą państwa jest ochrona zdrowia i życia, a w razie zagrożenia – ich ratowanie”, a w związku z zaistniałą sytuacją chce zaapelować „do rządu Rzeczypospolitej Polskiej o pilne podjęcie odpowiednich działań zmierzających do porozumienia z przedstawicielami środowisk medycznych w celu możliwie najpełniejszej realizacji ich postulatów”.

Uzasadniając potrzebę przyjęcia tego projektu senator Beata Małecka-Libera podkreśliła, że obecna sytuacja jest bezprecedensowa, mimo że ochrona zdrowia od lat boryka się z problemami, których występowanie w szczególny sposób obnażyła trwająca pandemia. W jej opinii wobec szeregu zagrożeń wpływających na bezpieczeństwo zdrowotne Polaków, w tym rosnącej liczby nadmiarowych zgonów, nie można dalej w spokoju patrzeć na bezczynność i nieudolność w drugim roku walki z COVID-19.

– Lecząc koronawirusa zapomnieliśmy o tym, że są także inne choroby. Ludzie wymagają szybkiej diagnostyki i potrzebują szpitalnego łóżka. Dlatego rok obecny powinien być czasem, w którym zostały wyciągnięte wnioski z roku ubiegłego, gdzie powinna być przygotowana dobrze zaprojektowana strategia. Co się dzieje w tym roku i dlaczego mówimy o katastrofie? Ponieważ wszystkie prawidłowe założenia walki z epidemią zostały zaniechane – mówiła.

Na zarzuty senator Beaty Małeckiej-Libery i innych senatorów odpowiadał wiceminister zdrowia Piotr Bromber. Zdecydowanie zaprzeczył temu jakoby rząd nie podejmował rozmów z medykami protestującymi w białym miasteczku. – Oprócz ocen i emocji, nie padły żadne alternatywne rozwiązania, z których na przykład moglibyśmy skorzystać lub też chcieliście państwo wcześniej skorzystać, a takich możliwości nie było – powiedział minister.

Zwrócił uwagę, że w ostatnich latach wzrosła liczba osób kształconych na uczelniach medycznych i zaapelował o zgłaszanie rozwiązań, które mogą pomóc ochronie zdrowia. Podkreślił także to, że minister zdrowia musi wyważyć nastroje społeczne przy podejmowaniu decyzji.

Dr Jerzy Friediger: Szpitale publiczne nie bilansują się

Wyceny świadczeń medycznych nie odzwierciedlają rzeczywistych kosztów ponoszonych przez szpitale – mówi dr Jerzy Friediger, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego SP ZOZ w Krakowie, członek Prezydium NRL.

Jerzy Friediger. Foto: Mariusz Tomczak/Gazeta Lekarska

– Szpitale publiczne nie bilansują się, bo od wielu lat mamy do czynienia z tzw. subsydiowaniem skrośnym. W ten sposób fachowo określa się sytuację, która w praktyce oznacza, że na wykonywaniu niektórych zabiegów szpital może zarobić, a na innych tylko traci. To absurdalna sytuacja, która nie powinna mieć miejsca.

Komitet protestacyjno-strajkowy domaga się m.in. wzrostu wyceny świadczeń medycznych i ryczałtów dla Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. To postulaty zdecydowanie słuszne, o czym wszyscy wiedzą, bo obecne wyceny w żaden sposób nie odzwierciedlają rzeczywistych kosztów.

Wycena „dobokaretki”, czyli pozostającej w gotowości karetki Ratownictwa Medycznego i utrzymywanie w gotowości szpitalnego oddziału ratunkowego wynosi niemal tyle samo – ok. 4,5 tys. zł. Wycena świadczeń w szpitalach przyjmujących wyłącznie pacjentów w ramach przypadków planowych jest identyczna co wycena świadczeń w tzw. szpitalach ostrych. Te ostatnie przyjmują przez całą dobę, w związku z czym są zobowiązane do utrzymywania w gotowości m.in. bloku operacyjnego, zespołu anestezjologicznego czy SOR-u, co wiąże się z dodatkowymi kosztami.

Od dawna oderwane od rzeczywistości są nakłady ponoszone w związku z utrzymywaniem w gotowości oddziałów chorób zakaźnych, co doprowadziło do tego, że w minionych latach po prostu je zamykano. Powód był zawsze ten sam: nie przynosiły szpitalowi zysku. W Krakowie ostały się tylko dwa takie oddziały.

Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku oddziałów pediatrycznych. Poza sezonem, gdy mniej dzieci choruje, trzeba ponosić koszty związane z utrzymywaniem załogi i infrastruktury, a NFZ płaci tylko za hospitalizacje. Ponieważ hospitalizacji w okresie „pozasezonowym” jest niewiele oddziały te nie są w stanie „zarobić” na swoje utrzymanie i z oczywistych względów stają się deficytowe. Dlatego wiele oddziałów pediatrycznych również zostało zamkniętych.

W granicach rzeczywistych kosztów są wycenione świadczenia m.in. w zakresie ortopedii i kardiologii, choć i one nie uwzględniają niedawnego podniesienia wynagrodzeń minimalnych.

Notował: Mariusz Tomczak

Druga fala pandemii mniej śmiertelna dla chorych na nowotwory

Brytyjscy badacze przeanalizowali przypadki 660 chorych na COVID-19 leczonych w przeszłości z powodu nowotworów i porównali ich wyniki z grupą chorych bez obciążenia onkologicznego.

