Główna

Nie ma lekarzy. Jesień problemów z czwartą falą pandemii w tle

Kilka tygodni temu wkroczyliśmy w drugą jesień z pandemią. Pod wieloma względami jest podobna do zeszłorocznej, ale jeszcze mocniej widać problemy publicznego lecznictwa wynikające m.in. z niedostatku kadr medycznych – pisze Mariusz Tomczak.

Foto: pixabay.com

Można zaryzykować tezę, że im dłużej trwa pandemia, tym więcej koncepcji na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia pojawia się w debacie publicznej. Nie brakuje pomysłów nieoczywistych, bywają i ocierające się o granice absurdu, a przynajmniej w taki sposób odbiera je wiele osób. Nic dziwnego, że często spotykają się z brakiem akceptacji wśród lekarzy.

W ciągu ostatniego 1,5 roku, zwłaszcza w chwilach legislacyjnej gorączki uzasadnianej walką z wirusem SARS-CoV-2, opiniowanie projektów aktów prawnych wielokrotnie okazywało się fikcją. Nie tylko dlatego, że na analizę opasłych dokumentów naszpikowanych paragrafami wyznaczano kilka dni, a nawet kilkadziesiąt godzin. Dochodziło do sytuacji, gdy w zaopiniowanych wcześniej projektach pojawiały się rozwiązania zupełnie nowe, nieznane wcześniej nikomu, poza wąską grupą polityków i urzędników. Z taką sytuacją zmaga się m.in. środowisko lekarskie, które nieustannie skarży się na ignorowanie zasady „nic o nas bez nas”.

Iskry zamiast dialogu

Na linii rząd-lekarze od dawna mocno iskrzy. Brakuje okazji do ucierania poglądów w trakcie rzeczowej wymiany argumentów, a dialog zastąpiła metoda, którą nieco ironicznie można określić połączeniem gromu z jasnego nieba z musztardą po obiedzie – ważne deklaracje w przestrzeni publicznej pojawiają się niespodziewanie, gdy przygotowana przez władze koncepcja jest już gotowa do wdrożenia, a ewentualne zmiany mogą mieć tylko charakter kosmetyczny.

Strona rządząca broni swoich pomysłów, zarzucając krytykom, że nie dostrzegają szlachetnych intencji i urządzają nagonkę niepopartą faktami, bo weryfikacja wprowadzanych rozwiązań będzie możliwa dopiero w przyszłości. Wielu lekarzy odnosi wrażenie, że celem niektórych zmian nie jest autentyczna poprawa sytuacji w ochronie zdrowia, lecz odwracanie uwagi opinii publicznej od poważnych, nierozwiązanych problemów „przykrywanych” inicjowaniem dyskusji o tematach zastępczych. Pojawiają się opinie, że spory czasami wznieca się celowo.

„Zawodówki” dla lekarzy

Kilka tygodni temu szef resortu zdrowia Adam Niedzielski wziął udział w otwarciu Centrum Symulacji Medycznej przy Uczelni Państwowej im. Jana Grodka w Sanoku. Placówka działa równo od 20 lat i można w niej ukończyć studia I stopnia na kierunku ratownictwo medyczne czy uzyskać tytuł zawodowy licencjata i magistra pielęgniarstwa. Media społecznościowe obiegło zdjęcie, na którym minister z podniesionym do góry kciukiem stoi przy łóżku szpitalnym z fantomem.

Szybko stało się ono hitem internetu, rzekomo potwierdzającym tezę, że pandemia to fikcja, a szpitale są „teatrem”, w którym role pacjentów niemogących złapać tchu „grają” manekiny podłączone do respiratorów. Jednak to nie z powodu memicznej fotografii wizyta ministra na Podkarpaciu wywołała burzę. Przemawiając w czasie Zgromadzenia Plenarnego Konferencji Rektorów Publicznych Uczelni Zawodowych, szef resortu zdrowia poinformował o zamiarze dopuszczenia takich placówek do kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów. – Już w zasadzie przygotowaliśmy projekt – oświadczył.

Felczeryzacja medycyny

W środowisku lekarskim najpierw było niedowierzanie. Po kilku dniach, gdy okazało się, że to nie przejęzyczenie ministra czy potknięcie relacjonującego dziennikarza, rozpoczęła się ożywiona dyskusja nad nowelizacją ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej zażądało od resortu wycofania się z budzącego kontrowersje pomysłu, a Okręgowa Rada Lekarska w Warszawie oceniła, że zmierza on do „felczeryzacji medycyny” i prowadzi do „upadku prestiżu zawodu lekarza”. Pojawiły się głosy, że to „straszak” na środowisko, które rozpoczęło protest w białym miasteczku.

Cel zmian jasno określono w uzasadnieniu do projektu ustawy. Chodzi m.in. o „uelastycznienie warunków dotyczących możliwości ubiegania się przez uczelnie o pozwolenie na utworzenie studiów przygotowujących do wykonywania zawodu lekarza i lekarza dentysty”. Po wtóre, zwiększenie liczby placówek ma przełożyć się na wzrost liczby absolwentów medycyny, co zdaniem rządu stanowi „odpowiedź na deficyt kadr” obnażony w czasie aktualnej sytuacji epidemicznej. Innymi słowy wirus SARS-CoV-2 stał się pretekstem do wprowadzania zmian gremialnie oprotestowanych w środowisku lekarskim.

Nowe pole konfliktu

W sejmie pierwsze czytanie projektu odbyło się 1 października, co samo w sobie stanowiło zbieg okoliczności. – W dniu inauguracji roku akademickiego dokonano czegoś niebywałego, bo zamiast szacunku dla środowiska obrażono polskich profesorów medycyny. Urażono samorząd lekarski, nie dopuszczając go do opiniowania projektu. To niebywała arogancja – ocenia prof. Wojciech Maksymowicz, który dwie dekady temu stał na czele Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej, jeszcze w ubiegłym roku był wiceministrem nauki i szkolnictwa wyższego, a teraz jest jednym z opozycyjnych posłów. Mocne słowa, ale w dużym stopniu oddające nastroje osób zdumionych zapowiedzią „produkowania” lekarzy w „zawodówkach” i postawieniem na ilość, zamiast na jakość.

Zamiar rozszerzenia kręgu uczelni uprawnionych do kształcenia na kierunku lekarskim i lekarsko-dentystycznym otworzył nowe pole konfliktu z obozem władzy. W połowie października strona rządowa mocno wykastrowała swój pierwotny pomysł na uporanie się z deficytem kadr medycznych i wydawało się, że „lekarskich zawodówek” nie będzie. W ubiegłym tygodniu, ku zdumieniu wielu osób, które na pomyśle nie pozostawiły suchej nitki, Sejm uchwalił kontrowersyjne przepisy. Los ustawy leży w rękach prezydenta Andrzeja Dudy.

Pandemia a szpitale

Z danych przedstawionych w ogłoszonej kilka tygodni temu „Mapie potrzeb zdrowotnych” wynika, że w 2019 r., czyli roku niedotkniętym przez pandemię, w systemie publicznym pracowało 113,9 tys. lekarzy (87 proc. wszystkich pracujących lekarzy w naszym kraju). Najczęściej znajdowali oni zatrudnienie w ramach leczenia szpitalnego (76,6 tys.), a także w izbach przyjęć (17,4 tys.) i w SOR-ach (14,5 tys.). W kolejnym roku szpitale publiczne musiały zmierzyć się z naporem pacjentów z nieznaną chorobą zakaźną, a osoby w nich pracujące, nierzadko przymuszone do świadczenia pracy w ramach reżimu administracyjno-prawnego, zostały doświadczone szeregiem negatywnych zjawisk.

Strach, przemęczenie, objawy wypalenia zawodowego – długo można by wymieniać skutki pandemii dotykające lekarzy. – Mamy coraz mniej rąk do pracy. Wiele osób jest wyczerpanych psychicznie i fizycznie, dodatkowo nie widzą żadnego wsparcia ze strony rządu – mówi prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Nierzadko odpowiedzialnością za złą organizację systemu obciąża się pracowników ochrony zdrowia – To powoduje frustrację – przyznaje dr Michał Bulsa, członek Prezydium NRL.

Odchodzą z pracy

Od dawna mówiło się, że gdy koronawirus odpuści, niektórzy lekarze odejdą z publicznych placówek. Już od wiosny pojawiały się kolejne doniesienia o zamykaniu, zawieszaniu albo ograniczaniu działalności oddziałów szpitalnych, spowodowane brakiem kadr. Pod koniec września wypowiedzenia złożyło 26 lekarzy z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, największej placówki pediatrycznej na południu Polski. To większość zatrudnionych tam specjalistów. W połowie października na ten sam krok zdecydowało się kolejnych 28 lekarzy, co oznacza, że praca części oddziałów może zostać sparaliżowana. – Podejmowane od 2018 r. próby rozmów i apele spotykają się z ignorancją i brakiem odzewu – mówi Łukasz Klasa, jeden z krakowskich lekarzy.

Z kierowania placówką zrezygnował prof. Krzysztof Fyderek. – Niski poziom finansowania szpitala z jednej strony i rosnące lawinowo oczekiwania płacowe personelu z drugiej, stanowią poważne zagrożenie dla dalszego funkcjonowania w obecnym kształcie. Pandemia COVID-19 zaostrzyła wszystkie problemy finansowo-kadrowe, z którymi zmaga się nasza wysokospecjalistyczna jednostka – tłumaczy ustępujący dyrektor naczelny, który rezygnację złożył na ręce prorektora UJ ds. Collegium Medicum.

