Główna

65 organizacji łączy siły FDI

W odpowiedzi na publiczne konsultacje dotyczące projektu Globalnej Strategii Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dotyczącej walki z chorobami jamy ustnej, Światowa Federacja Stomatologiczna (FDI) połączyła siły z 65 organizacjami w celu przedstawienia wspólnej odpowiedzi na projekt WHO.

Foto: pixabay.com

„Jesteśmy gotowi wesprzeć WHO i państwa członkowskie w opracowaniu i wdrożeniu globalnej strategii, późniejszego planu działania na rzecz zdrowia jamy ustnej na 2023 r. (w tym ram monitorowania i celów na 2030 r.) oraz „najlepszych zakupów” NCD i innych zalecanych interwencji dotyczących zarządzania zdrowiem jamy ustnej, wzmocnienia globalnego planu działania na rzecz zapobiegania i kontroli chorób niezakaźnych na lata 2013-2030 oraz zbliżającego się planu wdrożenia na lata 2023-2030” – czytamy w komunikacie FDI. Jednym ze współsygnatariuszy zgłoszenia do konsultacji WHO jest Polskie Towarzystwo Stomatologiczne.

Źródło: www.fdiworlddental.org

Jesień obaw. Kryzys kadr medycznych z pandemią w tle

Na horyzoncie wyłania się kolejna fala zachorowań na COVID-19, ale już teraz poraża liczba nadmiarowych zgonów. Sytuacja kadrowa w publicznej ochronie zdrowia rodzi dodatkowe obawy o to, co będzie dalej – pisze Mariusz Tomczak.

11 września, protest medyków w Warszawie. Foto: Marta Jakubiak

Z najnowszych danych Eurostatu wynika, że po 1,5 roku pandemii Polska znajduje się w czołówce krajów UE pod względem liczby nadmiarowych zgonów, czyli tych powyżej średniej z ostatnich lat. Mnożą się pytania, ilu z nich można było uniknąć.

Mając w pamięci liczne przykłady niewydolności systemu w ostatnich miesiącach, takie jak faktyczny paraliż niektórych placówek czy długie kolejki karetek przed szpitalami, trudno przypisać je wyłącznie lekceważeniu stanu swojego zdrowia czy strachowi pacjentów, którzy nie zgłaszali się po pomoc w obawie przed zakażeniem koronawirusem.

Twarde dane

W 2020 r. udzielono o 1/5 mniej świadczeń medycznych w porównaniu z poprzednim rokiem (niedotkniętym przez pandemię). W 2019 r. i 2018 r. do szpitali trafiało ponad 9 mln osób, a w ubiegłym roku – ponad 2 mln mniej. Polacy znacznie rzadziej pojawiali się w gabinetach lekarzy specjalistów i lekarzy rodzinnych. Spoglądając choćby tylko na te liczby, nasuwa się wiele hipotez mogących wyjaśnić sytuację, w której część pacjentów covidowych i niecovidowych, w tym chorujących przewlekle, zmarła nie otrzymawszy pomocy na czas lub w ogóle. Spójrzmy na bardziej aktualne dane.

Z kilkumiesięcznym poślizgiem NFZ opublikował raport, dzięki któremu można lepiej ocenić wpływ pandemii na szpitalnictwo, a także konsekwencje dla zdrowia i życia pacjentów. W marcu br. zakończyło się 460 tys. hospitalizacji, co oznacza 8,5-proc. wzrost do marca 2020 r. (w tym miesiącu pojawił się polski „pacjent zero”, WHO ogłosiła pandemię, a placówki zaczynały ograniczać liczbę przyjmowanych pacjentów), a w lutym br. zakończyło się 413 tys. hospitalizacji – o 29 proc. mniej niż w lutym 2020 r. (tj. w miesiącu poprzedzającym ogłoszenie pandemii). Wnioski nasuwają się same.

Nowa fala już jest

– Czwarta fala jest nieunikniona, ona już jest – powiedział w połowie września minister zdrowia Adam Niedzielski, ostrzegając przed „przyspieszeniem procesu pandemicznego”. – Czwarta fala rozpędza się wolniej, ale może trwać dłużej – ocenia dr Paweł Grzesiowski, ekspert NRL ds. walki z COVID-19. Od wielu tygodni pojawiają się obawy, że w okresie jesienno-zimowym szpitale zapełnią się pacjentami covidowymi tak jak rok temu. Na domiar złego systematycznie rośnie liczba osób z odległymi skutkami COVID-19 utrzymującymi się przez wiele miesięcy po ustąpieniu zakażenia. Czasami mają one nieoczywisty charakter i zdarzają się nawet u tych, których choroba potraktowała ulgowo.

– Można chorować łagodnie, ale konsekwencje nie zawsze są łagodne – ostrzega prof. Krzysztof Tomasiewicz, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Rośnie też liczba pacjentów, którzy kilka miesięcy temu zakończyli leczenie fazy ostrej COVID-19, ale nadal utrzymują się u nich poważne problemy zdrowotne. Lekarze widzą pozytywne efekty rehabilitacji u tej grupy ozdrowieńców. To pewnie kluczowy powód wydłużenia z sześciu miesięcy do roku okresu kwalifikowania pacjentów pocovidowych do rehabilitacji finansowanej przez NFZ. Liczba placówek nie jest oszałamiająca, ale rośnie.

Zawieszane oddziały

Pada mnóstwo pytań nie tylko o sytuację epidemiczną, lecz również kadrową. Coraz więcej osób zastanawia się, kto będzie leczył pacjentów covidowych, pocovidowych i tych z setkami innych schorzeń, skoro same łóżka i aparatura medyczna nikomu nie pomogą. W ostatnich miesiącach zamknięto, zawieszono albo ograniczono działalność kilkudziesięciu oddziałów szpitalnych. W debacie publicznej ocenia się to na kilka sposobów. Jedni mówią, że system ochrony zdrowia załamał się i gorzej być już nie może, a to, co wypływa na światło dzienne, unaocznia, że doszliśmy do ściany. Drudzy oceniają, że sytuacja jest groźna, a system chwieje się w posadach, ale wciąż się nie załamał.

Jeszcze inni uważają, że larum podnoszone o publiczne szpitalnictwo wprawdzie ma głębokie uzasadnienie, ale spoglądając na sytuację w skali całego kraju, nie wydaje się, by system znalazł się w przededniu agonii. Ci ostatni jednak przyznają, że z punktu widzenia zabezpieczenia potrzeb zdrowotnych społeczności lokalnych, pojawiają się kłopoty, których nie wolno bagatelizować. Niezależnie od tego, jaki prezentuje się punkt widzenia, pewne wydaje się jedno – ciągłość działania niektórych oddziałów szpitalnych jest zagrożona, a w związku z tym można wysnuć wniosek, co do którego panuje względna zgoda – rośnie liczba pacjentów pozbawionych odpowiedniej opieki.

Remont czy brak podwyżek?

Oficjalnie mówi się o „problemach ze skompletowaniem personelu” i „brakach kadrowych”, a czasem o „absencji zdrowotnej załogi”. Bywa, że oddział ma kilkunastodniową „przerwę w pracy”, spowodowaną „urlopem personelu”, a gdzieniegdzie chodzi o „remont” lub „modernizację”. Oczywiście czasami faktycznie powodem zamknięcia oddziału są znacznie wcześniej zaplanowane prace budowlane, ale nierzadko za czasowym wyłączeniem jego funkcjonowania kryje się drugie dno.