Foto: pixabay.com

Badanie dotyczyło okresu dwóch pierwszych fal zachorowań, tj. marzec-maj 2020 r. oraz grudzień 2020-luty 2021 r. Podczas pierwszego szczytu zachorowań chorzy na nowotwory mieli o 57 proc. większe ryzyko zgonu w przebiegu infekcji wirusowej niż grupa kontrolna. Podobnej zależności nie zauważono w drugim okresie.

Umieralność chorych na nowotwory zakażonych wirusem COVID-19 spadła pomiędzy pierwszą a drugą falą pandemii o 59%. Grupą szczególnie narażoną na powikłania byli chorzy otrzymujący leczenie systemowe i/lub z przerzutami odległymi. Ich ryzyko zgonu z powodu COVID-19 było dwukrotnie wyższe niż u pozostałych chorych na nowotwory.

Według badaczy prezentujących wyniki analizy podczas kongresu European Society of Medical Oncology, spadek umieralności chorych na nowotwory podczas drugiej fali pandemii wynika ze skuteczniejszego leczenia COVID-19, efektu szczepień przeciwko wirusowi oraz wznowienia onkologicznej opieki po pierwszym lockdownie.

Źródło: ESMO Congress 2021: Abstract 1575P. Presented September 17

Rozpoczęły się bezpłatne szczepienia przeciw grypie dla dorosłych

Od wtorku każda pełnoletnia osoba może bezpłatnie zaszczepić się przeciw grypie. Wystarczy zgłosić się do wybranego punktu szczepień.

Foto: pixabay.com

Do tej pory uprawnieni do bezpłatnych szczepionek byli m.in. medycy, farmaceuci, nauczyciele, żołnierze czy seniorzy. Od wczoraj takie samo prawo będą miały wszystkie osoby, które ukończyły 18 lat. To efekt podpisanej przez ministra zdrowia Adama Niedzielskiego nowelizacji rozporządzenia w sprawie metody zapobiegania grypie w sezonie 2021/2022.

– Zależy nam na tym, by jak najwięcej Polaków chciało i mogło ochronić się przed grypą, dlatego od 23 listopada rozszerzamy grupę, która będzie miała możliwość przyjęcia bezpłatnej szczepionki. Zwiększamy także liczbę szczepionek w aptekach –  mówi minister zdrowia, dodając, że jest to szczególnie ważne w czasie trwającej czwartej fali pandemii COVID-19.

Sezon grypowy rozpoczął się w październiku i zbiegł się z kolejną falą wzrostu zakażeń wirusem SARS-CoV-2. – To dlatego zdecydowaliśmy, że każdy dorosły będzie mógł zadbać dodatkowo o swoje zdrowie. Wystarczy, że zgłosi się na szczepienie do wybranego punktu szczepień – dodaje.

Zgłosić się można w dowolnym punkcie szczepień i bez recepty, wystarczy tylko umówić termin. Na szczepienie powinny się zgłaszać osoby bez objawów ostrej infekcji i wysokiej gorączki. Nie trzeba robić przerwy między szczepieniami np. przeciw COVID-19 i przeciw grypie.

Mapa ponad 3 tys. punktów, w których można wykonać szczepienie przeciw grypie, znajduje się na stronie https://pacjent.gov.pl/aktualnosc/szczepienia-na-grype.

Absolwenci Akademii Medycznej wierni tradycji!

Absolwenci Akademii Medycznej we Wrocławiu z rocznika 1966 są wierni tradycji corocznych spotkań.

Foto: arch. prywatne

Minęło 55 lat od uzyskania dyplomu lekarza. Związaliśmy nasze drogi zawodowe i życie osobiste z różnymi krajami, co nie stanowi jednak przeszkody w regularnym spotykaniu się.

Zdrowie już nie to, ale chęć ponownego spotkania przywiodła nas aż do Przemyśla. Organizatorem tegorocznego zjazdu była Eliza Walawska. Cztery dni wypełnione zwiedzaniem, rozmowami, wspólnymi wspomnieniami znów minęły zdecydowanie za szybko…

Informacja, że w roku 2022 spotkamy się w Bydgoszczy, bardzo nas wszystkich ucieszyła. Trudu organizacji imprezy podjęła się Iwona Sarna-Imbirska. Oby zdrowie nam dopisało, bo chęci nie brakuje!

Zdzisława Piotrowska-Gede

Nie ma lekarzy. Jesień problemów z czwartą falą pandemii w tle

Kilka tygodni temu wkroczyliśmy w drugą jesień z pandemią. Pod wieloma względami jest podobna do zeszłorocznej, ale jeszcze mocniej widać problemy publicznego lecznictwa wynikające m.in. z niedostatku kadr medycznych – pisze Mariusz Tomczak.

Foto: pixabay.com

Można zaryzykować tezę, że im dłużej trwa pandemia, tym więcej koncepcji na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia pojawia się w debacie publicznej. Nie brakuje pomysłów nieoczywistych, bywają i ocierające się o granice absurdu, a przynajmniej w taki sposób odbiera je wiele osób. Nic dziwnego, że często spotykają się z brakiem akceptacji wśród lekarzy.

W ciągu ostatniego 1,5 roku, zwłaszcza w chwilach legislacyjnej gorączki uzasadnianej walką z wirusem SARS-CoV-2, opiniowanie projektów aktów prawnych wielokrotnie okazywało się fikcją. Nie tylko dlatego, że na analizę opasłych dokumentów naszpikowanych paragrafami wyznaczano kilka dni, a nawet kilkadziesiąt godzin. Dochodziło do sytuacji, gdy w zaopiniowanych wcześniej projektach pojawiały się rozwiązania zupełnie nowe, nieznane wcześniej nikomu, poza wąską grupą polityków i urzędników. Z taką sytuacją zmaga się m.in. środowisko lekarskie, które nieustannie skarży się na ignorowanie zasady „nic o nas bez nas”.

