Zbigniew Bródka: Sport pomaga odreagować

Najwięcej przeciążeń czy urazów związanych jest ze stawem kolanowym i skokowym oraz odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa, jednak stosowanie odpowiedniej fizjoterapii może je mocno ograniczyć. Ze Zbigniewem Bródką, mistrzem olimpijskim w łyżwiarstwie szybkim, rozmawia Marta Jakubiak.

Foto: Marta Jakubiak

Jako strażak jest pan odważnym człowiekiem, a może boi się pan dentysty albo zastrzyków?

Kiedy byłem mały, oczywiście, że trochę się bałem, jak większość dzieciaków, z czasem jednak oswoiłem lęk i teraz takiego problemu już nie mam. Dla osoby, która uprawia sport wyczynowo, pomoc lekarza jest bardzo istotna.

Miałem już zarówno drobne, jak i poważniejsze kontuzje, na szczęście za każdym razem wracałem do pełnej sprawności. Spotkałem wielu fantastycznych specjalistów, którzy mi pomogli. Spotkałem też niestety kilku „niespecjalistów”, ale takich rzeczy lepiej nie pamiętać.

Czym jest dla pana ratowanie życia?

Wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie. Mnie również takie pytanie zadawano. Początkowo nie potrafiłem na nie odpowiedzieć. Dopiero, kiedy pierwszy raz wróciłem z udanej akcji i usłyszałem słowa „dziękuję”, uświadomiłem sobie, że moja pomoc jest naprawdę potrzebna, zrozumiałem, czym jest dla mnie pomaganie innym, ratowanie ich życia. To bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie.

Moja praca daje mi ogromnie dużo radości, dzięki niej spełniam się zawodowo, bo przecież to nie środki finansowe i polepszanie bytu materialnego tak naprawdę dają najwięcej radości. To zachowania ludzkie sprawiają, że widzimy sens swoich działań i możemy przenosić góry. Uczucie, kiedy ktoś, komu pomogliśmy, da odczuć, że zrobiliśmy dla niego coś wielkiego, jest naprawdę niezwykłe.

Zdarzały się nieudane akcje?

Niestety, zdarzały się. Jest po nich ogromna złość. Analizuję wtedy, co mogłem zrobić lepiej albo czy coś zrobiłem źle. W obliczu takich zdarzeń nie ma mocnych. Pozostaje zadra. Zawsze staram się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak tylko potrafię i jak najskuteczniej nieść pomoc. Nigdy nie przejdę obojętnie obok człowieka, który potrzebuje pomocy, jednak kiedy przegrywam, bardzo trudno jest mi się z tym pogodzić.

O takich przegranych akcjach dużo się myśli. Pojawiają się pytania, na które nie ma odpowiedzi. Koledzy odreagowują różnie. Niektórzy starają się obrócić porażki w żart, zepchnąć do podświadomości. Myślę, że to nie jest dobry sposób, choć niektórym pomaga. Takie porażki są wpisane w zawód strażaka, lekarza chyba także. Nie wszystkich uratujemy, nie wszystkim pomożemy.

Zawsze jednak trzeba analizować swoje zachowania i sytuacje, w których się znaleźliśmy. Wierzę, że możemy być coraz bardziej skuteczni i to, co robimy, robić coraz lepiej. Trzeba jednak także nauczyć się godzić z tym, że są akcje, w czasie których nie udaje się pomóc.

Jak pan odreagowuje stres?

Muszę się porządnie zmęczyć, wtedy jest trochę łatwiej rozładować wszelkie napięcia. Sport pozwala mi odreagować, wyciszyć emocje, także te związane z entuzjazmem wygrywania. Zmienia też podejście do życia, pomaga przezwyciężać własne słabości i jednocześnie uczy pokory. Sport i praca strażaka to przenikające się i uzupełniające wzajemnie sfery mojego życia, które kształtują moją psychikę i pozwalają się spełniać.

Mówi się o tzw. depresji szczytu, kiedy sportowiec, naukowiec albo artysta sięgają po najwyższe osiągnięcia w swojej profesji, a potem stają przed dylematem, co dalej… Czy zdobycie olimpijskiego złota nie przyniosło takiego kryzysu?

Na szczęście nie i mam nadzieję, że nigdy nie przytrafi mi się depresja szczytu. Pierwsze, co pomyślałem po zdobyciu złota olimpijskiego, to żebym nie zwariował, żeby mi nie odbiło. Wiem, że mogło się tak stać i że wciąż istnieje takie niebezpieczeństwo, bo psychika człowieka to bardzo krucha materia i w pewien sposób ma ograniczoną pojemność, pewne granice wytrzymałości.

Myślę, że najważniejsze jest, aby być sobą, niezależnie od osiąganych wyników. I sobą pozostać po osiągnięciu jakiegoś sukcesu, jak choćby zdobyciu medalu. Złoto olimpijskie nie zmieniło ani mnie, ani mojego życia – robię to, co robiłem: nadal pracuję jako strażak, przygotowuję się do kolejnych startów, ciężko pracuję i jestem gotowy na kolejne wyzwania.

Kiedy założył pan po raz pierwszy łyżwy na nogi?