Prorektor prof. Tomasz Grodzicki przyznaje, że kondycja finansowa szpitala nie pozwala na spełnienie oczekiwań lekarzy z USD w Krakowie i na potwierdzenie swoich słów wymienia kwoty: miesięcznie na wynagrodzenia trafia ok. 20 mln zł, gdyby uposażenie lekarzy miało wzrosnąć o połowę, potrzeba by 30 mln zł, a zadłużenie placówki wynosi 40 mln zł. – Jeżeli NFZ zapłaci zaległości, dług realny spadnie do ok. 15 mln zł. Nawet jeśli dostaniemy te pieniądze, nie będzie wolnej gotówki – dodaje. Nowo powołany dyrektor szpitala dr hab. Wojciech Cyrul, z wykształcenia prawnik, musi stawić czoła wyzwaniu, jakim jest ponad 70 wypowiedzeń złożonych przez lekarzy.

Z udarem na korytarzu

Problemy kadrowe i finansowe to bolączka także innych placówek, na co nakłada się niezadowolenie z warunków pracy, które w czasie pandemii często się pogorszyły, skłaniając lekarzy do powiedzenia „dość”. W lipcu działalność zawiesił oddział neurologiczny w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu, a od początku października pacjentów nie przyjmuje oddział neurologii i leczenia udarów tamtejszego specjalistycznego szpitala miejskiego.

Z 200-tysięcznego Torunia osoby np. z podejrzeniem udaru są przewożone do Bydgoszczy, Świecia i Lipna, bo oddziały w Inowrocławiu, Grudziądzu i we Włocławku również nie funkcjonują. Problem nabrzmiewał od dłuższego czasu, a dodatkowo został nagłośniony po tym, gdy na początku października na oddział neurologii Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. Jana Biziela w Bydgoszczy trafiło tylu pacjentów, że nawet osoby w ciężkim stanie musiały leżeć na korytarzu, bo zabrakło dla nich miejsc w salach.

Kolejne zamykane oddziały

Złe wieści dochodzą nie tylko z woj. kujawsko-pomorskiego. Ostatnio wypowiedzenia złożyła większość specjalistów z jedynego w Warszawie oddziału psychiatrii dla dzieci – co to może oznaczać, najlepiej świadczy fakt, że na Mazowszu i Podlasiu działają w sumie dwa oddziały dziecięce i trzy młodzieżowe. Do końca roku jest zawieszony oddział wewnętrzny w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Rybniku, bo nie udało się skompletować zespołu – żeby go otworzyć, potrzeba pięciu lekarzy specjalistów, a jest tylko jeden. Podobny status mają także dwa inne oddziały.

Nad szpitalem wojewódzkim w Płocku od kilku miesięcy wisi groźba sparaliżowania pracy kilku oddziałów. W Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w Radomiu z powodu braków kadrowych wstrzymano przyjęcia na oddział anestezjologii, intensywnej terapii i leczenia bólu. W lipcu Zamojski Szpital Niepubliczny zawiesił oddział pediatryczny na trzy miesiące, ale niedawno okazało się, że taka sytuacja utrzyma się do końca grudnia, a być może i dłużej. „Możesz pomóc w znalezieniu obsady pediatrii? Zadzwoń 602 588 477” – taki wpis na swoim profilu na Facebooku zamieścił ostatnio prezydent Zamościa. – To apel ostatniej szansy – mówi.

Mało medyków, dużo zakażeń

W szpitalu powiatowym w Ostrowcu Świętokrzyskim najpierw brakowało anestezjologów, potem z pracy rezygnowali radiolodzy, a z początkiem października, po kilkutygodniowych negocjacjach, odeszło pięciu z siedmiu lekarzy z SOR. Na razie na dyżurowanie w SOR zdecydowali się lekarze z innych oddziałów, ale co nastąpi później, nie wiadomo. – Ten sam problem co w całej Polsce, dotarł do naszego szpitala – przyznaje Adam Karolik, p.o. dyrektora naczelnego, na którego biurku w ostatnich miesiącach wielokrotnie lądowały wypowiedzenia z pracy podpisane przez doświadczonych medyków. W szpitalu wojewódzkim w Tarnobrzegu planuje się reorganizację oddziału chirurgii dziecięcej i urazowej, bo na emeryturę odchodzi trzech lekarzy, a na ich miejsca nie ma chętnych. W kraju takich przypadków jest więcej.

Na domiar złego rosnąca liczba osób zakażonych SARS-CoV-2 napędza czwartą falę pandemii. – Przyjęcie szczepienia przeciw COVID-19 w polskich warunkach zmniejsza ryzyko hospitalizacji 82-krotnie, a śmierci 94-krotnie. Ryzyko jest zawsze, ale ono jest niewspółmierne wobec korzyści, jakie uzyskujemy, szczepiąc się – powiedział dr hab. Jerzy Jaroszewicz, kierownik Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego i Hepatologii w Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu w czasie inauguracji nowego roku akademickiego w SUM w Katowicach. Powołał się na dane z projektu SARSTer, w ramach którego gromadzone są informacje z kilkudziesięciu ośrodków w kraju.

W obawie przed koronawirusem

Z powodu rosnącej liczby zakażeń szpitale ograniczają odwiedziny lub ich zakazują. W ostatnim czasie zdecydowały się na to placówki z Podkarpacia, m.in. w Rzeszowie, Łańcucie i Brzozowie. W Sanoku w związku z sytuacją epidemiczną wstrzymano przyjęcia pacjentów na oddział kardiologiczny, a w Stalowej Woli, po wykryciu zakażeń wśród personelu i pacjentów, nikogo nie przyjmowano na oddziały neurologiczny i udarowy. Takie decyzje, choć uzasadnione stanem wyższej konieczności, spowalniają tryby systemu powołanego do ochrony ludzkiego zdrowia i życia.

Nie należy zapominać o proteście ratowników medycznych, czego spektakularne skutki obserwują mieszkańcy Warszawy. Z powodu braku obsady karetek do osób potrzebujących pomocy wysyłane są śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. W ostatnich tygodniach w środku dnia lądowały m.in. na ruchliwym pl. Konstytucji i pl. Bankowym, niedaleko Dworca Zachodniego, przy jednej ze stacji metra i na boisku na Bielanach. Protest ratowników rykoszetem uderza w lekarzy, bo część pacjentów, którzy nie mogą doczekać się na karetkę, wcześniej czy później trafi do szpitala z pogorszonym stanem zdrowia.

Premier kupi nowe łóżka

Nie każdy wie, że do wybuchu epidemii SARS-CoV-2 Polska miała jedną z najwyższych w Unii Europejskiej liczbę łóżek szpitalnych przypadających na 100 tys. mieszkańców. W innych krajach przez ostatnie lata ich liczba na ogół spadała, w wyniku czego ta różnica się pogłębiała. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że mamy sprzęt i wyposażenie, co oczywiście nie oznacza, że nie mogłoby być lepiej, ale prawdziwe wyzwanie stanowi brak wysoko wykwalifikowanych umysłów i rąk, bo coraz częściej nie ma komu leczyć, a z uwagi na starzejące się społeczeństwo będzie rosnąć liczba pacjentów wymagających specjalistycznej opieki.

Tymczasem, kiedy premier Mateusz Morawiecki mówi o inwestowaniu w ochronę zdrowia, to przede wszystkim koncentruje się na obietnicy podnoszenia standardu placówek. Jeden z ostatnich pomysłów rządu to wymiana ponad 90 tys. łóżek szpitalnych ze środków Subfunduszu Modernizacji Podmiotów Leczniczych będącego częścią „prezydenckiego” Funduszu Medycznego.

Słowo, które warto zapamiętać

Ostatnio w sukurs przepracowanym lekarzom nieoczekiwanie przyszła Najwyższa Izba Kontroli. Zdaniem kontrolerów w związku z tym, że prawie 1/3 czasu porady lekarskiej pochłania prowadzenie dokumentacji medycznej i wykonywanie czynności administracyjnych, zachodzi potrzeba ograniczenia ich czasochłonności, tak by zwiększyć efektywność leczenia pacjentów. Mimo że każdy praktykujący lekarz doskonale o tym wie, wyniki kontroli NIK są cennym argumentem w walce o odejście zza biurek. Na ograniczenie biurokracji i uwolnienie potencjału lekarzy na razie się jednak nie zanosi.

Póki koronawirus budzi grozę, minister zdrowia ma swoje sposoby na łagodzenie problemów związanych z deficytem kadr. W jednym z ostatnich rozporządzeń wydłużył do końca roku zwolnienie szpitali, które udzielają świadczeń gwarantowanych w trybie hospitalizacji, z obowiązku zapewnienia kadry lekarsko-pielęgniarskiej. W uzasadnieniu wskazano, że celem jest „uelastycznienie” zarządzania personelem. Identycznym wyrazem rząd tłumaczył chęć rozpoczęcia kształcenia lekarzy i stomatologów w wyższych szkołach zawodowych. Tak jak pandemią uzasadnia się wprowadzenie wielu kontrowersyjnych zmian w przepisach, tak elastyczność – cokolwiek w praktyce to znaczy – może okazać się nowym słowem kluczem w ochronie zdrowia na kolejne miesiące.

Mariusz Tomczak

Polka w zarządzie Rady Europejskich Lekarzy Dentystów

W piątek, podczas posiedzenia ogólnego Rady Europejskich Lekarzy Dentystów (Council of European Dentists, CED), dr Anna Lella została wybrana na stanowisko członka zarządu CED (Board of Directors) na lata 2021-2024.

Anna Lella. Foto: Marta Jakubiak

W skład zarządu CED wchodzi 8 osób (prezes, którym został wybrany dr Freddie Sloth-Lisbjerg z Danii, wiceprezes, skarbnik i 5 członków). Kandydaturę dr Anny Lelli na stanowisko członka zarządu CED zgłosiła Naczelna Izba Lekarska, która jest pełnoprawnym członkiem CED od 2006 roku.