Iskry zamiast dialogu

Na linii rząd-lekarze od dawna mocno iskrzy. Brakuje okazji do ucierania poglądów w trakcie rzeczowej wymiany argumentów, a dialog zastąpiła metoda, którą nieco ironicznie można określić połączeniem gromu z jasnego nieba z musztardą po obiedzie – ważne deklaracje w przestrzeni publicznej pojawiają się niespodziewanie, gdy przygotowana przez władze koncepcja jest już gotowa do wdrożenia, a ewentualne zmiany mogą mieć tylko charakter kosmetyczny.

Strona rządząca broni swoich pomysłów, zarzucając krytykom, że nie dostrzegają szlachetnych intencji i urządzają nagonkę niepopartą faktami, bo weryfikacja wprowadzanych rozwiązań będzie możliwa dopiero w przyszłości. Wielu lekarzy odnosi wrażenie, że celem niektórych zmian nie jest autentyczna poprawa sytuacji w ochronie zdrowia, lecz odwracanie uwagi opinii publicznej od poważnych, nierozwiązanych problemów „przykrywanych” inicjowaniem dyskusji o tematach zastępczych. Pojawiają się opinie, że spory czasami wznieca się celowo.

„Zawodówki” dla lekarzy

Kilka tygodni temu szef resortu zdrowia Adam Niedzielski wziął udział w otwarciu Centrum Symulacji Medycznej przy Uczelni Państwowej im. Jana Grodka w Sanoku. Placówka działa równo od 20 lat i można w niej ukończyć studia I stopnia na kierunku ratownictwo medyczne czy uzyskać tytuł zawodowy licencjata i magistra pielęgniarstwa. Media społecznościowe obiegło zdjęcie, na którym minister z podniesionym do góry kciukiem stoi przy łóżku szpitalnym z fantomem.

Szybko stało się ono hitem internetu, rzekomo potwierdzającym tezę, że pandemia to fikcja, a szpitale są „teatrem”, w którym role pacjentów niemogących złapać tchu „grają” manekiny podłączone do respiratorów. Jednak to nie z powodu memicznej fotografii wizyta ministra na Podkarpaciu wywołała burzę. Przemawiając w czasie Zgromadzenia Plenarnego Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych, szef resortu zdrowia poinformował o zamiarze dopuszczenia takich placówek do kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów. – Już w zasadzie przygotowaliśmy projekt – oświadczył.

Felczeryzacja medycyny

W środowisku lekarskim najpierw było niedowierzanie. Po kilku dniach, gdy okazało się, że to nie przejęzyczenie ministra czy potknięcie relacjonującego dziennikarza, rozpoczęła się ożywiona dyskusja nad nowelizacją ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej zażądało od resortu wycofania się z budzącego kontrowersje pomysłu, a Okręgowa Rada Lekarska w Warszawie oceniła, że zmierza on do „felczeryzacji medycyny” i prowadzi do „upadku prestiżu zawodu lekarza”. Pojawiły się głosy, że to „straszak” na środowisko, które rozpoczęło protest w białym miasteczku.

Cel zmian jasno określono w uzasadnieniu do projektu ustawy. Chodzi m.in. o „uelastycznienie warunków dotyczących możliwości ubiegania się przez uczelnie o pozwolenie na utworzenie studiów przygotowujących do wykonywania zawodu lekarza i lekarza dentysty”. Po wtóre, zwiększenie liczby placówek ma przełożyć się na wzrost liczby absolwentów medycyny, co zdaniem rządu stanowi „odpowiedź na deficyt kadr” obnażony w czasie aktualnej sytuacji epidemicznej. Innymi słowy wirus SARS-CoV-2 stał się pretekstem do wprowadzania zmian gremialnie oprotestowanych w środowisku lekarskim.

Nowe pole konfliktu

W sejmie pierwsze czytanie projektu odbyło się 1 października, co samo w sobie stanowiło zbieg okoliczności. – W dniu inauguracji roku akademickiego dokonano czegoś niebywałego, bo zamiast szacunku dla środowiska obrażono polskich profesorów medycyny. Urażono samorząd lekarski, nie dopuszczając go do opiniowania projektu. To niebywała arogancja – ocenia prof. Wojciech Maksymowicz, który dwie dekady temu stał na czele Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej, jeszcze w ubiegłym roku był wiceministrem nauki i szkolnictwa wyższego, a teraz jest jednym z opozycyjnych posłów. Mocne słowa, ale w dużym stopniu oddające nastroje osób zdumionych zapowiedzią „produkowania” lekarzy w „zawodówkach” i postawieniem na ilość, zamiast na jakość.

Zamiar rozszerzenia kręgu uczelni uprawnionych do kształcenia na kierunku lekarskim i lekarsko-dentystycznym otworzył nowe pole konfliktu z obozem władzy. W połowie października strona rządowa mocno wykastrowała swój pierwotny pomysł na uporanie się z deficytem kadr medycznych i wydawało się, że „lekarskich zawodówek” nie będzie. W ubiegłym tygodniu, ku zdumieniu wielu osób, które na pomyśle nie pozostawiły suchej nitki, Sejm uchwalił kontrowersyjne przepisy. Los ustawy leży w rękach prezydenta Andrzeja Dudy.