Po raz pierwszy łyżwy na nogach miałem w wieku dziewięciu lat. Były to łyżwy figurowe kupione przez mojego tatę. Szybko jednak opanowałem podstawy poruszania się na lodzie i zamieniłem je na panczeny. Od tego czasu praktycznie się z nimi nie rozstaję, a w tym roku mija już ponad 20 lat od tego momentu.

Jakie są granice wytrzymałości sportowca? Niedawno Justyna Kowalczyk przerwała bieg i zeszła z trasy. Czy miał pan momenty bycia na granicy? Co się wtedy myśli?

Praca sportowca wyczynowego nie należy do najłatwiejszych. Cały czas staramy się poprawiać swoją wydolność, balansując często na granicy wytrzymałości organizmu. Ciągle zwiększamy ilość czasu spędzonego na treningu czy też intensywność obciążeń.

Trzeba pamiętać jednak, że każdy ma swoją granicę bezpieczeństwa, która w przypadku sportu wyczynowego jest bardzo cienka, ponieważ chcemy zrobić jak najwięcej i jak najbardziej efektywnie. Aby w momencie, gdy stajemy na starcie na igrzyskach olimpijskich, być świadomym swojej dyspozycji i tego, że się zrobiło wszystko, by wygrać.

Najgorsze momenty w życiu sportowca są moim zdaniem wtedy, kiedy jest wypalony, kiedy nie ma na siebie sposobu, to znaczy – trenuje bardzo ciężko i intensywnie, ale brakuje wyniku. Wtedy spada motywacja i chęć do uprawiania sportu, dlatego bardzo ważny jest odpoczynek, czasami można zaryzykować stwierdzenie, że odpoczynek jest ważniejszy od treningu. A tak naprawdę ważną sprawą jest znalezienie złotego środka pomiędzy treningiem a odpoczynkiem.

Z jakich kontuzji najczęściej leczą się panczeniści?

Największe ryzyko kontuzji jest w short tracku, czyli młodszej siostrze łyżwiarstwa szybkiego na torze długim. Na szczęście u nas to ryzyko jest znacznie mniejsze, jednak całkowicie nie możemy go wykluczyć.

Najwięcej przeciążeń czy urazów związanych jest ze stawem kolanowym i skokowym, jak też odcinkiem lędźwiowym kręgosłupa. Jednak gdy się stosuje odpowiednią fizjoterapię, można je mocno ograniczyć.

Niedawno został pan piątym sportowcem Polski roku 2014. Spodziewał się pan lepszego wyniku w plebiscycie, czy ten był zaskoczeniem? Jak to jest być tuż za podium – przede wszystkim na zawodach sportowych?

Jako sportowiec zawsze mierzę wysoko i pragnę wygrywać, jednak zwykle staram się mierzyć siły na zamiary, to znaczy w przypadku rywalizacji sportowej trzeźwo oceniać swoje możliwości, aby się nie rozczarować i utrzymywać motywację na odpowiednim poziomie.

Jeżeli chodzi o plebiscyt, jako złoty medalista na pewno liczyłem na więcej, miejsce na podium by mnie satysfakcjonowało. Jednak trzeba pamiętać, że jest to plebiscyt na najlepszego sportowca, a powinien nazywać się plebiscytem na najpopularniejszego sportowca.

Wyniki sportowe w plebiscycie są ważne, ale nie zawsze odzwierciedlają popularność danego sportu, a co za tym idzie – kolejność, w jakiej klasyfikujemy dane sukcesy. Nie mam do nikogo pretensji, po prostu moja dyscyplina nie jest tak popularna i medialna, jak inne sporty.

Jest pan już osobą rozpoznawalną, lubianą i popularną – czy to zmieniło jakoś pana życie? Jeśli tak, to w jaki sposób? Popularność ułatwia coś, a może utrudnia?

Moje życie po Soczi zmieniło się o 180 stopni. Niestety, nie wszystko na plus. Mam masę obowiązków, jestem zapraszany na różne akcje i eventy, są to chwile bardzo miłe, ale i bardzo wyczerpujące. Trudno jest wszystko pogodzić, zwłaszcza wtedy, kiedy jest się nadal aktywnym sportowcem i chce się osiągać dobre wyniki.

Do tego dochodzą obowiązki służby i rodzina. Przed zdobyciem medalu olimpijskiego udawało mi się jakoś wszystko pogodzić i chciałbym, aby nadal tak było. Mam nadzieję, że się uda i na wszystko znajdę czas. A przede wszystkim zdrowie będzie dopisywało.

O czym marzy Zbigniew Bródka jako sportowiec, strażak, człowiek i Polak? To jedno wspólne marzenie, czy dla każdej z tych sfer inne?

Chciałbym wyznaczać nowe cele i je osiągać, a przy tym być zdrowym i zadowolonym z życia, normalnym człowiekiem.

Czego życzy się panczenistom – połamania łyżew? Czego życzy się strażakom przed wyjazdem na akcję?

Strażakom życzy się tylu powrotów, co wyjazdów, a panczenistom połamania łyżew, ale tego tak naprawdę bym nie chciał.

Panie Zbigniewie, w takim razie trzymamy kciuki za szczęśliwe powroty z akcji i życzymy najszybszych łyżew na świecie.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2015

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.