Nie brakuje przypadków, gdy faktyczną przyczynę stanowi spór o wynagrodzenia. Wielu lekarzy mówi wprost, że stawki, za które pracują, są dalekie od oczekiwań. To niezadowolenie pogłębiło się po uchwaleniu nowych przepisów o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego w podmiotach leczniczych oraz ogłoszeniu „Polskiego Ładu”, który ma fiskalnie uderzyć m.in. w lekarzy, i to nie tylko pracujących na kontraktach. Huczy o tym w mediach, a w dyżurkach to jeden z najczęstszych tematów do rozmów.

Są długi, pensje idą w dół

Bywa, że lekarzom oferowane są mniej korzystne warunki zatrudnienia z uwagi na pustki w szpitalnej kasie. Kilka miesięcy temu w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 3 w Rybniku wybuchł konflikt o dodatki za „zejścia z dyżurów”, doprowadzając do odejścia części lekarzy i zawieszenia działania czterech oddziałów. Jeden jest zamknięty na cztery spusty od lipca, a ten stan ma się utrzymać przynajmniej do końca roku. We wrześniu zadłużona po uszy placówka otrzymała dotację z budżetu woj. śląskiego, ale chętnych do pracy nie ma. – Rozpisujemy postępowania konkursowe na zatrudnienie lekarzy. Musimy je ciągle ponawiać – przyznaje Ewa Fica, dyrektor rybnickiego szpitala.

Taka sytuacja panuje nie tylko na Śląsku. Bywa, że lekarze świadomie rezygnują z pracy w kilku miejscach oraz nie chcą brać dyżuru za dyżurem, co po części bezpośrednio wynika z przemęczenia po wielogodzinnej pracy w dobie pandemii, a częściowo z niechęci do ponoszenia kolejnych wyrzeczeń kosztem życia osobistego. Nie należy zapominać o odchodzeniu ze szpitalnictwa do AOS i POZ, gdzie dla części medyków warunki pracy są bardziej komfortowe, czy do sektora prywatnego, nie wspominając o wyjazdach za granicę, choć w czasie pandemii nie przybrały one masowego charakteru.

Lekarz na wagę złota

W niektórych placówkach jest tak mało lekarzy, zwłaszcza w najbardziej deficytowych specjalnościach, że po odejściu jednej osoby dopięcie grafiku staje się na nie lada wyzwaniem. Z uwagi na to, że ciężko znaleźć kogoś na zastępstwo, nasila się presja ze strony przełożonych, co psuje radość z wykonywania zawodu i kolejne osoby popycha do ograniczania liczby godzin spędzanych na dyżurach lub podejmowania decyzji o odejściu z coraz mniej przyjaznego miejsca pracy.

Kolejną przyczyną zamykania, zawieszania i ograniczania działalności oddziałów szpitalnych jest spadająca aktywność zawodowa ze strony lekarzy w wieku emerytalnym. Ich liczba z roku na rok rośnie. Ograniczają godziny pracy lub rezygnują z dodatkowego zarobku, bo z jednej strony chcą wreszcie odpocząć, a z drugiej – namawia ich do tego organizm.

Co czwarty to emeryt

Procentowy udział lekarzy posiadających prawa emerytalne wśród ogółu zatrudnionych w publicznym lecznictwie już dawno stał się sygnałem alarmowym. – 25 proc. chirurgów w Polsce przekroczyło wiek emerytalny. Dzisiaj są, ale jutro może ich nie być – mówi prof. Dawid Murawa, prezes Polskiego Towarzystwa Chirurgii Onkologicznej, dodając, że średnia wieku polskich chirurgów wynosi ok. 60 lat.

Pandemia zdemolowała m.in. chirurgię. Niektóre oddziały przekształcano w covidowe, a część chirurgów oddelegowano do walki z COVID-19. Wielu przez długie tygodnie nie pozwalano zbliżyć się do stołu operacyjnego, mimo że długie lata kształcili się i doskonalili umiejętności praktyczne z myślą o pomaganiu pacjentom ze skalpelem w ręku. – Największą grupę chirurgów ogólnych tworzą emeryci po 70. r.ż. – dodaje Krzysztof Hałabuz, przewodniczący Porozumienia Chirurgów „Skalpel”.

Nigdy nie mów nigdy

Problemy kadrowe nabrzmiewały przez długie lata i nie da się ich rozwiązać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wielu medyków zdaje sobie z tego sprawę, co wzmaga frustrację. Po pojawieniu się wirusa SARS-CoV-2 atmosfera wśród pracowników ochrony zdrowia pogorszyła się nie tylko w związku z poczuciem zagrożenia nowym patogenem, ale również, a może – jak ocenia część lekarzy – przede wszystkim z uwagi na politykę władz i towarzyszącą jej szeroko rozumianą niepewność.

– Pandemia nauczyła nas zasady: „nigdy nie mów nigdy” – te słowa wypowiedziane ostatnio przez pełnomocnika rządu ds. Narodowego Programu Szczepień Michała Dworczyka kolejny raz potwierdzają, że warto zachować dużą ostrożność w czasie słuchania deklaracji najważniejszych osób w państwie o zarządzaniu przyszłą sytuacją epidemiczną. Ponad 1,5-roczny okres walki z COVID-19 obfitował w nieoczekiwane zwroty akcji, nagłą rewizję wielu założeń podawanych przez rząd do informacji publicznej i podejmowanie decyzji, z których uzasadnieniem decydenci mieli poważny kłopot nawet wśród najbardziej zagorzałych zwolenników.

Szczepienie popłaca

Od dłuższego czasu placówki zapełniają się zakażonymi pacjentami, których poza koronawirusem często łączy jedno – nie zaszczepili się. – W szpitalach z powodu COVID-19 praktycznie pojawiają się tylko osoby niezaszczepione – przyznaje prof. Krzysztof Simon, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. W placówce dysponującej największym oddziałem zakaźnym w woj. dolnośląskim, w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu, nie brakuje dni, gdy żaden z kilkudziesięciu pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 nie jest zaszczepiony. Spośród 188 pacjentów, którzy z tej samej przyczyny od połowy sierpnia do połowy września trafili do szpitali w woj. podlaskim, niezaszczepionych było 73 proc.

– W naszej placówce średnio na ok. 30 pacjentów w pełni uodpornione są dwie-trzy – mówi dr hab. Andrzej Cieśla, kierownik Klinicznego Oddziału Chorób Zakaźnych w szpitalu w Łańcucie. Na wypadek wzrostu liczby zakażonych pacjentów dla każdego województwa jest przygotowany plan rozbudowy infrastruktury covidowej, ale publicznie niewiele o tym wiadomo. Powracają pytania o szpitale tymczasowe, stopniowo wygaszane od przełomu kwietnia i maja. Na razie, przynajmniej oficjalnie, nie jest brane pod uwagę ponowne uruchomienie placówki na Stadionie Narodowym, choć ostatnio w niektórych mediach pojawiły się zgoła odmienne informacje. W połowie września było 12 szpitali tymczasowych aktywnych i 11 pasywnych.

Kto ma przeciwciała?