Pandemia a szpitale

Z danych przedstawionych w ogłoszonej kilka tygodni temu „Mapie potrzeb zdrowotnych” wynika, że w 2019 r., czyli roku niedotkniętym przez pandemię, w systemie publicznym pracowało 113,9 tys. lekarzy (87 proc. wszystkich pracujących lekarzy w naszym kraju). Najczęściej znajdowali oni zatrudnienie w ramach leczenia szpitalnego (76,6 tys.), a także w izbach przyjęć (17,4 tys.) i w SOR-ach (14,5 tys.). W kolejnym roku szpitale publiczne musiały zmierzyć się z naporem pacjentów z nieznaną chorobą zakaźną, a osoby w nich pracujące, nierzadko przymuszone do świadczenia pracy w ramach reżimu administracyjno-prawnego, zostały doświadczone szeregiem negatywnych zjawisk.

Strach, przemęczenie, objawy wypalenia zawodowego – długo można by wymieniać skutki pandemii dotykające lekarzy. – Mamy coraz mniej rąk do pracy. Wiele osób jest wyczerpanych psychicznie i fizycznie, dodatkowo nie widzą żadnego wsparcia ze strony rządu – mówi prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Nierzadko odpowiedzialnością za złą organizację systemu obciąża się pracowników ochrony zdrowia – To powoduje frustrację – przyznaje dr Michał Bulsa, członek Prezydium NRL.

Odchodzą z pracy

Od dawna mówiło się, że gdy koronawirus odpuści, niektórzy lekarze odejdą z publicznych placówek. Już od wiosny pojawiały się kolejne doniesienia o zamykaniu, zawieszaniu albo ograniczaniu działalności oddziałów szpitalnych, spowodowane brakiem kadr. Pod koniec września wypowiedzenia złożyło 26 lekarzy z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, największej placówki pediatrycznej na południu Polski. To większość zatrudnionych tam specjalistów. W połowie października na ten sam krok zdecydowało się kolejnych 28 lekarzy, co oznacza, że praca części oddziałów może zostać sparaliżowana. – Podejmowane od 2018 r. próby rozmów i apele spotykają się z ignorancją i brakiem odzewu – mówi Łukasz Klasa, jeden z krakowskich lekarzy.

Z kierowania placówką zrezygnował prof. Krzysztof Fyderek. – Niski poziom finansowania szpitala z jednej strony i rosnące lawinowo oczekiwania płacowe personelu z drugiej, stanowią poważne zagrożenie dla dalszego funkcjonowania w obecnym kształcie. Pandemia COVID-19 zaostrzyła wszystkie problemy finansowo-kadrowe, z którymi zmaga się nasza wysokospecjalistyczna jednostka – tłumaczy ustępujący dyrektor naczelny, który rezygnację złożył na ręce prorektora UJ ds. Collegium Medicum.

Prorektor prof. Tomasz Grodzicki przyznaje, że kondycja finansowa szpitala nie pozwala na spełnienie oczekiwań lekarzy z USD w Krakowie i na potwierdzenie swoich słów wymienia kwoty: miesięcznie na wynagrodzenia trafia ok. 20 mln zł, gdyby uposażenie lekarzy miało wzrosnąć o połowę, potrzeba by 30 mln zł, a zadłużenie placówki wynosi 40 mln zł. – Jeżeli NFZ zapłaci zaległości, dług realny spadnie do ok. 15 mln zł. Nawet jeśli dostaniemy te pieniądze, nie będzie wolnej gotówki – dodaje. Nowo powołany dyrektor szpitala dr hab. Wojciech Cyrul, z wykształcenia prawnik, musi stawić czoła wyzwaniu, jakim jest ponad 70 wypowiedzeń złożonych przez lekarzy.

Z udarem na korytarzu

Problemy kadrowe i finansowe to bolączka także innych placówek, na co nakłada się niezadowolenie z warunków pracy, które w czasie pandemii często się pogorszyły, skłaniając lekarzy do powiedzenia „dość”. W lipcu działalność zawiesił oddział neurologiczny w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu, a od początku października pacjentów nie przyjmuje oddział neurologii i leczenia udarów tamtejszego specjalistycznego szpitala miejskiego.

Z 200-tysięcznego Torunia osoby np. z podejrzeniem udaru są przewożone do Bydgoszczy, Świecia i Lipna, bo oddziały w Inowrocławiu, Grudziądzu i we Włocławku również nie funkcjonują. Problem nabrzmiewał od dłuższego czasu, a dodatkowo został nagłośniony po tym, gdy na początku października na oddział neurologii Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. Jana Biziela w Bydgoszczy trafiło tylu pacjentów, że nawet osoby w ciężkim stanie musiały leżeć na korytarzu, bo zabrakło dla nich miejsc w salach.

Kolejne zamykane oddziały

Złe wieści dochodzą nie tylko z woj. kujawsko-pomorskiego. Ostatnio wypowiedzenia złożyła większość specjalistów z jedynego w Warszawie oddziału psychiatrii dla dzieci – co to może oznaczać, najlepiej świadczy fakt, że na Mazowszu i Podlasiu działają w sumie dwa oddziały dziecięce i trzy młodzieżowe. Do końca roku jest zawieszony oddział wewnętrzny w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Rybniku, bo nie udało się skompletować zespołu – żeby go otworzyć, potrzeba pięciu lekarzy specjalistów, a jest tylko jeden. Podobny status mają także dwa inne oddziały.