CED jest organizacją reprezentującą zawód lekarza dentysty w Unii Europejskiej, zrzeszającą główne krajowe organizacje lekarsko-dentystyczne z 31 państw europejskich (państwa członkowskie UE, państwa kandydujące do UE, państwa EOG, Szwajcaria, Wielka Brytania). Podstawowym celem CED jest promowanie wysokich standardów opieki stomatologicznej. 

W ramach swej działalności CED poświęca główną  uwagę kwestiom legislacji unijnej. Stanowiska i uchwały CED odgrywają istotną rolę w kształtowaniu europejskiej stomatologii i warunków wykonywania zawodu lekarza dentysty w UE przez właściwie wykwalifikowanych lekarzy dentystów. CED jest organizacją w pełni autonomiczną, niezależną od instytucji UE oraz władz krajowych.

Marek Szewczyński

Prof. Marek Rudnicki z ważnym odznaczeniem państwowym

Prof. Marek Rudnicki został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP – doszło do tego 10 listopada podczas uroczystości z okazji 103. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Konsulacie Generalnym RP w Chicago.

Foto: Mariusz Tomczak

Odznaczenie zostało przyznane przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę za wybitne zasługi w rozwijaniu polsko-amerykańskiej współpracy w dziedzinie medycyny, za działalność na rzecz przemian demokratycznych w Polsce i za działalność polonijną. W imieniu prezydenta wręczyła je konsul Małgorzata Bąk-Guzik.

Ustanowiony ustawą z 16 października 1992 r. Order Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej nadawany jest cudzoziemcom i obywatelom polskim stale zamieszkałym za granicą, którzy swą działalnością wnieśli wybitny wkład we współpracę międzynarodową oraz współpracę łączącą Rzeczpospolitą Polską z innym państwami i narodami.

Prof. Marek Rudnicki to były prezydent Światowej Federacji Polonijnych Organizacji Medycznych i wieloletni prezes Związku Lekarzy Polskich w Chicago. Kilkakrotnie przewodniczył Komitetowi Naukowego Kongresu Polonii Medycznej. Jest absolwentem Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, University of Cincinnati oraz Columbia University w Nowym Jorku.

W latach 80. ubiegłego wieku był aktywnym działaczem NSZZ „Solidarność”. W czasie stanu wojennego, po pacyfikacji kopalni „Wujek” w grudniu 1981 r., osobiście wzywał zespoły ratownicze, by rannych górników nie zawoziły do szpitali kontrolowanych przez resort spraw wewnętrznych, lecz do szpitala klinicznego, w którym pracował. W 1987 r. wyemigrował do USA.

Zdjęcia z uroczystości są dostępne w serwisie monitorlocalnews.com.

Zapalenie płuc to nie jest cięższe przeziębienie

Dopóki w wirusowym zapaleniu płuc nie dochodzi do nadkażenia bakteryjnego, nie powinniśmy stosować antybiotyków – mówi dr n. med. Iwona Skrzekowska-Baran, pulmonolog i pediatra ze Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej.

Foto: pixabay.com

Jeszcze całkiem niedawno wiele osób uważało zapalenie płuc za chorobę być może ciężką, ale na pewno niegroźną dla życia. Skąd takie przekonanie?

Rzeczywiście, w naszej świadomości zapalenie płuc jest często postrzegane jako cięższe przeziębienie. Nic bardziej mylnego. Wiele zapaleń płuc przebiega łagodnie, co jest związane z odpornością człowieka, jednak część zachorowań pociąga za sobą ryzyko cięższego przebiegu i późniejszych powikłań. Zależy to od wielu czynników: nie tylko od etiologii, czyli przyczyny zakażenia, ale również od odporności pacjenta, jego wieku, od tego, czy ma ochronę pierwotną przed bakteriami i wirusami, czyli czy jest zaszczepiony, czy cierpi na choroby współistniejące.

Społeczeństwo się starzeje, chorujemy więc ciężej. Zwłaszcza w obecnym stanie epidemiologicznym, im wyższy wiek pacjenta, tym większe ryzyko ciężkiego zapalenia płuc. Z perspektywy lekarza niezwykle istotna jest etiologia zapalenia płuc. Według danych z 2018 roku, 38% zapaleń płuc pozaszpitalnych to zakażenia wirusowe, 11% to zakażenia bakteryjne, a około 10% ma etiologię mieszaną: zarówno wirusową, jak i bakteryjną. Dane te dotyczą zarówno dzieci, jak i dorosłych. Mimo ogromnego postępu w rozwoju biologii molekularnej, w ponad 40% przypadków nie jesteśmy w stanie wskazać patogenu.

Jeśli chodzi o zakażenia bakteryjne, najczęstszą przyczyną jest Streptococcus pneumoniae, który występuje często z typem wirusa A H1N1 i jest szczególnie groźny dla dzieci i osób po 60. roku życia, z obniżoną odpornością albo obciążonych cukrzycą, POChP i chorobami układu sercowo-naczyniowego. Są też inne bakterie, tj. mycoplazma, chlamydia czy legionella, które wywołują nietypowy obraz kliniczny – gorączka jest tu mniej nasilona i częściej występują objawy spoza układu oddechowego. To tzw. atypowe zapalenia płuc, których obecnie, szczególnie u dzieci, jest sporo…

Musimy też pamiętać o tzw. szpitalnych zapaleniach płuc, które rozwijają się 48 godzin po położeniu pacjenta w szpitalu i mają zupełnie inną etiologię. Powstają poprzez zakażenia bakteriami rezydującymi w danym szpitalu, niestety, często opornymi na antybiotyki. Do tych bakterii należą np. Pseudomonas areuginosa, Escherichia coli lub Sterptoccoccus aureus (szczepy MRSA) czyli metycylinooporne itp.

Mówi pani o atypowych zapaleniach płuc, słyszymy czasami też o bezobjawowych…

Tak naprawdę to określenie w terminologii medycznej nie występuje, ponieważ przebieg choroby i jej leczenie nie różnią się od standardowego zapalenia płuc. Tak zwane bezobjawowe zapalenie płuc może być wywołane zarówno wirusem, bakterią, jak i etiologią grzybiczą lub atypową i dotyczy głównie pacjentów, którzy mają osłabiony układ immunologiczny. Zdarzają się głównie u dzieci, których układ immunologiczny nie jest jeszcze w pełni „wydolny”. Objawy tego zakażenia są nietypowe, występują też objawy spoza układu oddechowego.

W diagnostyce „bezobjawowych” zapaleń płuc niezwykle pomocne są metody obrazowe, badanie ultrasonograficzne układu oddechowego czyli tzw. przezklatkowe badanie płuc, które w ostatnich latach szybko się rozwija i niezwykle pomaga, nie tylko w diagnozowaniu, ale również w monitorowaniu przebiegu choroby. Oczywiście, możemy sięgać po badania rentgenowskie, na których możemy oprzeć się w diagnostyce zapalenia płuc. Są to jednak badania inwazyjne związane z narażeniem na promienie jonizujące.

Jak często chorujemy na zapalenia płuc?

Pozaszpitalne zapalenia płuc stanowią między 5 a 12 przypadków na 1000 osób. W Polsce może chorować 300 000 osób rocznie. Wśród osób powyżej 75. roku życia częstość zachorowań jest znacznie większa i może dochodzić nawet do 30 przypadków na 1000 osób. Co prawda, nie mamy jeszcze pełnych danych z okresu pandemii, wiemy jednak, że wzrosła znamiennie liczba przypadków śmiertelnych związanych z zapaleniami płuc. To efekt nie tylko pandemii, ale również rozwoju antybiotykooporności, która występuje na całym świecie i skutkuje zwiększonym ryzykiem powikłań oraz zgonów naszych pacjentów.

Skoro aż 38% zapaleń płuc ma etiologię wirusową, a wirusów nie leczy się antybiotykami, to skąd ta antybiotykooporność?

Dopóki w wirusowym zapaleniu płuc nie dochodzi do nadkażenia bakteryjnego, rzeczywiście nie powinniśmy stosować antybiotyków. Antybiotykooporność jest zjawiskiem powszechnym i wiąże się nie tylko z wieloletnim nadużywaniem antybiotyków, ale też z używaniem antybiotyków niewrażliwych na dany patogen.

Doprowadziło to do zmniejszenia liczby skutecznych leków i tym samym do wzrostu niepowodzeń terapeutycznych, częstszych powikłań czy zwiększonej śmiertelności. Ta oporność eliminuje z terapii antybiotyki pierwszego wyboru, musimy więc sięgać po tzw. terapie ratunkowe, które są bardziej toksyczne i znacznie bardziej kosztowne. W codziennej praktyce potrzebujemy czułych metod, które pozwolą na skuteczną diagnozę i odpowiednio wczesne wdrożenie leczenia.

Migracje ludzi oraz towarów wpływają na rozwój tego zjawiska, zatem antybiotykooporność staje się problemem globalnym. Powstają ogniska i epidemie wielolekoopornych zakażeń. Obserwujemy również horyzontalne rozpowszechnianie się klonów bakteryjnych wielolekoopornych, czyli przekazywanie genów oporności wewnątrz i między gatunkami bakterii. Jest to więc proces wielopoziomowy, przez który nasze organizmy coraz słabiej odpowiadają na zastosowane antybiotyki.

Czy można oszacować koszty związane z zapaleniami płuc?