Tempo szczepień przeciw COVID-19 przyhamowało wiele tygodni temu. Mamy miliony dawek, a mało chętnych do ich przyjęcia. Niedawno ruszyły szczepienia w szkołach, ale wielkiego zainteresowania nie ma. – Wątły sukces polskiego programu szczepień nie odbiega zasadniczo od wyników uzyskanych w innych państwach Europy Wschodniej – ocenia dr hab. Wojciech Feleszko z Kliniki Pneumonologii i Alergologii Wieku Dziecięcego WUM. Z niedawnego badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia we współpracy z WUM wynika, że wśród przeciwników szczepienia jest więcej kobiet i tylko nieliczni dopuszczają możliwość zmiany zdania. Coraz bardziej uzasadniona wydaje się opinia, że większość osób dorosłych, która chciała się zaszczepić, już to zrobiła.

Do końca sierpnia w Polsce w pełni zaszczepiło się mniej niż 19 mln osób, a we wrześniu nie przekroczyliśmy „okrągłych” 20 mln, choć nie tak wiele zabrakło. Patrząc na te liczby, można odnieść wrażenie, że kampanie informacyjne i profrekwencyjne przyniosły ograniczony skutek. Mimo to są pewne powody do optymizmu. – Ponad 70 proc. polskiego społeczeństwa ma przeciwciała SARS-CoV-2 – poinformował w połowie września rzecznik ministra zdrowia Wojciech Andrusiewicz, powołując się na wyniki badań NIZP-PZH. Przy takim poziomie odporności społeczeństwa w czasie kolejnej fali pandemii liczba hospitalizacji może być mniejsza niż wiosną czy rok temu, a obciążenie pracą, przynajmniej części lekarzy, prawdopodobnie nie da tak mocno w kość jak wtedy. To jednak tylko gdybanie, bo pandemiczna rzeczywistość wielokrotnie przerastała nasze wyobrażenia i kpiła z prognoz ekspertów.

Odwiedziny dzielą

W czasie pobytu w szpitalu nadal trzeba liczyć się z utrudnieniami spowodowanymi pandemią. Resort zdrowia i GIS wydali wytyczne, w których nie rekomendują odwiedzania pacjenta, który nie zaszczepił się, nie przebył zakażenia koronawirusem lub nie posiada negatywnego wyniku testu w kierunku SARS-CoV-2 przez osoby niezaszczepione, które nie są ozdrowieńcami albo nie posiadają negatywnego wyniku testu. Odwiedziny będą możliwe w wyjątkowych sytuacjach, np. w przypadku wizyt pożegnalnych, a szczegóły ma określić kierownik podmiotu leczniczego.

Rekomendacje stanowią próbę uregulowania kwestii, która w ostatnich miesiącach zrodziła wiele sporów m.in. na oddziałach ginekologiczno-położniczych czy onkologicznych, ale mimo ich pojawienia się duża odpowiedzialność w tej kwestii spocznie na barkach lekarzy. Zapewne w dalszym ciągu będzie panowała pewna dowolność co do tego, komu wolno odwiedzać hospitalizowanego pacjenta, a komu nie, co nie pomoże w uspokojeniu i tak napiętej sytuacji w wielu szpitalach.

Trzecia dawka dla medyków

Na początku września 220 tys. osób z siedmiu grup z zaburzeniami odporności zostało uprawnionych do przyjęcia przypominającej dawki szczepionki. Chodzi m.in. o osoby leczące się przeciwnowotworowo, po przeszczepieniach narządowych, które przyjmują leki immunosupresyjne lub terapie biologiczne, po przeszczepieniu komórek macierzystych w ciągu ostatnich dwóch lat czy dializowane przewlekle z powodu niewydolności nerek. – Sporo badań potwierdza istotne obniżanie się poziomu odporności po ok. 8-9 miesiącach od przyjęcia drugiej dawki szczepionki przeciw COVID-19 – mówi dr Konstanty Szułdrzyński, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii CSK MSWiA w Warszawie. Dwa tygodnie później Rada Medyczna przy premierze zarekomendowała podawanie dawki przypominającej osobom powyżej 60. r.ż., chorującym przewlekle i personelowi medycznemu.

Z pewnym zaskoczeniem można przyjąć późniejszą decyzję rządu o uruchomieniu już od 24 września rejestracji na szczepienia dla wszystkich osób w wieku 50+ i pracowników medycznych mających stały kontakt z pacjentem bez czekania na stanowisko Europejskiej Agencji Leków. Stosowane będą tylko produkty firm Pfizer i Moderna, w tym również dla osób, które wcześniej przyjęły preparaty AstraZeneca i Johnson & Johnson. Jest jeden warunek: musi upłynąć pół roku od pełnego zaszczepienia. Wprawdzie już wcześniej trzecią dawkę zaczęto podawać m.in. w kilku krajach UE, ale do tej pory rząd wielokrotnie ucinał dyskusje w kwestii szczepionek, powołując się na brak rekomendacji EMA. Przypadek?

Mariusz Tomczak

50. Mistrzostwa Świata Lekarzy w Tenisie

Od 9 do 15 października w Turcji, w słonecznym Belek w prowincji Antalya nad Morzem Śródziemnym, odbywały się jubileuszowe 50. Mistrzostwa Świata Lekarzy w Tenisie pod egidą WMTS (World Medical Tennis Society).

Foto: arch. prywatne

21 lekarzy oraz dentystów z Polski zdobyło łącznie 33 medale: 15 złotych, 10 srebrnych oraz 8 brązowych. Najbardziej wartościowym osiągnieciem było zajęcie przez męską reprezentację Polski 1 miejsca w Pucharze Narodów (Nations Cup), co udało się dopiero pierwszy raz w historii.

Biało-czerwona drużyna w składzie: Marcin Pokrzywnicki, Tomasz Maziak, Dariusz Gajecki oraz Robert Telega pokonała kolejno Rosjan, Czechów, Włochów oraz Łotyszy i tym samym okazały, przechodni Puchar Narodów powędrował na kolejny rok do naszego kraju.

Dzielnie walczyła również nasza reprezentacja kobiet w składzie: Olesja Szpak, Małgorzata Pawelec-Wojtalik, Anna Komar, Bożena Kędzierska, Agata Wojciuk. Polki były blisko obrony złotego medalu sprzed dwóch lat z Wilna, ale jednak w finale ostatecznie musiały w decydującej rozgrywce deblowej uznać wyższość reprezentacji Litwy.

Kolejne Mistrzostwa Świata, w 2022 roku, odbędą się w Stanach Zjednoczonych w Orlando na Florydzie od 23 do 29 października.

Marcin Pokrzywnicki, sekretarz Polskiego Stowarzyszenia Tenisowego Lekarzy

NIK o badaniach lekarskich w kontekście kierujących pod wpływem alkoholu

Nietrzeźwi kierowcy nadal będą zabijać – alarmuje Najwyższa Izba Kontroli. Polska przoduje na unijnej liście państw, w których najłatwiej stracić życie na drodze. Alkohol, obok nadmiernej prędkości, stanowi istotną przyczynę wypadków i kolizji drogowych, przy czym obie często idą w parze.

Foto: pixabay.com

Od 2017 r. rośnie udział kierowców znajdujących się w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem alkoholu podczas drogowych kontroli trzeźwości. W 2017 r. nietrzeźwa była jedna na 160 skontrolowanych osób prowadzących pojazdy, trzy lata później – już jedna na 70 (w sumie było to blisko 99 tys.).