Nad szpitalem wojewódzkim w Płocku od kilku miesięcy wisi groźba sparaliżowania pracy kilku oddziałów. W Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu z powodu braków kadrowych wstrzymano przyjęcia na oddział anestezjologii, intensywnej terapii i leczenia bólu. W lipcu Zamojski Szpital Niepubliczny zawiesił oddział pediatryczny na trzy miesiące, ale niedawno okazało się, że taka sytuacja utrzyma się do końca grudnia, a być może i dłużej. „Możesz pomóc w znalezieniu obsady pediatrii? Zadzwoń 602 588 477” – taki wpis na swoim profilu na Facebooku zamieścił ostatnio prezydent Zamościa. – To apel ostatniej szansy – mówi.

Mało medyków, dużo zakażeń

W szpitalu powiatowym w Ostrowcu Świętokrzyskim najpierw brakowało anestezjologów, potem z pracy rezygnowali radiolodzy, a z początkiem października, po kilkutygodniowych negocjacjach, odeszło pięciu z siedmiu lekarzy z SOR. Na razie na dyżurowanie w SOR zdecydowali się lekarze z innych oddziałów, ale co nastąpi później, nie wiadomo. – Ten sam problem co w całej Polsce, dotarł do naszego szpitala – przyznaje Adam Karolik, p.o. dyrektora naczelnego, na którego biurku w ostatnich miesiącach wielokrotnie lądowały wypowiedzenia z pracy podpisane przez doświadczonych medyków. W szpitalu wojewódzkim w Tarnobrzegu planuje się reorganizację oddziału chirurgii dziecięcej i urazowej, bo na emeryturę odchodzi trzech lekarzy, a na ich miejsca nie ma chętnych. W kraju takich przypadków jest więcej.

Na domiar złego rosnąca liczba osób zakażonych SARS-CoV-2 napędza czwartą falę pandemii. – Przyjęcie szczepienia przeciw COVID-19 w polskich warunkach zmniejsza ryzyko hospitalizacji 82-krotnie, a śmierci 94-krotnie. Ryzyko jest zawsze, ale ono jest niewspółmierne wobec korzyści, jakie uzyskujemy, szczepiąc się – powiedział dr hab. Jerzy Jaroszewicz, kierownik Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego i Hepatologii w Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu w czasie inauguracji nowego roku akademickiego w SUM w Katowicach. Powołał się na dane z projektu SARSTer, w ramach którego gromadzone są informacje z kilkudziesięciu ośrodków w kraju.

W obawie przed koronawirusem

Z powodu rosnącej liczby zakażeń szpitale ograniczają odwiedziny lub ich zakazują. W ostatnim czasie zdecydowały się na to placówki z Podkarpacia, m.in. w Rzeszowie, Łańcucie i Brzozowie. W Sanoku w związku z sytuacją epidemiczną wstrzymano przyjęcia pacjentów na oddział kardiologiczny, a w Stalowej Woli, po wykryciu zakażeń wśród personelu i pacjentów, nikogo nie przyjmowano na oddziały neurologiczny i udarowy. Takie decyzje, choć uzasadnione stanem wyższej konieczności, spowalniają tryby systemu powołanego do ochrony ludzkiego zdrowia i życia.

Nie należy zapominać o proteście ratowników medycznych, czego spektakularne skutki obserwują mieszkańcy Warszawy. Z powodu braku obsady karetek do osób potrzebujących pomocy wysyłane są śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W ostatnich tygodniach w środku dnia lądowały m.in. na ruchliwym pl. Konstytucji i pl. Bankowym, niedaleko Dworca Zachodniego, przy jednej ze stacji metra i na boisku na Bielanach. Protest ratowników rykoszetem uderza w lekarzy, bo część pacjentów, którzy nie mogą doczekać się na karetkę, wcześniej czy później trafi do szpitala z pogorszonym stanem zdrowia.

Premier kupi nowe łóżka

Nie każdy wie, że do wybuchu epidemii SARS-CoV-2 Polska miała jedną z najwyższych w Unii Europejskiej liczbę łóżek szpitalnych przypadających na 100 tys. mieszkańców. W innych krajach przez ostatnie lata ich liczba na ogół spadała, w wyniku czego ta różnica się pogłębiała. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że mamy sprzęt i wyposażenie, co oczywiście nie oznacza, że nie mogłoby być lepiej, ale prawdziwe wyzwanie stanowi brak wysoko wykwalifikowanych umysłów i rąk, bo coraz częściej nie ma komu leczyć, a z uwagi na starzejące się społeczeństwo będzie rosnąć liczba pacjentów wymagających specjalistycznej opieki.

Tymczasem, kiedy premier Mateusz Morawiecki mówi o inwestowaniu w ochronę zdrowia, to przede wszystkim koncentruje się na obietnicy podnoszenia standardu placówek. Jeden z ostatnich pomysłów rządu to wymiana ponad 90 tys. łóżek szpitalnych ze środków Subfunduszu Modernizacji Podmiotów Leczniczych będącego częścią „prezydenckiego” Funduszu Medycznego.

Słowo, które warto zapamiętać

Ostatnio w sukurs przepracowanym lekarzom nieoczekiwanie przyszła Najwyższa Izba Kontroli. Zdaniem kontrolerów w związku z tym, że prawie 1/3 czasu porady lekarskiej pochłania prowadzenie dokumentacji medycznej i wykonywanie czynności administracyjnych, zachodzi potrzeba ograniczenia ich czasochłonności, tak by zwiększyć efektywność leczenia pacjentów. Mimo że każdy praktykujący lekarz doskonale o tym wie, wyniki kontroli NIK są cennym argumentem w walce o odejście zza biurek. Na ograniczenie biurokracji i uwolnienie potencjału lekarzy na razie się jednak nie zanosi.