Koszty zapalenia płuc powinniśmy podzielić na koszty medyczne – bezpośrednie, związane z samą chorobą – i koszty niemedyczne, pośrednie, które wynikają z powikłań, występowania niepełnosprawności, a zatem i konieczności wypłacania rent i odszkodowań pacjentom, którzy przeszli ciężkie zakażenie. Koszty medyczne obejmują koszty terapii antybiotykiem, zarówno w leczeniu szpitalnym, jak i pozaszpitalnym, koszt hospitalizacji i wszelkiego rodzaju koszty dodatkowe: personelu, badań czy diagnostyki oraz koszty zużytych zasobów. Diagnostyka zapaleń płuc to nie tylko badania radiologiczne i ultrasonograficzne, ale też badania molekularne czy tomografia komputerowa. Mówi się o miliardowych obciążeniach systemowych leczeniem zapalenia płuc.

Ograniczyć te koszty można między innymi dzięki szczepieniom. Nie jesteśmy w stanie uniknąć dzięki szczepieniom wszystkich zapaleń płuc, ale możemy zaszczepić się przeciw patogenom wywołującym inwazyjną chorobę pneumokokową. Dzięki tym szczepieniom możemy uodparniać zarówno dzieci, jak i dorosłych. W Polsce szczepimy od 2017 roku wszystkie nowonarodzone dzieci szczepionką PCV10. Te szczepienia są bezpłatne. Obowiązujące zalecenia rekomendują również szczepienia szczepionką PCV13 osób dorosłych, szczególnie obciążonych chorobami przewlekłymi.

Dzięki wprowadzeniu do programów szczepień ochronnych w grupie najmłodszych (0-2 lat) obserwujemy istotne obniżenie zapadalności na inwazyjną chorobę pneumokokową, na którą składa się nie tylko zapalenie płuc, ale również sepsa pneumokokowa, zapalenie opon mózgowo rdzeniowych czy zapalenie wsierdzia. Ponadto, po wprowadzeniu PCV10 do programu szczepień wśród dzieci do 2. r.ż. obserwujemy spadek częstości występowania ostrego zapalenia ucha środkowego oraz 37-procentowy spadek częstości hospitalizacji z tego powodu wśród dzieci do 3. r.ż. Podkreślenia wymaga również korzystny wpływ szczepionek (PCV10 i PCV13) na spadek częstości występowania zapalenia płuc u dzieci oraz hospitalizacji z nimi związanych.

Poza tym, dochodzi do zmniejszenia częstości występowania chorób pneumokokowych spowodowanych szczepami opornymi na antybiotyki zarówno w populacji dzieci, jak i dorosłych. Co właśnie ciekawe, korzyści odnoszą nie tylko zaszczepione dzieci, ale również dorośli. Jeśli dzieci nie chorują, zostaje przerwana transmisja zakażenia na dorosłych, szczególnie na tych starszych, obciążonych chorobami przewlekłymi. Uzyskujemy przez to poprawę odporności zbiorowej, populacyjnej. Szczepienia przeciw pneumokokom są opłacalne z punktu widzenia systemu ochrony zdrowia. Dzięki nim zyskujemy zmniejszenie zachorowalności i redukujemy powikłania, przez co bezpośrednio wpływamy na redukcję bezpośrednich kosztów medycznych.

Jeśli chodzi o szczepienia dorosłych po 65. roku życia, to są one zalecane szczególnie

u pacjentów obarczonych chorobami przewlekłymi: głównie POChP, ale także cukrzycą, chorobami naczyniowo-sercowymi. Dorosłych szczepi się tylko raz i dzięki tej jednorazowej dawce można uniknąć ciężkiego przebiegu choroby, powikłań czy zgonu. Powinniśmy też szczepić kobiety po 27. tygodniu ciąży, bo to z kolei zabezpiecza noworodki do momentu zaszczepienia ich po urodzeniu.

Skoro mowa o seniorach i kobietach w ciąży, nie mogę nie zapytać o krztusiec…

Przeciw krztuścowi szczepimy od wielu lat dzieci. Zgodnie z kalenadarzem finansowane są szczepienia do 14 r.ż w schemacie podstawowym i dawkach przypominających. Powinniśmy jednak pamiętać o stosowaniu u dorosłych raz na 10 lat dawki przypominającej. Nasza odporność z czasem wygasa i nawet przechorowanie nie daje nam trwałej odporności. Szczepienie przeciw krztuściowi polecane jest głównie osobom starszym, z chorobami przewlekłymi, a także personelowi medycznemu, a od roku 2021 jest zalecane przez GOLD u pacjentów z rozpoznaniem POCHP.

Jaka profilaktyka w czasie pandemii jest najskuteczniejsza?

Ograniczanie kontaktów, reżim sanitarny i profilaktyka pierwotna czyli szczepienia – to daje nam ogromne zyski zdrowotne i ekonomiczne. Przede wszystkim szczepmy się przeciwko chorobie COVID-19. Pamiętajmy o szczepieniu przeciw grypie co roku, o krztuścu co 10 lat, oraz zaszczepieniu się przeciw pneumokokom.

Za nami Światowy Dzień Zapalenia Płuc…

Biorąc pod uwagę zwiększoną liczbę zapaleń płuc w czasie pandemii, powinniśmy przede wszystkim myśleć o prewencji pierwotnej czyli o szczepionkach. Szczepienia, szczepienia i jeszcze raz szczepienia! I oczywiście reżim sanitarny. Tylko to jest w stanie uchronić nas przed zwiększającym się zagrożeniem ciężkiego przebiegu zapalenia płuc.

Prof. Andrzej Matyja: Nie można tak lekceważyć lekarzy

Obecny protest medyków to forma obrony godności zawodu zaufania publicznego i przejaw lojalności wobec pacjentów. Przypisywanie temu działaniu politycznych intencji świadczy o braku zrozumienia specyfiki zawodu medycznego – pisze prezes NRL Andrzej Matyja.

Prof. Andrzej Matyja. Foto: arch. NIL

Hasło „Pacjent w centrum uwagi”, które – jak słyszymy – przyświeca reformatorom polskiej ochrony zdrowia, brzmi obiecująco, ale w praktyce znaczy niewiele.

Gdyby było inaczej, to medycy nie musieliby w akcie desperacji wychodzić na ulice, by walczyć o szacunek i godne warunki pracy, bo nie można deklarować troski o pacjenta, jednocześnie lekceważąc medyków.

Bez nich nie ma leczenia. Kadry medyczne są fundamentem każdego systemu ochrony zdrowia. Przyznają to nawet autorzy rządowych dokumentów, ale w codzienności polskiej ochrony zdrowia trudno znaleźć dowody na potwierdzenie ich słów. Pacjenci i medycy na to nie zasługują.

Zasób cenny, ale lekceważony

W raporcie Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego pt. „Sytuacja zdrowotna Polski i jej uwarunkowania, 2020” czytamy: „Osoby wykonujące zawody medyczne stanowią̨ główny zasób każdego systemu ochrony zdrowia. Trzon systemu opieki zdrowotnej tworzą lekarze, pielęgniarki i położne oraz pozostały personel medyczny. […] Ze względu na rosnące potrzeby zdrowotne oraz znaczny udział osób starszych w populacji niezbędnym jest zapewnienie wykwalifikowanej kadry medycznej”.

Ów „główny zasób” coraz bardziej kurczy się. Rządowe deklaracje o powstrzymaniu tego procesu są fragmentaryczne i nie wróżą szybkiej poprawy, a – co najbardziej bolesne – ten zasób (obecnie to ponad 500-tysięczna armia profesjonalistów) traktuje się instrumentalnie. Tymczasem, trawestując myśl Pliniusza Starszego, który upominał, by dbać o zdrowie, można powiedzieć: dziś dbaj o medyków, byś nie musiał o nich marzyć, gdy będziesz w niemocy.

Co prawda w Polskim Ładzie, sztandarowym dokumencie strategicznym rządu, zdrowie wymienia się jako priorytet, ale przy głębszej lekturze trudno znaleźć na to przekonujące dowody, co zresztą wytknął samorząd lekarski, oceniając to opracowanie.

„Zdrowa przyszłość” z kolei to bardziej opis obecnych niedomagań ochrony zdrowia niż koncepcja skutecznej całościowej terapii. Sami autorzy wskazują przy tym na adresata zastrzeżeń, pisząc: „Kluczową rolę w wytyczaniu polityki zdrowotnej w Polsce odgrywa Minister Zdrowia.

Posiada on również kompetencje regulacyjne”, a więc to do niego skierowana jest uwaga zawarta w tym samym dokumencie: „Dostęp do usług medycznych w Polsce jest dużo bardziej niż w innych krajach uzależniony od sytuacji ekonomicznej pacjenta”. Jak więc w praktyce wygląda realizacja deklaracji o tworzeniu – jak to się określa – pacjentocentrycznego systemu ochrony zdrowia?

Bez medyka nie ma leczenia

Polski pacjent coraz bardziej wypychany jest z publicznej opieki zdrowotnej. Kolejki, długi czas oczekiwania zwłaszcza do specjalistów zmusza go do poszukiwania pomocy na rynku komercyjnym. Pacjenci coraz częściej będą podążać za lekarzami, którzy zniechęceni do pracy w publicznym sektorze znajdą zatrudnienie w sektorze komercyjnym, albo – co gorsza – będą całkowicie nieosiągalni, gdy zdecydują się na emigrację.

W sytuacji, gdy nie mamy masowych ubezpieczeń zdrowotnych, które mogłyby zmniejszać dolegliwości finansowe kosztów leczenia, jesteśmy na prostej drodze do wykluczenia zdrowotnego coraz większej części mieszkańców naszego kraju i pogłębiania nierówności społecznych.