W 2020 r. kierujący będący pod działaniem alkoholu spowodowali 1 656 wypadków (7,9% wypadków z winy kierujących), w których zginęło 216 osób (10,7% wszystkich ofiar z winy kierujących), a rannych zostało 1 847 osób (7,7% wszystkich rannych z winy kierujących). Od 2011 r. ponad 5-okrotnie wzrosła liczba kierujących pod wpływem środków odurzających.

O porażającej skali skutków wypadków i kolizji drogowych, które ponosić musi całe społeczeństwo, poza powyższymi danymi świadczy m.in. wysokość ich kosztów finansowych, wynosząca w 2018 r. odpowiednio: 44,9 mld zł (wypadki) i 11,7 mld zł (kolizje). Należy przy tym pamiętać, że największy udział w kategorii kosztów wypadków i kolizji drogowych (58%) mają efekty trwałe – straty produkcji w wyniku śmierci bądź niedyspozycji pracownika w pracy.

Kontrole Najwyżej Izby Kontroli wykazały niską ściągalność należności Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Wysokość niewpłaconych kwot na jego rzecz przekroczyła w 2019 r. 240 mln zł (tj. ponad 77% kwot orzeczonych przez sądy nawiązek i świadczeń pieniężnych). Wśród przyczyn tego stanu zidentyfikowano brak sankcji za uchylanie się od zapłaty zasądzonych kwot oraz bezskuteczną egzekucję komorniczą.

Zdaniem NIK istotny wpływ na eliminowanie z ruchu drogowego kierujących pojazdami pod wpływem alkoholu lub środków odurzających powinny mieć badania lekarskie, których celem jest wykrycie faktu uzależnienia kierowcy od alkoholu lub innych niedozwolonych środków. Także badania psychologiczne w zakresie psychologii transportu powinny wykrywać, czy badany ma socjopatyczne zaburzenia osobowości prowadzące do lekceważenia norm prawnych i społecznych.

Najwyższa Izba Kontroli uważa, że orzeczenia o braku przeciwwskazań do prowadzenia pojazdu nie powinna otrzymać osoba dotknięta zaburzeniami zdolności oceniania i zachowania. Wszystkie te przeciwwskazania powinny być wykryte w szczególności podczas badań wykonywanych w konsekwencji zatrzymania prawa jazdy.

Źródło: NIK

Co wolno lekarzowi specjaliście?

Na konferencji naukowej lekarz endokrynolog przedstawił wyniki pracy zrealizowanej w prywatnym gabinecie, obejmującej chorych w wieku od 4 do 90 lat, którym, mimo prawidłowych lub nieznanych poziomów stężenia hormonów tarczycy, podawał kilkakrotnie w ciągu doby olbrzymie dawki tyroksyny, sięgające do 3000 mikrogramów na dobę.

Foto: pixabay.com

Prowadzący sesję zgłosił sprawę do okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Jednocześnie kilka oddziałów szpitalnych z tego województwa zgłosiło przypadki ciężkiej, jatrogennej nadczynności tarczycy u chorych „leczonych” w taki sposób, pojawiły się także skargi samych pacjentów.

Równolegle sprawę podjęła też prokuratura, co skończyło się prawomocnym wyrokiem sądu karnego, i zawieszeniem lekarzowi prawa wykonywania zawodu na dwa lata. Okręgowy sąd lekarski także skazał obwinionego lekarza na zawieszenie prawa wykonywania zawodu na dwa lata, natomiast Naczelny Sąd Lekarski skrócił tę karę do jednego roku, biorąc pod uwagę wykonanie wyroku sądu karnego. Kasacja od orzeczenia NSL złożona do Sądu Najwyższego została oddalona jako oczywiście bezzasadna.


Komentarz

Uzyskanie specjalizacji wymagające lat pracy, nauki i wyrzeczeń niewątpliwie nobilituje w środowisku lekarskim, dając uprawnienia do samodzielnej pracy i kierowania oddziałem. Natomiast lekarz specjalista, mając swobodę wyboru w zakresie postępowania, nie może przekraczać granic, które wyznacza aktualny stan wiedzy medycznej.

Maksymalne, skuteczne dawki tyroksyny po całkowitym usunięciu tarczycy zazwyczaj nie przekraczają 300 mikrogramów, a stosowanie olbrzymich dawek przez obwinionego nie miało jakichkolwiek racjonalnych podstaw klinicznych i stanowiło zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia pacjentów. Oporność na hormony tarczycy, na którą powoływał się obwiniony, leczy się zupełnie inaczej.

Prowadzenie leczenia z zastosowaniem dawek leku przekraczającego wielokrotnie zalecenia kliniczne i ChPL musi być ocenione jako przekroczenie swobody działań zawodowych. Należy zwrócić też uwagę na prezentowaną w sprawie postawę obwinionego, który mimo długotrwałego postępowania przed sądami karnym i lekarskim nadal nie ma jakiegokolwiek poczucia winy i świadomości krzywdy wyrządzonej chorym, ufającym jego wiedzy i rzetelności. Taka postawa, prezentowana przed sądem, nie sprzyja chęci złagodzenia kary.

Jacek Miarka, przewodniczący NSL


Art. 2 ust.1 KEL: „Powołaniem lekarza jest ochrona życia i zdrowia ludzkiego, zapobieganie chorobom, leczenie chorych oraz niesienie ulgi w cierpieniu; lekarz nie może posługiwać się wiedzą i umiejętnością lekarską w działaniach sprzecznych z tym powołaniem.”

Art. 6 KEL: „Lekarz ma swobodę wyboru w zakresie metod postępowania, które uzna za najskuteczniejsze. Powinien jednak ograniczyć czynności medyczne do rzeczywiście potrzebnych choremu zgodnie z aktualnym stanem wiedzy.”

Prezydium NRL o projektowanym modelu opieki psychiatrycznej

Stanowisko Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej z 21 października 2021 r. w sprawie projektu rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu opieki psychiatrycznej i leczenia uzależnień.

Foto: pixabay.com

Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej po zapoznaniu z projektem rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu opieki psychiatrycznej i leczenia uzależnień, o którym pismem z dnia 12 października 2021 r., znak: ZPP.743.102.2021.MS, powiadomił Sekretarz Stanu Ministerstwa Zdrowia, Pan Waldemar Kraska, zgłasza następujące uwagi do projektu.

Poważne wątpliwości budzi likwidacja możliwości ambulatoryjnej opieki psychologicznej i psychoterapeutycznej oraz terapii rodzin i grupowej poza ośrodkami I poziomu. Planowana kilka lat temu reforma opieki psychiatrycznej dzieci i młodzieży zakładała, że cześć pacjentów będzie wymagała bardziej intensywnej i specjalistycznej opieki ambulatoryjnej niż ta, która jest dostępna na I poziomie referencyjnym.

Planowane były i przygotowywane odpowiednie programy specjalistycznej przeznaczone m.in. dla takich grup pacjentów jak osoby z nasilonymi, lecz niewymagającymi hospitalizacji, zaburzeniami odżywania, po ciężkich próbach samobójczych, z krystalizującą się nieprawidłową osobowością, pacjenci, którym nie udało się pomóc na I poziomie czy pacjenci wieloproblemowi.