Póki koronawirus budzi grozę, minister zdrowia ma swoje sposoby na łagodzenie problemów związanych z deficytem kadr. W jednym z ostatnich rozporządzeń wydłużył do końca roku zwolnienie szpitali, które udzielają świadczeń gwarantowanych w trybie hospitalizacji, z obowiązku zapewnienia kadry lekarsko-pielęgniarskiej. W uzasadnieniu wskazano, że celem jest „uelastycznienie” zarządzania personelem. Identycznym wyrazem rząd tłumaczył chęć rozpoczęcia kształcenia lekarzy i stomatologów w wyższych szkołach zawodowych. Tak jak pandemią uzasadnia się wprowadzenie wielu kontrowersyjnych zmian w przepisach, tak elastyczność – cokolwiek w praktyce to znaczy – może okazać się nowym słowem kluczem w ochronie zdrowia na kolejne miesiące.

Mariusz Tomczak

Polka w zarządzie Rady Europejskich Lekarzy Dentystów

W piątek, podczas posiedzenia ogólnego Rady Europejskich Lekarzy Dentystów (Council of European Dentists, CED), dr Anna Lella została wybrana na stanowisko członka zarządu CED (Board of Directors) na lata 2021-2024.

Anna Lella. Foto: Marta Jakubiak

W skład zarządu CED wchodzi 8 osób (prezes, którym został wybrany dr Freddie Sloth-Lisbjerg z Danii, wiceprezes, skarbnik i 5 członków). Kandydaturę dr Anny Lelli na stanowisko członka zarządu CED zgłosiła Naczelna Izba Lekarska, która jest pełnoprawnym członkiem CED od 2006 roku.

CED jest organizacją reprezentującą zawód lekarza dentysty w Unii Europejskiej, zrzeszającą główne krajowe organizacje lekarsko-dentystyczne z 31 państw europejskich (państwa członkowskie UE, państwa kandydujące do UE, państwa EOG, Szwajcaria, Wielka Brytania). Podstawowym celem CED jest promowanie wysokich standardów opieki stomatologicznej. 

W ramach swej działalności CED poświęca główną  uwagę kwestiom legislacji unijnej. Stanowiska i uchwały CED odgrywają istotną rolę w kształtowaniu europejskiej stomatologii i warunków wykonywania zawodu lekarza dentysty w UE przez właściwie wykwalifikowanych lekarzy dentystów. CED jest organizacją w pełni autonomiczną, niezależną od instytucji UE oraz władz krajowych.

Marek Szewczyński

Prof. Marek Rudnicki z ważnym odznaczeniem państwowym

Prof. Marek Rudnicki został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP – doszło do tego 10 listopada podczas uroczystości z okazji 103. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Konsulacie Generalnym RP w Chicago.

Foto: Mariusz Tomczak

Odznaczenie zostało przyznane przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę za wybitne zasługi w rozwijaniu polsko-amerykańskiej współpracy w dziedzinie medycyny, za działalność na rzecz przemian demokratycznych w Polsce i za działalność polonijną. W imieniu prezydenta wręczyła je konsul Małgorzata Bąk-Guzik.

Ustanowiony ustawą z 16 października 1992 r. Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej nadawany jest cudzoziemcom i obywatelom polskim stale zamieszkałym za granicą, którzy swą działalnością wnieśli wybitny wkład we współpracę międzynarodową oraz współpracę łączącą Rzeczpospolitą Polską z innym państwami i narodami.

Prof. Marek Rudnicki to były prezydent Światowej Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych i wieloletni prezes Związku Lekarzy Polskich w Chicago. Kilkakrotnie przewodniczył Komitetowi Naukowego Kongresu Polonii Medycznej. Jest absolwentem Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, University of Cincinnati oraz Columbia University w Nowym Jorku.

W latach 80. ubiegłego wieku był aktywnym działaczem NSZZ „Solidarność”. W czasie stanu wojennego, po pacyfikacji kopalni „Wujek” w grudniu 1981 r., osobiście wzywał zespoły ratownicze, by rannych górników nie zawoziły do szpitali kontrolowanych przez resort spraw wewnętrznych, lecz do szpitala klinicznego, w którym pracował. W 1987 r. wyemigrował do USA.

Zdjęcia z uroczystości są dostępne w serwisie monitorlocalnews.com.

Zapalenie płuc to nie jest cięższe przeziębienie

Dopóki w wirusowym zapaleniu płuc nie dochodzi do nadkażenia bakteryjnego, nie powinniśmy stosować antybiotyków – mówi dr n. med. Iwona Skrzekowska-Baran, pulmonolog i pediatra ze Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Foto: pixabay.com

Jeszcze całkiem niedawno wiele osób uważało zapalenie płuc za chorobę być może ciężką, ale na pewno niegroźną dla życia. Skąd takie przekonanie?

Rzeczywiście, w naszej świadomości zapalenie płuc jest często postrzegane jako cięższe przeziębienie. Nic bardziej mylnego. Wiele zapaleń płuc przebiega łagodnie, co jest związane z odpornością człowieka, jednak część zachorowań pociąga za sobą ryzyko cięższego przebiegu i późniejszych powikłań. Zależy to od wielu czynników: nie tylko od etiologii, czyli przyczyny zakażenia, ale również od odporności pacjenta, jego wieku, od tego, czy ma ochronę pierwotną przed bakteriami i wirusami, czyli czy jest zaszczepiony, czy cierpi na choroby współistniejące.