Na tle innych krajów Europy ujętych w Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia (EuroHealth Consumer Index) Polska w 2018 r. plasowała się na 32. miejscu spośród 35 krajów ujętych w badaniu i był to spadek w porównaniu z 2017 r. z miejsca siódmego od końca. Wyprzedziliśmy tylko Albanię, Rumunię i Węgry, a tuż przed nami były Cypr, Bułgaria, Litwa i Grecja.

W rankingu oceniane są m.in. czas oczekiwania na wizytę u lekarza rodzinnego czy na operację, czas oczekiwania na chemioterapię, okres przeżywalności pacjentów onkologicznych, ponadto zakres dostępnych usług, prawa pacjenta i dostęp do informacji, a także profilaktyka.

Tak niska pozycja na pewno nie jest na miarę potrzeb i aspiracji zarówno pacjentów, jak i medyków, a powinniśmy być przygotowani, że po pandemii pomiary indeksu nie będą lepsze, chociażby ze względu na zaciągnięty dług zdrowotny, czy rekordowy wskaźnik zgonów, znacznie przewyższający średnie z ostatnich lat.

Kraje, które wyprzedzają nas w konsumenckiej ocenie jakości (a są to w ścisłej czołówce: Szwajcaria, Niderlandy, Norwegia, Dania, Belgia, a dalej Francja na 11. miejscu, Niemcy na 12., czy najbliższe nam Czechy na miejscu 14.) mają różne rozwiązania systemowe, różne formy finansowania, specyfikę regionalną, kulturową itd. Można jednak dostrzec prawidłowość – wysoka pozycja w rankingu silnie koresponduje z wysokim udziałem wydatków publicznych na zdrowie w PKB i stosunkowo małym udziałem wydatków prywatnych.

Dla przykładu, bliskie nam Czechy z 14. pozycją w rankingu przeznaczają na ochronę zdrowia 7,2 proc. PKB i mają 16,6-procentowy udział wydatków prywatnych na zdrowie. Wg ostatniej dostępnej edycji rankingu Polska wydawała na zdrowie 6,4 proc PKB. Wydatki prywatne stanowiły 31 proc. i były jednymi z najwyższych w UE.

Przyszłość nie wróży poprawy. Zapewne w kolejnym Europejskim Konsumenckim Rankingu Zdrowia wypadniemy jeszcze gorzej ze względu na spodziewany odpływ kadr do sektora komercyjnego lub emigrację.

Liczba praktykujących lekarzy i pielęgniarek w Polsce należy do najniższych w UE. Źródło: OECD/European Observatory on Health Systems and Policies (2019), Polska: Profil systemu ochrony zdrowia 2019, State of Health in the EU, OECD Publishing, Paris/European Observatory on Health Systems and Policies, Bruksela

Jak rodowe srebra

Polska ma jedną z najmniejszych w Europie liczbę lekarzy oraz pielęgniarek na 1000 osób i grupa ta jest zaawansowana wiekowo, a pamiętać trzeba, że gdy wykruszać się będzie doświadczona kadra medyczna w szpitalach, nie będzie miał kto kształcić następców, co dodatkowo pogłębi problemy kadrowe.

Czas potrzebny na przygotowanie fachowego personelu (lekarzy, pielęgniarek, laborantów, ratowników i in.) jest długi; nawet do 10 lat i obejmuje studia oraz szkolenia specjalistyczne. Możliwości sprowadzania z zagranicy takich osób okazały się z wielu względów ograniczone.

Jeśli komuś intuicja nie podpowie, to w każdym podręczniku zarządzania przeczyta, że o cenne i unikalne zasoby trzeba dbać wyjątkowo starannie. Tymczasem polityka prowadzona przez Ministerstwo Zdrowia raczej przeczy tej zasadzie. Lekarzy i inne zawody medyczne traktuje się jak petentów, a nie partnerów. To m.in. doprowadziło do obecnych protestów. Pokłady cierpliwości wyczerpały się.

Od ponad roku porozumienie zawodów medycznych sygnalizowało problemy, apelowało o rzeczywisty dialog. Wcześniej robiły to poszczególne reprezentacje, wśród nich samorząd lekarski. Były dziesiątki pism, apeli do rządu, parlamentu. Były prośby o spotkania. Efekty okazywały się mizerne.

Ministerstwo Zdrowia z uporem forsowało kolejne rozwiązania, mimo ostrzeżeń, że doprowadzą one do konfliktów, niezadowolenia i protestów. Jeszcze w grudniu ub. roku Porozumienie Organizacji Lekarskich sformułowało postulaty w ramach kampanii #LeczymyMimoWszystko. Bo leczyliśmy mimo chaosu organizacyjnego i decyzyjnego, braku zabezpieczeń, decyzji naruszających prawa pracownicze i obywatelskie lekarzy, mimo decyzji finansowych konfliktujących środowisko.

Postulaty były ignorowane. Ostatnio czarę goryczy przepełniły nowe zasady wynagradzania w publicznej ochronie zdrowia, konfliktujące środowiska medyczne, dyskryminujące i niesprawiedliwe. Wiele na ten temat powiedziano i napisano, dość przypomnieć upokarzającą podwyżkę 19 zł brutto dla lekarza specjalisty.

A dzieje się to w sytuacji, gdy Polska ma:

  • znaczny niedobór kadry lekarskiej w przeliczeniu na 1000 mieszkańców w stosunku do średniej OECD36 (2,4 vs 3,5)
  • niewystarczający wzrost liczby lekarzy w sektorze (ledwie zauważalny w latach 2000-2017)
  • najgorsze wynagrodzenia lekarzy specjalistów w relacji do średniej krajowej w krajach OECD36 (Polska – 1,4, Czechy – 2,6, Niemcy – 3,5)
  • ekstremalnie niski (i malejący!) współczynnik zatrudnionych w sektorze opieki zdrowotnej (OECD 36 – 10,1 proc., Polska – 6 proc.).

W naszym kraju:

  • ponad 55 proc. lekarzy jest w wieku powyżej 50 lat, z czego 16 proc. to osoby powyżej 71 r.ż.
  • średni wiek lekarzy wykonujących zawód – ponad 51 lat
  • średni wiek lekarzy specjalistów wykonujących zawód – blisko 56 lat
  • średni wiek lekarzy chirurgów – prawie 59 lat
  • średni wiek pielęgniarek – 53 lata, a położnych – 50 lat
  • lekarska młodzież coraz rzadziej wybiera specjalizacje zabiegowe
  • rosnące zadłużenie świadczeniodawców prowadzi do narastających konfliktów na tle wynagrodzeń i warunków pracy; efektem są masowe odejścia „białego personelu” z pracy, nasilające się protesty.

Powszechną bolączką polskich kadr medycznych są: przeciążenie pracą, wielodniowe lub bardzo liczne dyżury, a także problemy z zapewnieniem ciągłości udzielania świadczeń zdrowotnych. Kumulacja tych problemów wywołuje narastający problem wypalenia zawodowego. To tylko niektóre fakty obrazujące kondycję kadry medycznej w Polsce.

Kiedy medycy powiedzieli „dość”, powołany został wiceminister zdrowia ds. dialogu społecznego, co w kontekście naszych wielomiesięcznych starań o rzeczywisty dialog jest potwierdzeniem, że takiego dialogu brakowało.

Obecny protest medyków to forma obrony godności zawodu zaufania publicznego i przejaw lojalności wobec pacjentów. Przypisywanie temu działaniu politycznych intencji świadczy o braku zrozumienia specyfiki zawodu medycznego. Nazbyt często nieudolność organizacyjną i porażki kolejnych tzw. reform zrzuca się na barki przede wszystkim lekarzy, którzy stają oko w oko z pacjentami i ich rodzinami.

Takiej konfrontacji nie przechodzą urzędnicy i politycy. Oni żyją w innym świecie. Nie są tak jak medycy związani zasadami etyki zawodowej, nie stają się zakładnikami moralnego szantażu i nie stawia się ich w obliczu trudnych moralnych wyborów.

Zapraszamy ich do opuszczenia tej strefy komfortu! Bez takiej zmiany perspektywy trudno będzie o konstruktywny dialog. Forsowanie rozwiązań ponad głowami medyków, skoro to oni są cennym i unikalnym zasobem, to działanie szkodliwe, wynikające z fałszywie rozumianej reformatorskiej misji bardziej w duchu lat 50-tych XX wieku niż trzeciej dekady wieku XXI, gdy jesteśmy już w czasach partycypacji, dialogu, konsensu, a szczególnie dotyczy to tzw. zawodów wiedzy, do których zalicza się medyków.

Partnerstwo i podmiotowość to postulat ponadgeneracyjny, bliski wszystkim, niezależnie od tego, do jakiej grupy się zaliczają – czy są siwowłosymi baby boomers, pokoleniem X czy Y.

Dlatego wszelkie próby anachronicznego podejścia do rozwiązywania problemów ochrony zdrowia i medyków w kategorii konfliktu pokoleń, przeciwstawiania interesów poszczególnych grup zawodowych, wreszcie skłonność do ustawiania w kontrze medyków i pacjentów powinny być z założenia odrzucone, jeśli – jak deklaruje nowo powołany wiceminister zdrowia ds. dialogu społecznego – ma nastąpić odbudowa zaufania.

Andrzej Matyja, prezes NRL

Artykuł ukazał się 28 września 2021 r. w dzienniku „Rzeczpospolita”

Polska Misja Medyczna pomaga w strefie stanu wyjątkowego

Od wtorku Polska Misja Medyczna jest jedyną organizacją, której pracownicy są obecni na terenie objętym stanem wyjątkowym przy granicy polsko-białoruskiej.