Pomoc takim pacjentom wymaga pracy w zespole osób z odpowiednim doświadczeniem i dodatkowymi kompetencjami np. dietetyk w przypadku pacjentów z anoreksją psychiczną. Niezwykle ważna dla takich pacjentów jest możliwość kontynuacji terapii po wypisie ze szpitala.

W projektowanym modelu opieki psychiatrycznej pacjenci kończący leczenie na II i III poziomie referencyjnym są niejako wtłaczani do prywatnych gabinetów a znaczna ich część nie będzie mogła sobie pozwolić na odpłatną kontynuację leczenia. Projekt rozporządzenia uniemożliwia właściwą opiekę nad dziećmi i młodzieżą z zaburzeniami psychicznymi w postaci ambulatoryjnej stanowiącej alternatywę dla hospitalizacji.

Prezydium zwraca uwagę na konieczność modyfikacji projektu rozporządzenia w zakresie:

  • utrzymania na II i III poziomie referencyjnym możliwości prowadzenia opieki psychologicznej, psychoterapii indywidualnej, terapii grupowej i terapii rodzin dla pacjentów, u których nie udało się uzyskać remisji w I poziomie referencyjnym a którzy nie kwalifikują się do leczenia szpitalnego;
  • wydłużenie możliwości opieki w oddziałach dziennych do 120 dni lub dłużej w przypadku braku poprawy stanu klinicznego;
  • wprowadzenia możliwości prowadzenia celowanych, zgodnych z EBM programów specjalistycznych opieki nad pacjentami z zaburzeniami odżywiania, uporczywymi tendencjami samobójczymi, niekorzystnym rozwojem osobowości czy wieloproblemowych na poziomie III.

Laserowa fenestracja in-situ stentgraftu do łuku aorty off the shelf

W Warszawskim Uniwersytecie Medycznym wykonano pierwszy na świecie zabieg laserowej fenestracji in-situ stentgraftu do łuku aorty off the shelf.

Foto: WUM

Zabieg wykonano u 71-letniej pacjentki z rozwarstwieniem łuku aorty i tętniakowatym poszerzeniem kanału fałszywego, po przebytej operacji wymiany aorty wstępującej w 2011 r. z powodu ostrego rozwarstwienia aorty typu A. Chora nie została zakwalifikowana do ponownej operacji otwartej z użyciem krążenia pozaustrojowego (ang. extracorporeal circulation – ECC).

Operacja odbyła się bez powikłań 27 lipca, ale uczelnia poinformowała o niej dopiero w czwartek, tj. prawie trzy miesiące później. Rzecznik WUM Marta Wojtach podkreśla, że zarówno kontrolna arteriografia, jak i angio-TK po zabiegu wykazały wyłączenie z układu krążenia rozwarstwienia w obrębie łuku aorty oraz prawidłowy przepływ krwi w tętnicach domózgowych.

„Pionierska operacja stwarza możliwość w pełni wewnątrznaczyniowego, jednoetapowego zaopatrywania rozwarstwień i tętniaków łuku aorty, a jej małoinwazyjność oraz brak konieczności wykorzystania krążenia pozaustrojowego niewątpliwie dają szansę na skrócenie czasu hospitalizacji i okresu rehabilitacji pooperacyjnej” – czytamy w informacji prasowej przesłanej do redakcji „Gazety Lekarskiej”.

Zabieg wykonali specjaliści z II Zakładu Radiologii Klinicznej UCK WUM kierowanego przez prof. Olgierda Rowińskiego, przy współpracy z zespołami Kliniki Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Chorób Naczyń UCK WUM (pod kierownictwem prof. Zbigniewa Gałązki) oraz II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii UCK WUM (kierowanej przez dr. hab. Pawła Andruszkiewicza).

Operację przeprowadził zespół w składzie: dr Rafał Maciąg (specjalista radiologii i diagnostyki obrazowej), dr Vadym Matsibora (specjalista radiologii i diagnostyki obrazowej), dr Michał Sajdek (lekarz rezydent w trakcie specjalizacji z radiologii i diagnostyki obrazowej), dr Tadeusz Bering (specjalista anestezjologii i intensywnej terapii), Łukasz Karwański (technik elektroradiologii), Iwona Turek (instrumentariuszka) i Barbara Struś (pielęgniarka anestezjologiczna).

Inteligentne implanty dentystyczne

Naukowcy opracowują inteligentny implant dentystyczny, który jest odporny na rozwój bakterii i generuje własną energię elektryczną poprzez żucie i szczotkowanie, aby zasilić odmładzające tkanki światło. Innowacja może przedłużyć żywotność implantu.

Foto: pixabay.com

Ponad 3 mln ludzi w Stanach Zjednoczonych ma implanty dentystyczne, które zastępują utracony ząb i są skokowym postępem w stosunku do protez lub mostów, znacznie bezpieczniejsze, bardziej dopasowane i zaprojektowane tak, by wytrzymać 20 lat lub dłużej. Niestety, implanty często nie spełniają tych oczekiwań, wymagają wymiany za 5-10 lat z powodu miejscowego stanu zapalnego lub choroby dziąseł, co wymaga powtórzenia kosztownej i inwazyjnej procedury.

„Chcieliśmy rozwiązać ten problem, dlatego wymyśliliśmy nowy, innowacyjny implant” – powiedział Geelsu Hwang, adiunkt na University of Pennsylvania School of Dental Medicine. Nowy implant będzie wdrażał dwie kluczowe technologie: materiał z nanocząsteczkami, który jest odporny na kolonizację bakteryjną, oraz wbudowane źródło światła do prowadzenia fototerapii, zasilane naturalnymi ruchami jamy ustnej, takimi jak żucie lub szczotkowanie zębów.

Źródło: mbio.asm.org

Standardy organizacyjne i akredytacyjne w patomorfologii

W trosce o podniesienie jakości diagnostyki patomorfologicznej w Ministerstwie Zdrowia rozpoczęła się w 2019 r. realizacja projektu pn. Wsparcie procesu poprawy jakości w patomorfologii poprzez wdrożenie standardów akredytacyjnych oraz wzmocnienie kompetencji kadry zarządzającej podmiotami leczniczymi współfinansowanego ze środków europejskich w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój 2014-2020.

Foto: materiały organizatora

W ramach ww. projektu zostały opracowane zestawy standardów organizacyjnych oraz postępowania w diagnostyce patomorfologicznej – Wytyczne dla zakładów/pracowni patomorfologii oraz standardy akredytacyjne dla jednostek diagnostyki patomorfologicznej (JDP). Dokument ten, w formie obwieszczenia, został ogłoszony przez Ministra Zdrowia dn. 24 września br.

Aktualnie w ramach tego projektu rozpoczynamy serię szkoleń online z zakresu standardów organizacyjnych i akredytacyjnych w patomorfologii. W trakcie bezpłatnego jednodniowego szkolenia, w ciekawej formule chcemy omówić następujące zagadnienia: rola badań patomorfologicznych w kompleksowej opiece nad pacjentem, badanie patomorfologiczne od A do Z, kontrola jakości i koszty w badaniu patomorfologicznym.