Społeczeństwo się starzeje, chorujemy więc ciężej. Zwłaszcza w obecnym stanie epidemiologicznym, im wyższy wiek pacjenta, tym większe ryzyko ciężkiego zapalenia płuc. Z perspektywy lekarza niezwykle istotna jest etiologia zapalenia płuc. Według danych z 2018 roku, 38% zapaleń płuc pozaszpitalnych to zakażenia wirusowe, 11% to zakażenia bakteryjne, a około 10% ma etiologię mieszaną: zarówno wirusową, jak i bakteryjną. Dane te dotyczą zarówno dzieci, jak i dorosłych. Mimo ogromnego postępu w rozwoju biologii molekularnej, w ponad 40% przypadków nie jesteśmy w stanie wskazać patogenu.

Jeśli chodzi o zakażenia bakteryjne, najczęstszą przyczyną jest Streptococcus pneumoniae, który występuje często z typem wirusa A H1N1 i jest szczególnie groźny dla dzieci i osób po 60. roku życia, z obniżoną odpornością albo obciążonych cukrzycą, POChP i chorobami układu sercowo-naczyniowego. Są też inne bakterie, tj. mycoplazma, chlamydia czy legionella, które wywołują nietypowy obraz kliniczny – gorączka jest tu mniej nasilona i częściej występują objawy spoza układu oddechowego. To tzw. atypowe zapalenia płuc, których obecnie, szczególnie u dzieci, jest sporo…

Musimy też pamiętać o tzw. szpitalnych zapaleniach płuc, które rozwijają się 48 godzin po położeniu pacjenta w szpitalu i mają zupełnie inną etiologię. Powstają poprzez zakażenia bakteriami rezydującymi w danym szpitalu, niestety, często opornymi na antybiotyki. Do tych bakterii należą np. Pseudomonas areuginosa, Escherichia coli lub Sterptoccoccus aureus (szczepy MRSA) czyli metycylinooporne itp.

Mówi pani o atypowych zapaleniach płuc, słyszymy czasami też o bezobjawowych…

Tak naprawdę to określenie w terminologii medycznej nie występuje, ponieważ przebieg choroby i jej leczenie nie różnią się od standardowego zapalenia płuc. Tak zwane bezobjawowe zapalenie płuc może być wywołane zarówno wirusem, bakterią, jak i etiologią grzybiczą lub atypową i dotyczy głównie pacjentów, którzy mają osłabiony układ immunologiczny. Zdarzają się głównie u dzieci, których układ immunologiczny nie jest jeszcze w pełni „wydolny”. Objawy tego zakażenia są nietypowe, występują też objawy spoza układu oddechowego.

W diagnostyce „bezobjawowych” zapaleń płuc niezwykle pomocne są metody obrazowe, badanie ultrasonograficzne układu oddechowego czyli tzw. przezklatkowe badanie płuc, które w ostatnich latach szybko się rozwija i niezwykle pomaga, nie tylko w diagnozowaniu, ale również w monitorowaniu przebiegu choroby. Oczywiście, możemy sięgać po badania rentgenowskie, na których możemy oprzeć się w diagnostyce zapalenia płuc. Są to jednak badania inwazyjne związane z narażeniem na promienie jonizujące.

Jak często chorujemy na zapalenia płuc?

Pozaszpitalne zapalenia płuc stanowią między 5 a 12 przypadków na 1000 osób. W Polsce może chorować 300 000 osób rocznie. Wśród osób powyżej 75. roku życia częstość zachorowań jest znacznie większa i może dochodzić nawet do 30 przypadków na 1000 osób. Co prawda, nie mamy jeszcze pełnych danych z okresu pandemii, wiemy jednak, że wzrosła znamiennie liczba przypadków śmiertelnych związanych z zapaleniami płuc. To efekt nie tylko pandemii, ale również rozwoju antybiotykooporności, która występuje na całym świecie i skutkuje zwiększonym ryzykiem powikłań oraz zgonów naszych pacjentów.

Skoro aż 38% zapaleń płuc ma etiologię wirusową, a wirusów nie leczy się antybiotykami, to skąd ta antybiotykooporność?

Dopóki w wirusowym zapaleniu płuc nie dochodzi do nadkażenia bakteryjnego, rzeczywiście nie powinniśmy stosować antybiotyków. Antybiotykooporność jest zjawiskiem powszechnym i wiąże się nie tylko z wieloletnim nadużywaniem antybiotyków, ale też z używaniem antybiotyków niewrażliwych na dany patogen.

Doprowadziło to do zmniejszenia liczby skutecznych leków i tym samym do wzrostu niepowodzeń terapeutycznych, częstszych powikłań czy zwiększonej śmiertelności. Ta oporność eliminuje z terapii antybiotyki pierwszego wyboru, musimy więc sięgać po tzw. terapie ratunkowe, które są bardziej toksyczne i znacznie bardziej kosztowne. W codziennej praktyce potrzebujemy czułych metod, które pozwolą na skuteczną diagnozę i odpowiednio wczesne wdrożenie leczenia.

Migracje ludzi oraz towarów wpływają na rozwój tego zjawiska, zatem antybiotykooporność staje się problemem globalnym. Powstają ogniska i epidemie wielolekoopornych zakażeń. Obserwujemy również horyzontalne rozpowszechnianie się klonów bakteryjnych wielolekoopornych, czyli przekazywanie genów oporności wewnątrz i między gatunkami bakterii. Jest to więc proces wielopoziomowy, przez który nasze organizmy coraz słabiej odpowiadają na zastosowane antybiotyki.

Czy można oszacować koszty związane z zapaleniami płuc?