Foto: twitter.com/Straz_Graniczna

Wolontariusze współpracujący ze stowarzyszeniem dołączyli do białowieskiej placówki podlegającej szpitalowi w Hajnówce. To do niej trafiają migranci, którym udało się przedostać przez granicę naszego państwa.  

W ramach współpracy, którą Polska Misja Medyczna nawiązała ze szpitalem w Hajnówce, przez ostatnie tygodnie prowadzony był nabór ratowników medycznych i lekarzy (pediatrów, internistów i specjalistów chorób zakaźnych), którzy mają wesprzeć szpital i podlegające mu placówki POZ w Czeremsze i Białowieży.

W Gminnym Ośrodku Zdrowia w Białowieży pracują obecnie dwie wolontariuszki, które zostały tam skierowane przez dyrekcję szpitala w Hajnówce. Do placówki codziennie trafiają osoby wymagające pomocy medycznej. Najczęstsze przypadki związane są z wyziębieniem, otarciami i ranami do opatrzenia. Pacjenci w cięższym stanie są kierowani do szpitala w Hajnówce, jednak – jak podkreśla dyrekcja szpitala – są to pojedyncze osoby.

Przeciwko marginalizacji zdrowia jamy ustnej w polityce państwa

Zdrowa jama ustna to nie tylko zdrowe zęby. Przypominamy o zainicjowanej przez samorząd lekarski kampanii „Trzecie zęby nie wyrosną”.

Mat. prasowe NIL

Celem kampanii społecznej „Trzecie zęby nie wyrosną” jest zwrócenie uwagi na zjawisko marginalizacji zdrowia jamy ustnej w polityce zdrowotnej. Została ona zainaugurowana w połowie września przez Naczelną Radę Lekarską.

To kampania o charakterze propacjenckim, która ma pomóc w przywróceniu właściwego miejsca polskiej stomatologii w ochronie zdrowia, w tym zwróceniu uwagi rządzących na warunki, w jakich przyszło pracować lekarzom dentystom. Poprawy wymaga zarówno dostępność do świadczeń w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia, jak i ich wycena.

– Na całe leczenie stomatologiczne, łącznie z protetyką i ortodoncją, Narodowy Fundusz Zdrowia przeznacza zaledwie 2 procent budżetu – mówi Andrzej Cisło, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, a jednocześnie lekarz dentysta. Stomatolodzy posiadający zawarte kontrakty z NFZ znaleźli się w sytuacji, w której realizacja umów staje się po prostu nieopłacalna m.in. z uwagi na nieustanny wzrost kosztów udzielania świadczeń zdrowotnych. Swoją cegiełkę dołączyła też pandemia.

O problematyce polskiej stomatologii szerzej piszemy TUTAJ.

Krajowa Sieć Onkologiczna. Wyższe nakłady podstawą zmian

Skoncentrowanie opieki onkologicznej może poprawić jej jakość, ale wymaga zwiększenia zasobów kadrowych, lokalowych, wyposażenia i dostępności – wskazuje Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej w stanowisku w sprawie projektu ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej, które bardzo szczegółowo odnosi się do wielu zaproponowanych rozwiązań.

Foto: pixabay.com

Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej po zapoznaniu się z projektem ustawy o Krajowej Sieci Onkologicznej, o którym poinformował Sławomir Gadomski Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia pismem z dnia 29 października 2021 r., znak: OINSO.0210.1.2021, zgłasza następujące uwagi do projektu.

Uwagi ogólne:

Zapewnienie właściwej organizacji opieki onkologicznej w Polsce jest bardzo pilną potrzebą. Podstawą pożądanych zmian musi być bardzo wyraźne zwiększenie finansowania tej opieki ogółem i zapewnienie odpowiedniej wyceny procedur onkologicznych, zachęcającej do inwestowania w placówki Krajowej Sieci Onkologicznej (zwanej dalej: „KSO”), podobnych do finansowania w przypadku chorób serca i układu krążenia, które pozwoliło w wielu zakresach osiągnąć dostępność i poziom świadczeń na wysokim poziomie. To samo należy zrobić w przypadku chorób nowotworowych. Chociaż to choroby serca i układu krążenia pozostają główną przyczyną zgonów, choroby nowotworowe w szybkim tempie im dorównają.

Rozwiązania zaproponowane w projekcie ustawy mają głównie charakter organizacyjny i bardzo ważne jest, aby na ich wykonywanie zapewnić dodatkowe i odpowiednie środki, umożliwiające także zatrudnienie dodatkowych osób, które mają wykonywać zadania opisane w projekcie ustawy. Dążenie do skoncentrowania opieki onkologicznej w Specjalistycznych Ośrodkach Leczenia Onkologicznego (zwanych dalej: „SOLO”) może poprawić jakość opieki onkologicznej, ale wymagałoby znacznego zwiększenia ich zasobów kadrowych, lokalowych, wyposażenia i dostępności. Wyspecjalizowane ośrodki onkologiczne nie są obecnie w stanie zapewnić opieki wszystkim chorym z rozpoznaniem nowotworu i czas oczekiwania na świadczenia onkologiczne jest za długi, co jest główną przyczyną złych wyników leczenia. Przejście do opieki tylko w SOLO i ośrodkach kooperujących powinno odbywać się stopniowo i być dokładnie monitorowane, aby nie pogorszyć i tak już trudnej sytuacji pacjentów onkologicznych.

W projekcie ustawy mowa jest o miernikach oceny opieki onkologicznej (ilościowa ocena dla każdego pacjenta), oraz o wskaźnikach jakości opieki onkologicznej (parametr obejmujący strukturę, proces i wynik). Wskaźniki mają wpływać na finansowanie przez Narodowy Fundusz Zdrowia (zwany dalej: „NFZ”). Przygotowanie, obliczenie, przesłanie dalej mierników i wskaźników ma, według projektu należeć do świadczeniodawcy. Obecnie Obwieszczenie Ministra Zdrowia dotyczy tylko mierników dla raka piersi (Obwieszczenie Ministra Zdrowia z dnia 2 lipca 2018 r. w sprawie zaleceń postępowania dotyczących diagnostyki i leczenia raka piersi (Dz. Urz. MZ.2018.53)). Brak jest natomiast mierników dla pozostałych nowotworów będących przedmiotem szczególnej troski mającej powstać Krajowej Sieci Onkologicznej (rak prostaty, płuca, jajnika, jelita grubego).

NFZ (centrala i oddziały wojewódzkie) dysponuje szczegółową bazą danych przesyłanych obowiązkowo i w sposób jednolity przez świadczeniodawców i ta baza danych powstała w wyniku sprawozdawczości świadczeniodawców powinna posłużyć oddziałom wojewódzkim Funduszu do obliczenia w jednakowy sposób mierników i wskaźników i udostępniania ich w formie ujednoliconych raportów przesyłanych do Centrali NFZ, Ministerstwa Zdrowia i świadczeniodawców. Mogłoby to ułatwić porównywanie efektów uzyskiwanych przez różnych świadczeniodawców i szybszemu wprowadzaniu ewentualnych programów naprawczych. Bardzo potrzebne jest przedstawienie wraz z projektem ustawy projektów aktów wykonawczych, ponieważ od treści tych aktów będzie w istotnym stopniu zależało funkcjonowanie rozwiązań proponowanych w ustawie (np. mierniki i wskaźniki, kryteria kwalifikacji do poziomu SOLO, finansowanie ośrodków doskonałości).

Należy również podkreślić, że w uzasadnieniu do projektu ustawy poruszony został bardzo ważny temat rehabilitacji pacjentów z chorobami nowotworowymi. Jest to jedynie krótka wzmianka w tym temacie bez podania chociażby z jakich środków będzie ona finansowana oraz kto będzie realizował to zadanie.

Uwagi szczegółowe:

 Art. 2 pkt 3- należałoby dokładnie określić, w którym etapie diagnostyki i leczenia oraz w którym podmiocie leczniczym pacjent zostaje objęty opieką koordynatora opieki onkologicznej. Doświadczenia z pilotażu KSO wskazują, że objęcie opieką przez koordynatora powinno nastąpić w podmiocie należącym do KSO po zakończeniu diagnostyki wstępnej. Należałoby również poprawić błąd pisarski i wyrażenie „pomiot leczniczy” zamienić na ”podmiot leczniczy”.

 Art. 2 pkt 11- plan leczenia onkologicznego powinien być sporządzany w SOLO. Wobec powyższego proponuje się dodanie wyrazów „przez SOLO” po wyrazie „sporządzony”.

 Art. 2 pkt 17- w projekcie ustawy brak jest odniesień do projektu ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta. Wskazane byłoby skoordynowanie obu tych projektów.

 Art. 4- przepis ten w połączeniu z art. 36 wskazuje, że zaplanowano stopniowe wprowadzanie KSO, ale zaproponowany okres przejściowy (9 miesięcy) jest za krótki. Konieczność spełnienia kryteriów kwalifikacji do KSO najprawdopodobniej spowoduje zmniejszenie liczby świadczeniodawców i dlatego powinno być wprowadzane stopniowo, zależnie od liczby składających wniosek o zakwalifikowanie do KSO oraz o wyniki monitorowania dostępności świadczeń onkologicznych w SOLO. Okres przejściowy powinien wynosić 2 lata.

 Art. 5 ust. 2 pkt 6 – ocenę satysfakcji pacjentów, dostępności, elementów jakości powinny prowadzić SOLO oraz niezależne podmioty, ponieważ w przypadku świadczeniodawców występuje konflikt interesów oraz działa tzw. „efekt dobrego pacjenta” powodujący, że oceny prowadzone przez świadczeniodawców są z reguły znacznie lepsze niż oceny niezależne i oceny dokonywane po upływie dłuższego czasu od leczenia.

