Dla kogo nowe serce? Transplantacje w SCCS w Zabrzu (foto)

Na transplantację serca w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu czeka 260 biorców, z czego 10-15 proc. to przypadki pilne. Wykonuje się tutaj najwięcej przeszczepień w kraju. Tutaj także niedawno przeprowadzono pierwsze w Polsce trzy udane retransplantacje.

 

Foto: Marta Jakubiak, Lidia Sulikowska

Na miejscu czeka na nas Bogumiła Król z Biura Koordynacji Transplantacji SCCS. – Prof. Marian Zembala przekazał mi wcześniej, że państwo przyjadą. Będziemy musieli jakoś poradzić sobie pod jego nieobecność – mówi już na wstępie.

Od razu jedziemy na pierwsze piętro budynku C, gdzie mamy spotkać się z jego synem, doc. Michałem Zembalą, specjalistą kardiochirurgiem, kierownikiem Programu Transplantacji Serca w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. W drodze Bogumiła Król wyjaśnia, że rocznie udaje się pomóc 10-20 proc. chorym oczekującym na serce z listy pilnej.

Do czasu operacji pilni pacjenci muszą przebywać w szpitalu, będąc na stałym wsparciu farmakologicznym lub mechanicznym (sztuczne komory serca, balon do kontrpulsacji wewnatrzaortalnej. – W naszym ośrodku najdłużej czekała na serce 25-letnia kobieta cierpiąca na kardiomiopatię pozapalną, 160 cm wzrostu, z grupą krwi AB, czyli najrzadszą w populacji polskiej. Po 10 latach dostała nowe serce. Teraz jest coachem naszych wioślarzy, medalistów olimpijskich. To doświadczenie sprawiło, że musiała nauczyć się skutecznej motywacji, by osiągnąć cel. Teraz wspiera innych – opowiada pani Bogusia.

Potrzebne od zaraz

Na miejscu czas oczekiwania na doc. Zembalę nieco się przedłuża. Trwa spotkanie kwalifikujące do przeszczepu. W końcu jednak udaje się znaleźć chwilę. – Liczba osób oczekujących na transplantację serca w trybie pilnym to obecnie 25 dorosłych i pięcioro dzieci, w trybie planowym 201 chorych i 30 małych pacjentów, natomiast na przeszczepinie płuc oczkuje 54 chorych – mówi doc. Zembala.

– Ogólnoświatowy trend ostatnich lat jest jednak taki, że przeszczepia się coraz mniej serc. Bardzo intensywnie rozwija się obszar mechanicznego wspomagania krążenia. Mówimy o urządzeniach bardzo dobrej jakości, całkowicie implantowalnych, które pozwalają choremu powrócić do normalnego życia, w oczekiwaniu jednocześnie na przeszczep serca. Coraz częściej urządzenia tego typu są stosowane nie jako pomost do transplantacji, ale jako docelowa terapia. Wynika to z ich trwałości i niezawodności, ale też komfortu, jaki choremu oferują. Wciąż jednak w naszych warunkach jest to terapia nierefundowana – wyjaśnia Michał Zembala.

Wymagana jest nowelizacja prawa, by pacjent mógł żyć i funkcjonować już tylko dzięki mechanicznemu urządzeniu. Ciekawa sytuacja jest w Niemczech, gdzie u wielu pacjentów, u których doszło do zużycia lub zniszczenia sztucznej komory, pacjenci dostają sztuczne komory, które nierzadko wymieniane są po 6-7 latach. – Polscy pacjenci również mogą je dostać, dysponujemy najnowocześniejszymi technologiami, ale to, co odróżnia nas od Niemców, to pieniądze w systemie. Myślę jednak, że po przeanalizowaniu licznych hospitalizacji, których chory z niewydolnością serca wymaga, i kosztów, jakie generuje, implantacja pompy jest ekonomicznie uzasadniona – dodaje nasz rozmówca.