Koszty zapalenia płuc powinniśmy podzielić na koszty medyczne – bezpośrednie, związane z samą chorobą – i koszty niemedyczne, pośrednie, które wynikają z powikłań, występowania niepełnosprawności, a zatem i konieczności wypłacania rent i odszkodowań pacjentom, którzy przeszli ciężkie zakażenie. Koszty medyczne obejmują koszty terapii antybiotykiem, zarówno w leczeniu szpitalnym, jak i pozaszpitalnym, koszt hospitalizacji i wszelkiego rodzaju koszty dodatkowe: personelu, badań czy diagnostyki oraz koszty zużytych zasobów. Diagnostyka zapaleń płuc to nie tylko badania radiologiczne i ultrasonograficzne, ale też badania molekularne czy tomografia komputerowa. Mówi się o miliardowych obciążeniach systemowych leczeniem zapalenia płuc.

Ograniczyć te koszty można między innymi dzięki szczepieniom. Nie jesteśmy w stanie uniknąć dzięki szczepieniom wszystkich zapaleń płuc, ale możemy zaszczepić się przeciw patogenom wywołującym inwazyjną chorobę pneumokokową. Dzięki tym szczepieniom możemy uodparniać zarówno dzieci, jak i dorosłych. W Polsce szczepimy od 2017 roku wszystkie nowonarodzone dzieci szczepionką PCV10. Te szczepienia są bezpłatne. Obowiązujące zalecenia rekomendują również szczepienia szczepionką PCV13 osób dorosłych, szczególnie obciążonych chorobami przewlekłymi.

Dzięki wprowadzeniu do programów szczepień ochronnych w grupie najmłodszych (0-2 lat) obserwujemy istotne obniżenie zapadalności na inwazyjną chorobę pneumokokową, na którą składa się nie tylko zapalenie płuc, ale również sepsa pneumokokowa, zapalenie opon mózgowo rdzeniowych czy zapalenie wsierdzia. Ponadto, po wprowadzeniu PCV10 do programu szczepień wśród dzieci do 2. r.ż. obserwujemy spadek częstości występowania ostrego zapalenia ucha środkowego oraz 37-procentowy spadek częstości hospitalizacji z tego powodu wśród dzieci do 3. r.ż. Podkreślenia wymaga również korzystny wpływ szczepionek (PCV10 i PCV13) na spadek częstości występowania zapalenia płuc u dzieci oraz hospitalizacji z nimi związanych.

Poza tym, dochodzi do zmniejszenia częstości występowania chorób pneumokokowych spowodowanych szczepami opornymi na antybiotyki zarówno w populacji dzieci, jak i dorosłych. Co właśnie ciekawe, korzyści odnoszą nie tylko zaszczepione dzieci, ale również dorośli. Jeśli dzieci nie chorują, zostaje przerwana transmisja zakażenia na dorosłych, szczególnie na tych starszych, obciążonych chorobami przewlekłymi. Uzyskujemy przez to poprawę odporności zbiorowej, populacyjnej. Szczepienia przeciw pneumokokom są opłacalne z punktu widzenia systemu ochrony zdrowia. Dzięki nim zyskujemy zmniejszenie zachorowalności i redukujemy powikłania, przez co bezpośrednio wpływamy na redukcję bezpośrednich kosztów medycznych.

Jeśli chodzi o szczepienia dorosłych po 65. roku życia, to są one zalecane szczególnie

u pacjentów obarczonych chorobami przewlekłymi: głównie POChP, ale także cukrzycą, chorobami naczyniowo-sercowymi. Dorosłych szczepi się tylko raz i dzięki tej jednorazowej dawce można uniknąć ciężkiego przebiegu choroby, powikłań czy zgonu. Powinniśmy też szczepić kobiety po 27. tygodniu ciąży, bo to z kolei zabezpiecza noworodki do momentu zaszczepienia ich po urodzeniu.

Skoro mowa o seniorach i kobietach w ciąży, nie mogę nie zapytać o krztusiec…

Przeciw krztuścowi szczepimy od wielu lat dzieci. Zgodnie z kalenadarzem finansowane są szczepienia do 14 r.ż w schemacie podstawowym i dawkach przypominających. Powinniśmy jednak pamiętać o stosowaniu u dorosłych raz na 10 lat dawki przypominającej. Nasza odporność z czasem wygasa i nawet przechorowanie nie daje nam trwałej odporności. Szczepienie przeciw krztuściowi polecane jest głównie osobom starszym, z chorobami przewlekłymi, a także personelowi medycznemu, a od roku 2021 jest zalecane przez GOLD u pacjentów z rozpoznaniem POCHP.

Jaka profilaktyka w czasie pandemii jest najskuteczniejsza?

Ograniczanie kontaktów, reżim sanitarny i profilaktyka pierwotna czyli szczepienia – to daje nam ogromne zyski zdrowotne i ekonomiczne. Przede wszystkim szczepmy się przeciwko chorobie COVID-19. Pamiętajmy o szczepieniu przeciw grypie co roku, o krztuścu co 10 lat, oraz zaszczepieniu się przeciw pneumokokom.

Za nami Światowy Dzień Zapalenia Płuc…

Biorąc pod uwagę zwiększoną liczbę zapaleń płuc w czasie pandemii, powinniśmy przede wszystkim myśleć o prewencji pierwotnej czyli o szczepionkach. Szczepienia, szczepienia i jeszcze raz szczepienia! I oczywiście reżim sanitarny. Tylko to jest w stanie uchronić nas przed zwiększającym się zagrożeniem ciężkiego przebiegu zapalenia płuc.