 Art. 7 ust. 2 pkt 6- jeżeli nadzór nad realizacją planów leczenia ma być rzeczywistym nadzorem i pomocą w zapewnieniu jakości należy określić, ilu specjalistów jest potrzebnych do sprawowania nadzoru i ewentualnego rekomendowania modyfikacji planów leczenia.

 Art. 8 ust. 1- kwalifikacja do KSO jest decyzją merytoryczną, która powinna być przede wszystkim oparta na kwalifikacjach kadry, jakości świadczonych usług. W związku z powyższym kwalifikacji powinna dokonywać Krajowa Rada Onkologiczna (zwana dalej: ”KRO”) jak również niezbędne jest także opiniowanie wniosków przez właściwy Wojewódzki Ośrodek Monitorujący (zwany dalej: „WOM”).

 Art. 14 ust. 4- KRO powinna także dysponować niezależnymi danymi dotyczącymi spełniania wskaźników i wydawać opinię nie tylko na podstawie raportów NFZ. Konieczne jest zapewnienie niezależnego od sprawozdawczości i angażującego pacjentów monitorowania efektów wprowadzenia KSO. Dane sprawozdawcze, w tym dane płatnika, nie odzwierciedlają dobrze rzeczywistości i muszą być konfrontowane z danymi uzyskiwanymi z niezależnych badań prowadzonych wśród pacjentów i świadczeniodawców. Ustawa pomija ważną rolę pacjentów w ocenie i kształtowaniu polityki zdrowotnej w zakresie opieki onkologicznej.

 Art. 15 ust. 1- dostęp do danych zintegrowanego systemu informatycznego KSO powinna mieć także KRO.

 Art. 19 ust. 1 pkt 1- sformułowanie co do opieki po zakończonym leczeniu onkologicznym brzmi bardzo nieprecyzyjnie. Dużą część tej aktywności stanowią badania obrazowe (i nie tylko) mające potwierdzić lub wykluczyć podejrzenie nawrotu, różnicować z objawami ubocznymi po leczeniu onkologicznym. Budzi to podejrzenie czy spora część pacjentów nie będzie ponownie kierowana do ośrodków, które prowadziły leczenie onkologiczne, a to z kolei utrudni tym ośrodkom skupienie się na pacjentach „1-szo razowych”, a to ma być- jak wynika z projektu ustawy- główną ich aktywnością.

 Art. 19 ust. 1 pkt 2- przekazanie nadzoru nad realizacją planów leczenia onkologicznego WOM byłoby niewłaściwym rozwiązaniem ze względu na brak ciągłości nadzoru. Jeżeli w tworzeniu planów leczenia, które powinno odbywać się w ramach konsylium (MDT) ma uczestniczyć SOLO III, to dalej ten sam przedstawiciel SOLO III powinien monitorować realizację planu leczenia i ewentualnie zalecać jego modyfikację.

 Art. 22 ust. 2- w skład KRO powinni wchodzić również przedstawiciele przynajmniej samorządu zawodowego lekarzy i lekarzy dentystów oraz samorządu zawodowego pielęgniarek i położnych.

 Art. 22 ust. 7 pkt 6- proponuje się usunąć ten punkt. „Utrata zaufania” jest pojęciem niedookreślonym i może prowadzić do bezpodstawnego i nieuzasadnionego odwoływania członków tej Rady przez ministra właściwego do spraw zdrowia.

 Art. 23- bardzo ważnym zadaniem KRO, którego w projekcie zabrakło, jest opiniowanie finansowania opieki onkologicznej i KSO.

 Art. 23 ust. 1- w praktyce medycznej zawsze istnieją zróżnicowane wytyczne i żadne wytyczne nie mają statusu „jedynie i zawsze słusznych”. Dlatego zadaniem KRO powinno być raczej opiniowanie wskazanych przez Krajowy Ośrodek Monitorujący (zwany dalej: „KOM”) wytycznych i standardów. Nadawanie wytycznym statusu wyłączności jest niebezpieczne dla pacjentów i niezgodne z zasadami praktyki, w której zawsze istnieją zróżnicowane wytyczne i zadaniem KOM i KRO jest wskazanie, które są aktualnie najbardziej polecane, ale żadne wytyczne nie powinny mieć takiego statusu.

 Art. 25 ust. 1 pkt 1- proponuje się dodanie do tego punktu: „albo rozpoznał nowotwór złośliwy lub miejscowo złośliwy”, ponieważ lekarz podstawowej opieki zdrowotnej albo lekarz udzielający ambulatoryjnych świadczeń specjalistycznych może stwierdzić podejrzenie albo rozpoznać nowotwór i w obu przypadkach może wystawić kartę diagnostyki i leczenia onkologicznego (zwaną dalej: „DILO”).

 Art. 25 ust. 4- przepis wskazuje, że pomimo obowiązkowej rejestracji i uzupełniania karty DILO w systemie Narodowego Funduszu Zdrowia nadal ma funkcjonować wersja papierowa. Nie znajduje to uzasadnienia wobec ciągłego procesu cyfryzacji ochrony zdrowia.

 Art. 26 ust. 1- przepis wskazuje, że należy u każdego pacjenta z DILO sporządzić i przekazać kopię dokumentacji medycznej, czyli najczęściej wydrukować i dołączyć do karty DILO całą historię choroby. Wydruki powinny być wykonywane tylko na życzenie pacjenta albo innego uprawnionego podmiotu (np. lekarza POZ) natomiast cała dokumentacja DILO powinna być dostępna w Internetowym Koncie Pacjenta.

 Art. 26 ust. 2- należy ujednolicić ścieżkę pacjenta onkologicznego we wszystkich przepisach z uwzględnieniem okresu obserwacji po leczeniu, w którym nadal bardzo potrzebny jest regularny dostęp do diagnostyki w ramach DILO. Zamykanie karty po zakończeniu leczenia niepotrzebnie powoduje konieczność zakładania nowej w przypadku podejrzenia niewyleczenia/wznowy lub rutynowej, planowej kontroli po leczeniu.

 Art. 27 ust. 2 pkt a- ujednolicanie postępowania stanowiłoby zagrożenie dla jakości opieki. Celem ministra właściwego do spraw zdrowia może być np. „dostosowanie praktyki klinicznej do aktualnych, wysokiej jakości wytycznych postępowania”. Dodatkowo, zadaniem ministra może być opracowanie standardów dotyczących organizacji, wyposażenia, terminów, których należy dotrzymywać w opiece onkologicznej, ale nie opracowywanie wytycznych, które jest pracą naukową opartą na ściśle określonej metodologii. Należy więc rozróżnić organizację i wyposażenie od wytycznych postępowania w praktyce klinicznej i zamiast „opracowuje, zestawienie kluczowych zaleceń dotyczących organizacji i postępowania klinicznego, właściwe dla nich mierniki oceny jakości oraz ścieżki pacjenta dla poszczególnych jednostek chorobowych lub dziedzin medycyny w zakresie świadczeń finansowanych ze środków publicznych.” należy wskazać, że „opracowuje standardy organizacji opieki onkologicznej i wyposażenia placówek KSO, właściwe dla nich mierniki oceny jakości oraz ścieżki pacjenta dla poszczególnych jednostek chorobowych lub dziedzin medycyny w zakresie świadczeń finansowanych ze środków publicznych oraz wykaz rekomendowanych wytycznych postępowania klinicznego.”

Standardy postępowania medycznego nie powinny być pułapką prawną

W piątek Prezydium NRL zaapelowało do parlamentarzystów i do ministra zdrowia o zaprzestanie określania wytycznych i standardów postępowania medycznego w formie aktów prawnych lub komunikatów wydawanych przez organy państwowe.

Foto: Aleksander Zieliński/Kancelaria Sejmu

„Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej apeluje do parlamentarzystów oraz do Ministra Zdrowia o natychmiastowe zaprzestanie określania wytycznych i standardów postępowania medycznego w formie aktów prawnych lub komunikatów wydawanych przez organy państwowe.

Samorząd lekarski przypomina, że określaniem standardów postępowania leczniczego powinny zajmować się wyłącznie medyczne środowiska naukowe, a nie przepisy prawa czy komunikaty wydawane przez organy administracji państwowej. Standardy postępowania medycznego należą do obszaru nauki i wiedzy medycznej, który jest autonomiczny, dlatego powinny być opracowywane przez gremia specjalistów z różnych dziedzin medycyny i w miarę postępów wiedzy okresowo modyfikowane.

Zaprzeczeniem autonomicznego i opartego wyłącznie na aktualnym stanie wiedzy medycznej charakteru standardów medycznych jest określanie ich w formie aktów prawnych przyjmowanych przez polityków poprzez akt głosowania w parlamencie albo w formie rozporządzeń ministerialnych lub też w formie różnego rodzaju komunikatów organów państwowych.

W formie przepisów prawa powszechnie obowiązującego czy komunikatu można określać jedynie aspekty organizacyjne udzielania świadczeń zdrowotnych, w tym np. wymogi dotyczące standardu wyposażenia placówek medycznych.

Świadczenia zdrowotne powinny być udzielane zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, w oparciu o doświadczenie zawodowe lekarza, dostępnymi w danej sytuacji metodami i środkami, z uwzględnieniem sytuacji pacjenta oraz po uzyskaniu jego zgody. Standardy postępowania medycznego określone w drodze przepisów powszechnie obowiązujących lub komunikatów organów państwowych nie uwzględniają tych wszystkich okoliczności.