Szkolenia adresowane są do pracowników podmiotów leczniczych realizujących świadczenia w zakresie patomorfologii oraz pracowników podmiotów leczniczych korzystających z badań patomorfologicznych. W szczególny sposób zachęcamy do udziału w nich ordynatorów oraz lekarzy oddziałów zabiegowych wysyłających materiał na badania patomorfologiczne, onkologów, urologów, dermatologów, ginekologów.

Szkolenia poprowadzą: prof. dr hab. n. med. Andrzej Marszałek, prof. dr hab. n. med. Renata Langfort oraz prof. dr hab. n. med. Janusz Ryś. Szczegółowe informacje na temat szkoleń oraz formularz rejestracyjny dostępne są na dedykowanej stronie internetowej: www.standardywpatomorfologii.pl.

Patronem medialnym szkoleń jest „Gazeta Lekarska”.

Źródło: informacja organizatora

Biedni pacjenci, biedni filozofowie, biedni felietoniści

W bieżącym sezonie problematyka funkcjonowania ochrony zdrowia w Polsce jest dosyć modna – pisze wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr Krzysztof Madej w felietonie dla „Gazety Lekarskiej”.

Foto: pixabay.com

Początkowo chciałem napisać: „w bieżącym sezonie politycznym”, ale ugryzłem się w język (a może w klawiaturę), bo tak się jakoś dzieje, że używanie słów: „polityka” czy „polityczny” ma wydźwięk pejoratywny. To zapewne za sprawą odstręczającego stylu, w jakim polityka jest w naszym kraju uprawiana. Należałoby więc raczej uczenie, współcześnie i eufemistycznie mówić o „komunikacji społecznej” i to na dokładkę „w przestrzeni medialnej”.

Całe życie zbiorowe i społeczne kształtowane jest przez politykę i polityków, a my się wzbraniamy, ażeby nazywać rzeczy po imieniu. Najlepszym, moim zdaniem, dowodem na tę właściwość w kierowaniu i reformowaniu życia zbiorowości jest właśnie medycyna instytucjonalna. O paradoksie (!), więcej w niej polityki niż refleksji wywodzącej się z tej dyscypliny medycznej, która nazywa się zdrowiem publicznym.

Mamy więc w tej chwili niebywałą erupcję doniesień medialnych, traktujących o tzw. służbie zdrowia. W tym pojęciu mieści się zarówno medycyna uprawiana w wymiarze jednostkowym, jak i zbiorowym, praca lekarzy, pielęgniarek i innych profesjonalistów z tzw. zawodów medycznych, a także wszelkie instytucje związane z medycyną i ochroną zdrowia, głównie zakłady opieki zdrowotnej. Z wyjątkiem Ministerstwa Zdrowia.

Ministerstwo Zdrowia jakoś mi pojęciowo do „służby zdrowia” nie pasuje. Jest gdzieś indziej, wyżej, no i nie ciąży na nim ten zakres odpowiedzialności, który tradycyjnie przypisujemy „służbie zdrowia”. Podobnie, do pojęcia „służba zdrowia” bardziej pasują publiczne zakłady opieki zdrowotnej, bo niepubliczne to raczej opieka medyczna.

Oczywiście to medialne ożywienie wywołane jest w pierwszym rzędzie pandemią i wszystkimi perturbacjami, jakie w ochronie zdrowia i w życiu społecznym ona niesie. Ostatnio protest środowisk zawodów medycznych też podniósł falę rozważań o przyszłości systemu ochrony zdrowia. Pandemia zakażeń wirusem SARS-CoV-2 jest unikalnym doświadczeniem ludzkości, wywołującym w różnych krajach specyficzne dla nich skutki. W Polsce, oprócz licznych podobieństw z innymi krajami w zastosowaniu środków walki z wirusem, mamy swój obszar egzotyki.

Protest pracowników ochrony zdrowia to w ciągu ostatnich 30 lat zjawisko cykliczne. Każda formacja polityczna i każda kadencja samorządu miała swój protest. Wynika to, moim zdaniem, z takiego psychologicznego mechanizmu, że zapewnienia i obietnice zestawione z nadziejami wyrażanymi na początku, po przejęciu władzy nie spotkały się z realizacją lub choćby próbą realizacji na koniec. Myślę jednak, że jest jeszcze jeden mechanizm, który skłania różnych komentatorów życia społecznego, publicystów, felietonistów, a nawet – jak będzie poniżej – filozofów do refleksji nad medycyną w wymiarze społecznym. Zdaje się, że niektórzy politycy i dziennikarze powoli zaczynają uświadamiać sobie skalę kryzysu, przyszłe skutki przeszłych zaniechań i dzisiejszych kłopotów.

Przykładem niech będzie kryzys demograficzny w środowiskach fachowych pracowników medycyny. Te średnie wieku lekarzy i pielęgniarek wskazują, że za 5-6 lat może być naprawdę ciężko. Stąd te gwałtowne i dramatyczne próby ratowania systemu: plany importu lekarzy spoza Unii Europejskiej na zasadzie wyjątku i odstępstwa od przyjętych w Unii reguł zatrudniania lekarzy, otwieranie wydziałów lekarskich, gdzie się da, choćby w szkołach zawodowych, kredyty na odpłatne studia lekarskie (będą pieniądze, będą pod nie tworzone miejsca szkoleniowe), ci różni asystenci lekarzy czy pomocnicy chirurgów i szereg innych pomysłów.

Z racji hobbystycznych zainteresowań, staram się swoim osobistym radarem skanować tę falę publikacji i szukać w nich wiarygodnych recept. Zawsze w takich razach każdy z nas, a już w szczególności felietonista, który szuka pojedynczych fenomenów, najdobitniej ilustrujących ogólne prawidłowości, ustawia sobie ranking zdarzeń, które zrobiły największe wrażenie, czyli co mi się z tego powodu najbardziej podobało.

Jestem trochę jak ten mały Jasio, który był w kinie na ciekawym filmie. Po powrocie do domu rodzice pytają go, co mu się w kinie najbardziej podobało? Wentylator, odpowiedział Jasio. Otóż największe wrażenie zrobił na mnie felieton Jana Hartmana w „Polityce” z 8 września br. (nr 37) pt. „Biedni lekarze”. Profesor Hartman jest filozofem z nieskrywanymi ciągotami politycznymi i wśród jego zainteresowań znajduje się bioetyka. Z tego powodu wypowiada się niekiedy i pisze o bioetyce, a więc o tym, co nas, w „Gazecie Lekarskiej”, interesuje szczególnie, czyli o medycynie i ochronie zdrowia.

Bardzo trudno podejmuje się polemikę z tekstem, którego czytelnicy nie znają i prawdopodobnie po niego nie sięgną. Zawsze rodzi się też obawa, że polemika będzie nie z tym, co autor rzeczywiście napisał, lecz z własną już interpretacją. Z drugiej jednak strony każdy autor musi się liczyć z tym, że jego odczytanie, nawet gdy jest jednostkowe, stanowi rzeczywistość dla odbiorcy, z którą przecież można polemizować.

Streszczę więc „Biednych lekarzy” w punktach.