Czy w Polsce transplantacji także jest mniej? – Od lat ich liczba utrzymuje się na podobnym poziomie 100 przeszczepień rocznie. Wśród ośrodków wykonujących przeszczepy serca w Polsce prym wiodą Warszawa i Zabrze. Aktywność pozostałych klinik jest nieco mniejsza – wylicza. W tym roku zabrzańscy transplantolodzy zapewne jeszcze poprawią swoją statystykę, bo już teraz, licząc od stycznia do połowy czerwca, mają na koncie wykonanych 37 transplantacji serca. Największą barierą w zwiększeniu liczby transplantacji jest tylko i wyłącznie liczba dawców. Dlaczego więc w SCCS jest ich więcej niż w innych ośrodkach?

– Sporo się zmieniło w strukturze naszego szpitala – zyskaliśmy nowych liderów na stanowiskach kierowników programów transplantacji serca i płuc. Zaczęliśmy inaczej analizować każdego potencjalnego dawcę i kwalifikować również tych, którzy mają 50 lat i więcej. Te serca, które wcześniej odrzucaliśmy, teraz pobieramy dla równolatków. Niedawno mieliśmy np. dawcę, który miał wadę zastawki aortalnej, ale serce dobre. Zrobiliśmy transplantację i wymieniliśmy tę chorą zastawkę. Zabieg się udał, pacjent ma się dobrze. Celem zespołu, którym kieruję, jest przekroczenie liczby 50 transplantacji w roku. Liczę, że w tym roku uda nam się zrobić ich około 60. W Europie są tylko dwa ośrodki, które rocznie wykonują ich więcej: Niemcy – 80 i Anglicy – 60. Gdyby udało się osiągnąć ten cel, bylibyśmy ośrodkiem numer trzy na Starym Kontynencie – tłumaczy Michał Zembala. To nie jedyny jego cel.

Drugie życie

To właśnie on przeprowadził niedawno trzy pierwsze w Polsce udane retransplantacje serca. Tego typu zabiegi to jakieś 5 proc. wszystkich przeszczepień serca na świecie. – Zwykle pacjenci po przeszczepach żyją średnio 15-17 lat. Organizm zawsze próbuje odrzucić przeszczepione serce, a w konsekwencji je niszczy. Mieliśmy pacjenta po transplantacji serca z waskulopatią. Wielokrotnie stentowano mu naczynia, mimo to proces postępował. Był coraz bardziej niewydolny i wiedzieliśmy, ze jedynym ratunkiem dla tego wciąż młodego chorego będzie retransplantacja. I choć mieliśmy bardzo przykre doświadczenia, bo wcześniejsze dwa taki zabiegi się nie udały, postanowiliśmy spróbować – opowiada doc. Zembala.

Udało się. Po tej retransplantacji, którą docent Zembala przeprowadził w grudniu 2017 r., wykonał jeszcze dwie kolejne w styczniu i kwietniu 2018 r. Pojawiła się nadzieja na dłuższe życie dla wszystkich pacjentów po transplantacji, szczególnie dla dzieci i tych najmłodszych. Teraz mają bardziej odległą perspektywę niż 17-20 lat. Jest jednak duży dylemat etyczny. Na retransplantację czeka kilku pacjentów, a na transplantację kilkuset. Komu dać nowe serce? Temu, który już miał szansę, czy temu, który ma ją po raz pierwszy. – W transplantologii zawsze są dylematy. Nigdy nie chcę znać nazwisk ani biorców, ani dawców – mówi doc. Zembala.

Sztuczne serce

Szansą dla skrajnie niewydolnych krążeniowo chorych jest jeszcze sztuczne serce. – To jedyne narzędzie, którego w programie leczenia niewydolności serca nam dziś brakuje. Szkolimy sie w tym zakresie, zobaczymy, co przyniesie czas. Na razie nie mogę nic więcej powiedzieć – zdradza Michał Zembala (kilka tygodni po naszej wizycie z Zabrzu zespół doc. Zembali wykonał pierwszą w Polsce implantację sztucznego serca u pacjenta cierpiącego z powodu krańcowej niewydolności krążenia, u którego inne formy terapii zawiodły lub były niewskazane).

