Pudrowanie SOR-u. Kolejkomaty a kolejki

W SOR-ach wybranych szpitali pojawiły się kolejkomaty. Teoretycznie wystarczy podejść do automatu, nacisnąć odpowiednie pole ekranu dotykowego, pobrać bilet i czekać na wezwanie.

Rozwiązanie jest z powodzeniem stosowane w wielu urzędach i coraz większej liczbie przychodni.

Czy jest potrzebne w najbardziej newralgicznym punkcie szpitala, gdzie trafiają pacjenci o krańcowo różnych potrzebach zdrowotnych, to już bardzo wątpliwe.

Wątpliwości nie mają chyba tylko w Ministerstwie Zdrowia. Urzędnicy z Miodowej zapewniają, że pomysł „usprawni ruch chorych” i „poprawi satysfakcję pacjentów”, bo teraz każdy z nich „będzie miał na bieżąco informacje o przewidywanym czasie oczekiwania”.

Krótko mówiąc, ma być tak jak w znanym skeczu, czyli „będzie pan zadowolony”. Na pewno zadowolony będzie dostawca kilkuset zestawów obejmujących automaty biletowe, monitory LCD, bezprzewodowe terminale stanowiskowe, tablety medyczne, nagłośnienie, drukarki, komputery centralne i odpowiednie oprogramowanie, bo system, obecnie pilotażowy, ma objąć cały kraj.

Byłbym natomiast bardzo ostrożny w formułowaniu pięknych wizji usatysfakcjonowanych pacjentów. Zasadnicze problemy SOR-ów to przepełnienie i długi, często wielogodzinny czas oczekiwania na decyzję lekarza. Żadnego z nich instalacja nawet najnowocześniejszych kolejkomatów nie rozwiąże. W mojej ocenie może je wręcz nasilić. Automat nie zastąpi przecież triażu, a jego obsługa nie dla wszystkich będzie „intuicyjna”, co oznacza dodatkowe obowiązki dla pracowników szpitala i brak korzystnego wpływu na gęstą zazwyczaj atmosferę w poczekalni.

Każdy, kto w SOR-ze pracował, wie doskonale, że z wyjątkiem pacjentów w stanie zagrożenia życia, z których większość kolejkomatu nawet nie zobaczy, da się jedynie w przybliżeniu przewidzieć czas oczekiwania na badanie lekarskie.

Zadomowiony od kilku lat w naszych szpitalach system kolorowych opasek przekazuje informacje na ten temat w czytelny i możliwie najbardziej precyzyjny sposób, a przy tym jest rozwiązaniem nieporównywalnie tańszym niż kolejkomat. I jeszcze jedno. O ile opaski nawiązują swoją wymową do pola bitwy, czym w istocie jest każdy SOR, o tyle bilecik z automatu kojarzy się z urzędem, do którego można wejść nie tylko kiedy jest potrzeba, ale także wtedy, gdy coś się komuś przypomni albo ubzdura.

Ten „urząd” ma przy tym wyjątkowe zalety: jest czynny bez przerwy przez okrągły rok i nie ma w nim żadnych opłat. Aż kusi, by przyjść w nocy, jak sobie człowiek przypomni o trwającym od dwóch tygodni strzykaniu w kolanie, albo wdepnąć, idąc z pracy po bilet, potem spokojnie zjeść w domu obiad i znowu się pojawić, by „się przebadać”. Absurdy? Oczywiście, ale to urzędnicy nieustannie pudrujący niewydolny system je nam fundują. Wyniki kontroli NIK sprzed kilku lat potwierdziły, że oddziały ratunkowe to de facto przychodnie i nawet 80 proc. zgłaszających się tam pacjentów nie wymagało nagłej pomocy medycznej, a jedynie porady w POZ lub poradni specjalistycznej.

Zamiast wzmocnić opiekę ambulatoryjną i przestać wreszcie udawać, że współpłacenie jest niepotrzebne, zdecydowano się zaprosić pacjentów do szpitali, obarczając te zrzeszone w sieci obowiązkiem organizacji nocnej i świątecznej pomocy medycznej. W rezultacie strumień skierowań do SOR-u w godzinach wieczornych i nocnych jeszcze się zwiększył. Teraz ktoś wpadł na pomysł, by zainstalować w oddziałach ratunkowych kolejkomaty, co w najlepszym razie można uznać za kosztowną kosmetykę. Jak powiedział niezapomniany Stefan Kisielewski: „To, że jesteśmy w d…, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”.

Sławomir Badurek, diabetolog, publicysta medyczny

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.