  1. Lekarze zarabiają nadmiernie dużo (są przepłacani), szczególnie w sektorze prywatnym, a także są ustawieni „pod kątem” firm farmaceutycznych. „Pracują na zbyt wielu etatach, a i tak trudno się do nich dopchać”. Mógłby ktoś odnieść wrażenie, że autor sugeruje wnioskowanie, że gdyby pracowali mniej, to dostęp byłby łatwiejszy.
  2. Lekarze mają powody obawiać się fali coraz większej liczby pozwów ze strony swoich pacjentów – i dobrze im tak. Niestety biegli powoływani w tych wieloletnich procesach są przypadkowi i niekompetentni.
  3. Sądy lekarskie mają taką wadę, że lekarze mają w nich z zasady przewagę nad pacjentami.
  4. W szpitalach nie powołano komitetów bioetycznych mających zadanie rozwiązywania konfliktów, skutkiem czego nie ma za grosz zaufania między pacjentami i lekarzami (nazywanymi przez prof. Hartmana „interesariuszami systemu”), rośnie między nimi agresja i przewrażliwienie.
  5. Retoryka etosu lekarskiego ma cechy wyznania religijnego i przez to nie pozwala na zestrajanie „interesów zdrowotnych pacjentów z ekonomicznymi interesami lekarzy”.
  6. Kodeks Etyki Lekarskiej „ocieka korporacjonizmem”, zleca przemilczanie nadużyć i konfliktów oraz cenzurę.
  7. Korporacja lekarska jest tak „okopana” w swoim sprzeciwie dla bycia ocenianą z zewnątrz, że nawet minister Arłukowicz, który zamówił u bioetyków opracowanie nt. konfliktów interesów w medycynie, nie dał rady zrobić z tego opracowania użytku.
  8. Korporacyjny konserwatyzm, nieprzewalczony paternalizm i zapóźnienie w budowaniu kultury bioetycznej w stosunku do Zachodu powodują taką irytację demokratyzującego się społeczeństwa, że wynikający z tego konflikt społeczeństwa z korporacją lekarską musi skończyć się zwycięstwem społeczeństwa. Wynika to z różnic liczebności stron konfliktu. Pacjenci to przecież całe społeczeństwo. Cóż to wobec coraz mniejszej garstki lekarzy.
  9. Medycyna to pole walki o pierwszeństwo w dostępie do leczenia, o pieniądze i stanowiska.

To przerażająca wizja sytuacji w ochronie zdrowia w Polsce. Oto stoją naprzeciwko siebie dwa zbrojne obozy i toczą bój okrutny, ażeby wydrzeć dla siebie od przeciwnika to, czego mu zbywa, a czego uważają oni, że tamci mają w nadmiarze. Wizja ta ma jednak pewną słabość kryjącą się w słowach „o pierwszeństwo w dostępie do leczenia”.

Z tego wynikałoby, że jednak nie ma nadmiaru w dostępie do leczenia. A może nie ma też nadmiaru w ilości pieniędzy. Bo, że nie ma nadmiaru w liczbie stanowisk, to wiadomo od zarania ludzkości. Czy taka diagnoza jest dobrym punktem wyjścia do leczenia chorej medycyny? To temat na inne rozważania. I nie ta wyliczanka pretensji była przedmiotem mojego szczególnego zainteresowania. To standardowy zestaw oskarżeń, jak to lekarze i te ich okropne izby lekarskie stoją na przekór potrzebom państwa i obywateli.

Najważniejsza jest pointa felietonu. Dlatego zacytuję prof. Hartmana wiernie i bez skrótów: „Rosnący napór roszczeń pacjentów i ich prawników, połączony z presją na ograniczenie kosztów leczenia, a nierzadko również z ideologią narzucaną przez władze, sprawiają, że wielu lekarzom po prostu się odechciewa. Przyjmują defensywną, samoobronną postawę, lecząc tak, aby minimalizować ryzyko terapeutyczne. Mają spokój, lecz pacjenci nie wychodzą na tym najlepiej. Jeśli nic się nie zmieni, lekarze i pielęgniarki wyjadą, w mniej dochodowych, a przy tym konfliktogennych dziedzinach, jak ginekologia i położnictwo, młodzi nie będą chcieli się specjalizować, aż w końcu system się zwinie w kłębek. Pieniądze nie wystarczą, żeby temu zapobiec. Nawet w medycynie pieniądze to nie wszystko”.

Święte słowa. Pewien filozof, którego bardzo sobie cenię, w jednym ze swoich wystąpień użył takiej sentencji: Kopernik odkrył prawdę o układzie słonecznym, wychodząc z błędnych, właściwych dla swojej epoki, założeń. Pozwólmy zatem innym błądzić, jeśli tylko autentycznie poszukują prawdy. Chyba, że chcemy się tylko żywić konfliktem. Jest bowiem taka naiwna wiara, że pokój społeczny zapanuje wówczas, gdy wszyscy wygrają wojny ze wszystkimi.

Krzysztof Madej

Lekarze nie mogą zostać sklonowani

Naczelna Rada Lekarska popiera działania protestujących medyków. Lekarzom rekomenduje ograniczenie zaangażowania zawodowego do poziomu, który nie będzie przekraczał granic bezpieczeństwa, a do władz apeluje o zapewnienie bezpiecznych i godnych warunków wykonywania zawodu.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

W piątek podczas konferencji w siedzibie Naczelnej Izby Lekarskiej w Warszawie z dziennikarzami spotkali się liderzy Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego Pracowników Ochrony Zdrowia.

– Naczelna Rada Lekarska przyjęła dzisiaj apel do lekarzy i lekarzy dentystów, w którym jednoznacznie popiera działania protestujących. Uważa, że jakość udzielanych świadczeń zdrowotnych i bezpieczeństwo pacjentów zależą w dużej mierze od siły, koncentracji, staranności w działaniu lekarza i lekarza dentysty – mówił Artur Drobniak, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, a jednocześnie jeden z liderów Ogólnopolskiego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego Pracowników Ochrony Zdrowia.

Organizm ma ograniczenia

Dr Artur Drobniak dodał, że wydolność organizmu lekarza i lekarza dentysty, tak jak każdego człowieka, ma ograniczenia anatomiczne i nie należy ich przekraczać. – Wskutek ciągłej pracy zawodowej w wymiarze przekraczającym 48 godzin w tygodniu, prowadzić może do utraty zdrowia, zmniejszenia koncentracji, a także zwiększenia ryzyka wystąpienia zdarzeń niepożądanych. Dlatego Naczelna Rada Lekarska rekomenduje lekarzom i lekarzom dentystom ograniczenie wymiaru zaangażowania zawodowego do poziomu, który nie będzie przekraczał granic bezpieczeństwa zarówno dla siebie, jak i dla pacjenta – powiedział.

Zdaniem NRL przepracowany i przemęczony lekarz czy lekarz dentysta nie jest rozwiązaniem problemów systemu ochrony zdrowia. „Przemęczony lekarz, lekarz dentysta może nie sprostać obowiązkowi działania z zapewnieniem bezpieczeństwa pacjentów, jak i jego własnego. Dlatego oczekujemy od rządzących podjęcia działań zapewniających taki poziom finansowania systemu ochrony zdrowia, który zabezpieczając potrzeby zdrowotne obywateli będzie umożliwiał pracodawcom zapewnienie godnych warunków pracy i płacy lekarzom i lekarzom dentystom pracującym w bezpiecznym dla pacjentów oraz ich samych wymiarze czasu pracy” – czytamy w apelu NRL, którego pełną treść publikujemy TUTAJ.