Na świecie sztuczne serca implantuje się już od 10 lat. Koszt jednego to 500 tys. zł. Niemcy implantują ich około 50 rocznie. W Polsce nie zrobił tego jeszcze nikt. – Statystyki pokazują jednak, że przeszczepienia od biorcy są dużo skuteczniejsze. Na ogół chorzy, którzy dostają sztuczne serce, są tak ciężkimi przypadkami, a technologia wciąż tak niedoskonała, że jest zaledwie 50 proc. szans na przeżycie – wyjaśnia.

Za jednym razem

Idziemy na blok. Jest tu sześć sal operacyjnych: cztery kardiochirurgiczne, jedna hybrydowa, jedna dziecięca. Co prawda dziś żadna transplantacja się nie odbędzie, ale lekarze i tak mają ręce pełne roboty. Na sali hybrydowej właśnie operowana jest pacjentka, lat 70. Trafiła do szpitala zaintubowana, z burzą elektryczną, do wymiany zastawki aortalnej, mitralnej i trójdzielnej, z chorobą wieńcową. Zaglądamy do sali obok, dziecięcej, gdzie operuje dr Joanna Śliwka. Trwa operacja kanału przedsionkowo-komorowego u 6-miesiecznego maluszka. Zespół pracuje w dużym skupieniu. Widok tak malutkiego pacjenta i miniaturowego serca robi ogromne wrażenie…

Wracamy na salę hybrydową. Jest już doc. Zembala, co oznacza, że kardiochirurdzy przystępują do działania. Zostaje włączone krążenie pozaustrojowe. Pytamy dra Jerzego Czaplę, anestezjologa, który obserwuje parametry wyświetlane na monitorach, czy jest dobrze. – Czy jest dobrze, to będzie wiadomo za kilka godzin. Na tym etapie nic nie można powiedzieć. To bardzo poważna operacja – odpowiada.

Oddział dziecięcy

Leczy się tu pacjentów z całej Polski. Także tych kierowanych do reoperacji z innych ośrodków. –Mamy zaplecze w mechanicznym wspomaganiu krążenia dla dzieci, podobnie jak Kraków i Warszawa. Dodatkowo jest u nas duże zaplecze zastawek, mamy wszystkie, jakie dostępne są na rynku – opowiada doktor Śliwka, która właśnie skończyła operować. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Co się czuje, kiedy serce znowu zaczyna bić? – Zmęczenie – odpowiada. Wcześniej po prostu się pracuje. – Dziś samo szycie trwało półtorej godziny. Musieliśmy zrobić zastawki i dwie łaty. Okazało się też, że jest dodatkowy ubytek, który trzeba było zaszyć – wylicza.

Pierwsza doba jest najtrudniejsza. Wszystko może się zdarzyć. Spokój przychodzi dopiero wtedy, kiedy dziecko wychodzi do domu. Do dyspozycji małych pacjentów jest 15 łóżek, z czego 5 intensywnych, jedno półintensywne. Rocznie operuje się tu 200-250 małych pacjentów, wszystko zależy od tego, ile w tym czasie wykonano przeszczepień serca. Pacjent po transplantacji musi przebywać w szpitalu i blokuje łóżko, inne operacje są wtedy przesuwane. Także chorzy na mechanicznym wspomaganiu muszą być hospitalizowani. – Dwa lata temu mieliśmy sześcioro dzieci na wspomaganiu, na szczęście byli w różnym wieku, więc jakoś ich rozlokowaliśmy – wyjaśnia pani doktor.

Najdłużej pacjent czekał na serce dwa lata. Był taki rok, kiedy udało się przeszczepić 11 serc u dzieci, średnio jest to 5 przeszczepień. Na nowe serce czeka obecnie 13 małych pacjentów. Najmłodszy biorca miał 6 miesięcy, kiedy dostał serce od niemowlaka. – Żaden inny ośrodek w Polsce nie przeszczepia serc u tak małych dzieci. O narząd do przeszczepienia dla dziecka trudniej niż dla dorosłego. Jest bardzo mało dawców, dlatego że nie są zgłaszani, także rodziny nie chcą wyrażać zgody – informuje doktor Śliwka. To bardzo trudna rozmowa, wiele osób nie chce się jej podejmować.

