We the Dentists

Ucieczka w patos daje zazwyczaj krótkotrwałe i marne pocieszenie, ale są momenty, kiedy grupa musi jakoś zakomunikować swój stan ducha.

Foto: pixabay.com

Tak, jak nie każdy dom pomalowany na biało można nazwać Białym Domem, tak nie każda dumna odezwa będzie sławetnym „We the People”.

Niemniej, już w poprzednim felietonie zaznaczałem, że groźniejsza od płaconych przez nas rachunków za samozadowolenie urzędów jest, będąca wynikiem złej, politycznej maniery, wizja braku końca tej gonitwy.

„My Dentyści” ma być na użytek tego felietonu przejrzystym komunikatem, jaki wynika z naszego oglądu sytuacji, popartego mnóstwem rozmów, listów, zewsząd płynących nalegań, mówiących w zasadzie jednym głosem, że pracowitość, jaką włożyliśmy w budowę i utrzymywanie nowoczesnego potencjału lecznictwa stomatologicznego, wymaga ze strony państwa nie tyle opieki, ile chociażby niepogarszania warunków prowadzenia działalności. Nie możemy odpuścić postulatu, aby pośród wszystkich przeprowadzanych na nas eksperymentów w postaci wytycznych, okólników, walidacji, harmonogramów, punktów, kolejek i separatorów – gdzieś jeszcze znalazło się miejsce na nasz rozwój.

Ostatnio obrazu rzeczy dopełniła sprawa kształcenia, poprzez uświadomienie sobie, że pomimo intensywnych prac nad nowelizacją ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty dla samej stomatologii uzysk może się uplasować poniżej oczekiwań.

A tak może być, jeśli nie rozbierze się tego schematu do podstaw i, rekonstruując, nie oprze się go na prostej prawdzie, że aczkolwiek możemy i powinniśmy brać udział w tworzeniu warunków do prowadzenia specjalizacji stomatologicznych, to jednak nie zwalnia to władz publicznych z odpowiedzialności za tę sferę. Pisałem już o tym we wrześniu ub.r. – jeśli nie wyjdzie się w myśleniu o stomatologii poza krzywdzący stereotyp patrzenia na tę dziedzinę jako sprywatyzowaną, a więc niewartą nakładów publicznych, to dalej może być już tylko gorzej. Potrzeby lekarzy i lekarzy dentystów i ich prawo do ukierunkowanego rozwoju zawodowego są dokładnie takie same, choćby realizacja tego prawa, z uwagi na specyfikę obu grup zawodowych, miałaby być odmienna.

Na bazie i w duchu tych oczywistych prawd spisaliśmy postulat proporcjonalnego wyodrębnienia z puli środków przeznaczonych na kształcenie specjalizacyjne odrębnej puli środków na kształcenie lekarzy dentystów. Projekt przydaje oczywisty prymat ich spożytkowania rezydenturom. To zaś, co nie zostanie wydane na ten zbożny cel, przejdzie na sfinansowanie programu kształcenia ustawicznego, którego beneficjentami mieliby być lekarze dentyści, w kolejności, w jakiej znaleźli się „pod kreską” postępowania kwalifikacyjnego do rezydentury. Ta szczególna forma kształcenia byłaby zaś pod stałym, szczególnym nadzorem merytorycznym NRL. Proste, logiczne, choć zapewne niełatwe do wypromowania.

Ponieważ w formułowaniu prostych i logicznych postulatów nabraliśmy niejakiej wprawy, aby te rozliczne, splątane ze sobą tematy próbować zamknąć, wystąpiliśmy razem z prezesem NRL, prof. Matyją, do ministra zdrowia o zorganizowanie dużej, konkretnej, merytorycznej debaty z udziałem podległych MZ instytucji, z którymi mamy trochę „pootwieranych tematów” (m.in. GIS, NFZ). W którymś miejscu wszyscy uczestnicy tego „wielostronnego przeciągania liny” muszą się spotkać, poznać kondycję zarówno samej liny (ile eksperymentów jeszcze wytrzyma sama stomatologia?), jak i kondycję pozostałych zawodników. Innej drogi chyba nie ma.

Andrzej Cisło, wiceprezes NRL

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.