Na proteście cierpią pacjenci

W trakcie konferencji członek Prezydium NRL Michał Bulsa wytknął resortowi zdrowia, że nie rozmawia z protestującymi medykami. – 14 października Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej przypomniała ministrowi zdrowia, jakie są jego obowiązki. To on bezpośrednio odpowiada za to, co w systemie ochrony nie gra i za wszystkie bolączki. To, co się aktualnie dzieje, brak realnego dialogu z protestującymi, powoduje tylko i wyłącznie jedno: ucierpią na tym pacjenci. Brak woli ministra będzie powodował to, że na ministrze i rządzie będzie spoczywała odpowiedzialność za brak dostępu do świadczeń i brak medyków. Panie ministrze, czas na realne działania – zaapelował do ministra Adama Niedzielskiego.

Członek Naczelnej Rady Lekarskiej Tomasz Imiela, który brał udział w negocjacjach z wiceministrem zdrowia Piotrem Bromberem, zwrócił uwagę na to, że szef resortu zdrowia nie chce rozmawiać z protestującymi medykami, bo skupił się na dyskusjach z przedstawicielami Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia. – Cały czas jesteśmy gotowi do rozmów, ale nie w Zespole Trójstronnym, bo nie ma w nim reprezentantów lekarzy i innych zawodów medycznych. Jeszcze raz apelujemy o powrót do rozmów, ale z komitetem protestacyjno-strajkowym – powiedział dr Tomasz Imiela.

Medyków nie będzie więcej

W podjętym w piątek apelu Naczelna Rada Lekarska oczekuje od rządzących zapewnienia lekarzom i lekarzom dentystom bezpiecznych i godnych warunków wykonywania zawodu, bez utraty możliwości ustawicznego doskonalenia zawodowego, a także z zachowaniem czasu na życie rodzinne i niezbędną regenerację sił. „Oczekujemy od rządzących podjęcia działań zapewniających taki poziom finansowania systemu ochrony zdrowia, który zabezpieczając potrzeby zdrowotne obywateli będzie umożliwiał pracodawcom zapewnienie godnych warunków pracy i płacy lekarzom i lekarzom dentystom pracującym w bezpiecznym dla pacjentów oraz ich samych wymiarze czasu pracy” – wskazano w dokumencie.

– Lekarze nie mogą zostać sklonowani, medyków nie będzie więcej. Jeżeli nie siądziemy do rozmów i nie zaczniemy realnie rozwiązywać problemów, nie jesteśmy w stanie tak zreformować systemu, by polski obywatel był z niego zadowolony – podsumował dr Michał Bulsa.

„Gazeta Lekarska” od samego początku śledzi protest pracowników ochrony zdrowia – więcej o jego przebiegu i postulatach medyków, wywiady z liderami oraz kilkaset zdjęć z manifestacji i białego miasteczka można znaleźć TUTAJ.

NRL: przemęczony lekarz nie rozwiąże problemów systemu ochrony zdrowia

W czasie piątkowego posiedzenia Naczelna Rada Lekarska zarekomendowała lekarzom i lekarzom dentystom ograniczenie zaangażowania zawodowego do poziomu, który nie będzie przekraczał granic bezpiecznych zarówno dla nich, jak i pacjentów.

Foto: Marta Jakubiak/Gazeta Lekarska

Zwracając uwagę na znaczne przeciążenie lekarzy i lekarzy dentystów pracą spowodowane występującymi od wielu lat brakami kadrowymi w szczególności w publicznym systemie ochrony zdrowia, a także zwiększonym nakładem pracy w okresie pandemii, Naczelna Rada Lekarska apeluje do lekarzy i lekarzy dentystów o spojrzenie na kwestię bezpieczeństwa pacjentów przez pryzmat własnego stanu zdrowia, przemęczenia czy przepracowania podczas niesienia im pomocy.

Jakość udzielanych świadczeń zdrowotnych i bezpieczeństwo pacjentów zależą w dużej mierze od sił, koncentracji i staranności w działaniu lekarza i lekarza dentysty. Wydolność organizmu lekarza i lekarza dentysty, jak każdego człowieka, ma ograniczenia, a notoryczne ich przekraczanie wskutek ciągłej pracy zawodowej w wymiarze przekraczającym 48 godzin w tygodniu prowadzić może do utraty zdrowia, zmniejszenia koncentracji, a także zwiększenia ryzyka wystąpienia zdarzeń niepożądanych.

Potwierdzeniem tego jest fakt, że na mocy decyzji ustawodawcy począwszy od stycznia 2028 r. praca lekarzy i lekarzy dentystów w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień będzie niedopuszczalna. Praca w większym stopniu zaangażowania odbywa się również kosztem życia rodzinnego oraz utrudnia realizację obowiązku ustawicznego doskonalenia zawodowego. Mając powyższe na uwadze Naczelna Rada Lekarska rekomenduje lekarzom i lekarzom dentystom ograniczenie wymiaru zaangażowania zawodowego do poziomu, który nie będzie przekraczał granic bezpiecznych dla nich samych i ich pacjentów.

Naczelna Rada Lekarska przypomina, że główną przyczyną tak dużego wymiaru czasu pracy i zaangażowania zawodowego lekarzy i lekarzy dentystów jest ich niewystarczająca liczba w systemie ochrony zdrowia, co w szczególności dotyka publicznego systemu ochrony zdrowia. Podkreślić jednak trzeba, że podtrzymywanie wydolności systemu ochrony zdrowia nie może dłużej opierać się jedynie na zaangażowaniu lekarzy, lekarzy dentystów i innego personelu medycznego. Za organizację systemu i panujące w nim warunki odpowiadają rządzący. Zbyt wiele naszych Koleżanek i Kolegów przypłaciło pracę ponad siły własnym życiem i zdrowiem.

Naczelna Rada Lekarska apeluje do lekarzy i lekarzy dentystów, aby w tak trudnych warunkach pracy w systemie ochrony zdrowia nie zaniedbywali swego zdrowia fizycznego i psychicznego, własnych rodzin, w sytuacji gdy rządzący nie zajmują się w dostatecznym stopniu ratowaniem niewydolnego systemu ochrony zdrowia.

Przepracowany i przemęczony lekarz, lekarz dentysta nie jest rozwiązaniem problemów systemu ochrony zdrowia. Przemęczony lekarz, lekarz dentysta może nie sprostać obowiązkowi działania z zapewnieniem bezpieczeństwa pacjentów jak i jego własnego. Dlatego oczekujemy od rządzących podjęcia działań zapewniających taki poziom finansowania systemu ochrony zdrowia, który zabezpieczając potrzeby zdrowotne obywateli będzie umożliwiał pracodawcom zapewnienie godnych warunków pracy i płacy lekarzom i lekarzom dentystom pracującym w bezpiecznym dla pacjentów oraz ich samych wymiarze czasu pracy.

Naczelna Rada Lekarska oczekuje od rządzących zapewnienia lekarzom i lekarzom dentystom bezpiecznych i godnych warunków wykonywania zawodu, bez utraty możliwości ustawicznego doskonalenia zawodowego, a także z zachowaniem czasu na życie rodzinne i niezbędną regenerację sił.


„Gazeta Lekarska” od samego początku śledzi protest pracowników ochrony zdrowia – więcej o jego przebiegu i postulatach medyków, wywiady z liderami oraz kilkaset zdjęć z manifestacji i białego miasteczka można znaleźć TUTAJ