– Dzisiaj wypisujemy do domu chłopca, który musi dostać nowe serce. Ma niecałe dwa lata i waży 8 kg. To Marcel. Bardzo trudno będzie znaleźć dla niego dawcę, bo jest malutki. Jest też Klaudia, która od kwietnia jest na mechanicznym wspomaganiu serca. Ona także potrzebuje serca – podkreśla. Doktor Śliwka pracowała jako studentka, m.in. z doc. Michałem Zembalą, w pracowni doświadczalnej, gdzie uczyła się kardiochirurgii na zwierzętach. Były myszy, szczury, króliki, świnie i owce.

– Profesor Zembala zawsze mocno naciskał, żebyśmy pracowali w badaniach przedklinicznych. Dzięki temu nabywaliśmy zdolności manualnych. Operowanie myszy, która waży 20 gramów, wymaga ogromniej precyzji – opowiada. Obecnie realizuje trzy projekty: wywoływanie zawału serca u myszy oraz świń i podawanie komórek macierzystych do regeneracji, a także wszczepianie zastawki płucnej, która powstała we współpracy z Fundacją Rozwoju Kardiochirurgii, do serca świń. Trzeci projekt prowadzony z prof. Buszmanem to praca nad polską zastawką TAVI, która wszczepiana jest u owiec. – Nigdy nie wiem, o której wrócę z pracy. Człowiek musi wiedzieć, co chce robić i lubić to, co robi. Gdybyśmy nie lubili tej pracy, nie wiem, czy łatwo byłoby nam wytrzymać 14 godz. w szpitalu, a następnego dnia rano przyjść znowu do pracy – podsumowuje.

Płuca też można mieć nowe

Nasza wizyta byłaby niepełna bez rozmowy o realizowanym w SCCS programie przeszczepiania płuc. Spotykamy się więc z dr. Markiem Ochmanem (transplantologiem kierującym programem przeszczepiania płuc), dr. Tomaszem Stąclem i dr. Maciejem Urlikiem (kardiochirurgami wykonującymi transplantacje) oraz dr. Mirosławem Nęckim (pulmonologiem zajmującym się kwalifikacją biorców i opieką po przeszczepieniu płuc).

Co jest najtrudniejsze w transplantacji płuc? – Płuca są w bezpośrednim kontakcie ze środowiskiem zewnętrznym, przez co od razu po przeszczepieniu mają kontakt z wieloma patogenami. Trzeba zachować odpowiedni balans pomiędzy siłą terapii immunosupresyjne zapobiegającej odrzucaniu, a utrzymaniem odporności organizmu na potencjalne zakażenia. Ważnym aspektem jest również optymalny dobór dawcy i biorcy narządu – tłumaczy dr Marek Ochman. Czy sam zabieg jest trudny? – To zależy od konkretnego biorcy narządu, jeśli jest duża ilość zrostów lub występują anomalie w budowie, to oczywiście operacja jest utrudniona – mówi dr Maciej Urlik.

W pierwszym półroczu bieżącego roku udało się tu wykonać w SCCS już 13 przeszczepień obu płuc z doskonałym efektem klinicznym. – To najlepszy wynik w historii transplantacji płuc w naszym kraju. Pozostałe kliniki (ośrodki w Poznaniu, Szczecinie i Gdańsku – przyp. red.) w analogicznym okresie mają na koncie w sumie 6 zabiegów. Postawiliśmy na modyfikację programu, wzorując się na placówce w Hanowerze, która rocznie wykonuje 140 takich operacji i ma najlepsze wyniki w Europie, jest też jedną z najlepszych na świecie – mówi dr Urlik. Dzięki wprowadzonym zmianom osiągnięto poprawę wyników, ponieważ chory szybciej wraca do zdrowia, nie ma powikłań, krócej przebywa na OIOM-ie, nie wymaga długotrwałego stosowania kosztownych leków – tłumaczy dr Ochman.

Obniżyliśmy także kryteria, jakie musi spełnić potencjalny dawca, co w dłuższej perspektywie z pewnością przełoży się na zwiększenie ilości przeszczepień płuc – tłumaczy dr Tomasz Stącel. – W tym roku chcielibyśmy przekroczyć liczbę 20 transplantacji, w następnym – 40. Myślimy też o udanej retransplantacji płuc w odległym okresie po przeszczepieniu, czego jeszcze nikomu nie udało się dokonać w naszym kraju – mówi. Wielu lekarzy, w tym pulmonologów, wciąż nie wie, że są w Polsce ośrodki, które z sukcesem przeszczepiają płuca. – Warto do nas skierować chorego na kwalifikację. Wystarczy ze strony internetowej SCCS pobrać formularz i wysłać na podany tam numer faksu, a my umówimy pacjenta na wizytę w naszym ośrodku – deklaruje dr Strącel.

Jak szacują nasi rozmówcy, w Polsce powinno się wykonywać około 170 transplantacji płuc rocznie (łącznie dorośli i dzieci). Przy obecnej liczbie zgłoszeń dawców to niewykonalne. – Organy są zgłaszane zbyt późno, bo nawet w dziewiątej dobie od orzeczenia śmierci mózgu, co ma negatywny wpływ na płuca – wyjaśnia dr Stącel. Kiedyś w zabrzańskim ośrodku wykonywano także jednoczasowe przeszczepienia serca i płuca. Operacje te przeprowadzał prof. Marian Zembala. – Mamy kilku chorych, którzy czekają na takie operacje. Chcemy zrobić je jeszcze w tym roku – deklaruje doc. Michał Zembala.

Musi być więcej dawców

Na koniec pukamy jeszcze do drzwi gabinetu prof. Piotra Przybyłowskiego, kardiochirurga, specjalisty transplantologii klinicznej i dyrektora ds. medycznych SCCS, prezesa Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego. – Aby wszystko tutaj działało, tak jak działa, nie wystarczy praca na etacie, potrzebni są ludzie z pasją, zgrany zespół i ogromny wysiłek każdego z nich. Myślę, że udało się nam to osiągnąć – mówi prof. Przybyłowski. Dodaje jednak, że można by pomóc dużo większej liczbie chorych, gdyby nie problem ze zgłaszaniem dawców.

– W Europie przyjmuje się, że na milion mieszkańców powinno się przeszczepiać 10 serc, czyli w Polsce rocznie powinno się robić ok. 370 transplantacji, a w najlepszym wypadku jest o połowę mniej. Tam, gdzie jest anestezjologia i intensywna terapia lub neurologia i neurochirurgia, powinien być koordynator, który zidentyfikuje potencjalnych dawców. W praktyce wygląda to tak, że nawet jeśli koordynatorzy są, to nie zawsze wystarczająco aktywni. Efekt jest taki, że stosunek liczby szpitali w Polsce, które kwalifikują dawców, do ogólnej liczby szpitali jest zatrważająco niski – zauważa.

Dodaje jednak, że aby program transplantacyjny działał, musi być aktywny także ośrodek, który wykonuje przeszczepienia. – Nie wystarczy czekać, aż ktoś zadzwoni. Trzeba ciągle się przypominać w tych szpitalach, w których mogą znaleźć się potencjalni dawcy i edukować lekarzy. My to robimy – podkreśla prof. Przybyłowski. I dodaje, że zabrzański ośrodek planuje nadal rozwijać program wspomagania krążenia i, przede wszystkim, dążyć do tego, by przeszczepień serca i płuc było jak najwięcej.

Zwraca jednak uwagę, że niezbędna jest ponowna wycena procedury transplantacyjnej, trzeba też wprowadzić nowe kategorie wyceny umożliwiające zwiększenie jakości pobieranego organu jeszcze przed przeszczepieniem, ponadto brakuje też wyspecjalizowanych ośrodków w kraju, które są w stanie zapewnić kompleksową opiekę chorym. W Zabrzu oddziały są zawsze pełne.

Ryszard Golański
Marta Jakubiak
Lidia Sulikowska

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.