Samorząd lekarski wskazuje ponadto, że lekarz powinien mieć możliwość korzystania z ustalonych przez towarzystwa naukowe rekomendacji i wytycznych określających najlepsze sposoby postępowania, jednak w sytuacjach, w których należy postąpić nieco inaczej, nie powinien obawiać się, że narusza przepisy powszechnie obowiązujące. Standardy postępowania medycznego powinny być dla lekarza pomocą, a nie pułapką prawną.

Biorąc pod uwagę pogłębiającą się od wielu lat destabilizację systemu opieki zdrowotnej oraz nasilanie się niekorzystnego zjawiska regulowania metod leczenia pacjentów przepisami prawa i komunikatami organów państwowych, samorząd lekarski wyraża gotowość do rzeczowej dyskusji nad właściwą pozycją lekarza i lekarza dentysty w procesie leczenia pacjentów.”.

Przyszłość ustawy o zawodówkach dla lekarzy w rękach prezydenta

Umożliwienie kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów w uczelniach zawodowych doprowadzi do felczeryzacji tych zawodów – ocenia Prezydium NRL i apeluje do prezydenta Andrzeja Dudy o niepodpisywanie ustawy o „zawodówkach” dla lekarzy.

Foto: Eliza Radzikowska-Białobrzeska/KPRP. Źródło: flickr.com/photos/kancelariaprezydentarp

W ubiegłym tygodniu, ku zdumieniu samorządu lekarskiego i wielu lekarzy, którzy mieli nadzieję, że kontrowersyjne przepisy o „zawodówkach” całkowicie przepadły, Sejm przyjął zaproponowane przez Senat poprawki do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce oraz niektórych innych ustaw.

– Zarówno samorząd lekarski, jak i opinia publiczna została oszukana przez rządzących. Jesteśmy zdecydowanie przeciwni tym zapisom, a sposób w jaki je ponownie wprowadzono jest skandaliczny i świadczy o totalnym znieważeniu i zignorowaniu środowiska lekarskiego – komentuje prezes Naczelnej Rady Lekarskiej prof. Andrzej Matyja, który od początku nie zostawiał na pomyśle suchej nitki.

Jeśli uchwalone przepisy wejdą w życie, o pozwolenie na utworzenie studiów wyższych na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym będą mogły się ubiegać akademie nauk stosowanych lub uczelnie zawodowe.

W myśl nowelizacji pozwolenie na utworzenie studiów na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym uzyska uczelnia, która ma kategorię naukową A+, A albo B+ w dyscyplinie nauki medyczne lub w dyscyplinie nauki o zdrowiu lub prowadzi studia na co najmniej jednym kierunku przygotowującym do wykonywania zawodu i ma kategorię naukową w dyscyplinie nauki medyczne lub w dyscyplinie nauki o zdrowiu.

Felczeryzacja ze szkodą dla pacjentów

W piątek Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej zwróciło się do prezydenta Andrzeja Dudy o niepodpisywanie ustawy z dnia 17 listopada 2021 r. o zmianie ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce oraz niektórych innych ustaw.

„Ustawa ta zawiera rozwiązania, które z całą pewnością doprowadzą do obniżenia standardów nauczania zawodów lekarza i lekarza dentysty. Umożliwią one prowadzenie nauczania na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym na uczelniach zawodowych. Uczelnie te w ocenie samorządu lekarskiego nie są przygotowane do zapewnienia poziomu kształcenia niezbędnego dla bezpiecznego wykonywania zawodów lekarza i lekarza dentysty” – wskazuje Prezydium NRL.

Samorząd lekarski podkreśla, że umożliwienie kształcenia lekarzy i lekarzy dentystów na uczelniach zawodowych prowadzi do felczeryzacji tych zawodów, a dopuszczenie do leczenia osób z wykształceniem uzyskanym w uczelni zawodowej podważy zaufanie do wszystkich osób wykonujących te zawody. Prezydium NRL podkreśla, że troska o wysoki standard nauczania lekarzy i lekarzy dentystów to gwarant bezpieczeństwa pacjentów.

Kształcenie lekarza wymaga zaplecza

Jak czytamy w apelu skierowanym do prezydenta, wykształcenie lekarza polega nie tylko wyposażeniu go w kompetencje czysto zawodowe, ale także wychowanie w szerokim kontekście humanistycznym, ze szczególnym zwróceniem uwagi na postawę etyczną, a ten rodzaj wykształcenia możliwy jest do uzyskania tylko w warunkach uniwersyteckich.

Prezydium NRL wskazuje, że zapewnienie odpowiedniej liczby dobrze wykształconych lekarzy i lekarzy dentystów wymaga wielokierunkowej kadry akademickiej, zarówno teoretyków, jak i klinicystów. Kształcenie wymaga również solidnego zaplecza klinicznego, pracowni, zakładów badawczych, laboratoriów, odpowiedniego sprzętu, które mogą być właściwie zapewnione jedynie w dużych ośrodkach miejskich.

„Podkreślenia wymaga również, że przy procedowaniu projektu ustawy doszło do jaskrawego naruszenia prawa. Przepisy przewidujące możliwość kształcenia na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym na uczelniach zawodowych zostały wprowadzone do projektu z naruszeniem podstawowych zasad prawodawstwa, bowiem już po przeprowadzonych konsultacjach publicznych. Takie działanie stanowi pogwałcenie przepisów art. 5 pkt 5 i 16 ustawy z dnia 2 grudnia 2009 r. o izbach lekarskich (Dz.U. z 2021 r. poz. 1342)” – czytamy w apelu Prezydium NRL.

Celiakia zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwory

Celiakia jest chorobą autoimmunologiczną charakteryzującą się nietolerancją roślinnego białka – glutenu. Jedyną metodą jej leczenia jest stosowanie przez całe życie bezglutenowej diety.

Foto: pixabay.com

Szwedzcy badacze przeanalizowali dane ponad 47 tys. chorych na celiakię oceniając ich ryzyko zachorowania na nowotwory.

Wcześniejsza analiza tej grupy chorych wykazała nieznaczne zwiększenie występowania gruczolaków i raków jelita cienkiego w stosunku do zdrowej populacji. Ryzyko to utrzymywało się do dziesięciu lat od rozpoznania celiakii.

Według obecnej analizy względne ryzyko zachorowania na nowotwory u osób z celiakią wynosi 1,11 w stosunku do grupy kontrolnej (mediana czasu obserwacji 11,5 roku). Współczynnik zachorowalności wyniósł w obu grupach odpowiednio 6,5 i 5,7 na 1000 osobolat. Najczęściej rozpoznawano nowotwory przewodu pokarmowego oraz chłoniaki.

Zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwory występowało tylko w pierwszym roku od rozpoznania celiakii. Zjawisko to może mieć kilka przyczyn. Po pierwsze, dieta bezglutenowa zmniejsza stan zapalny przewodu pokarmowego. Po drugie, osoby z rozpoznaniem celiakii podlegają częstszym kontrolom lekarskim i wykonują więcej badań niż osoby zdrowe.

Cytowana analiza wykazała, że pomimo zmniejszenia ryzyka wystąpienia ogółu nowotworów u chorych na celiakię rozpoznaną ponad rok temu, częstość występowania nowotworów hematologicznych oraz raka trzustki i dróg żółciowych była wciąż wyższa niż w ogólnej populacji.

Wzrost ryzyka zachorowania na nowotwory był największy u osób z rozpoznaną celiakią po 60. roku życia, podczas gdy u osób zdiagnozowanych przed 40. rokiem życia był równy populacyjnemu ryzyku. Autorzy badania zauważyli zwiększoną w ostatnich latach częstość rozpoznawania celiakii u osób po 60. roku życia.

Słowa, które leczą

Najnowszy tom poezji „Krajobrazy dni” Anny Pituch-Noworolskiej magnetyzuje już samą okładką. Widnieje na niej obraz Józefa Mehoffera „Słońce majowe”, otwierający przestrzeń na ogród, ze stojącą na tarasie kobietą i oczekującymi w salonie dwiema filiżankami zachęcającymi do dialogu na tematy zwyczajne, ale też trudne, bo transcendentalne i metafizyczne.

Krakowska poetka, profesor immunolog, autorka siedmiu książek, zaprasza czytelnika do mehofferowskiego ogrodu na poetycką kawę, przy której chce opowiedzieć o swoich niepokojach osobistych:

„Moje sny/ to chaos i wiatr/ Moje dni/ To ogród zapomniany/ Czas powoli/ Odsiewa kwiaty/ Od ostów i traw// Idę brzegiem morza/ Złapana w łagodny szum fal/ I nie wiem/ Co jest klejnotem/ A co błyskotką/ W zbiorze chwil/ Które wciąż pamiętam”.

Chce rozmawiać o sprawach wykraczających poza wewnętrzny ogród myśli, czyli o sztuce, podróżach, ulotności życia i zmianach zachodzących w świecie. W wierszu „Umieranie” powie w puencie: „To nie nasz świat…/ Pozostaje pytanie/ Czy mamy jeszcze dokąd uciec”. W poetyckiej rozmowie autorka opowiada się za sztuką klasyczną, dodając przy tym, iż każde dzieło sztuki (obraz, rzeźba) jest dla niej dialogiem ze światem, równowagą pomiędzy tym „co jest szare a piękne”.

Wszystkie wiersze w tomie są pastelowe, subtelne, otwarte na szeroko pojętą zmysłową i intelektualną przestrzeń. Słowa Anny Pituch-Noworolskiej pachną wiosennymi kwiatami, ale też kiściami jarzębin, sugerującymi nieuchronność przemijania. Kolejny spacer po plaży poetka kończy konkluzją: „Drobna fala omywa stopy/ Ona jest wiecznością// Ja – chwilą”. Tom poezji „Krajobrazy dnia” jest osadzony głęboko w sztuce, kulturze. Jest lekturą przestrzenną i ciepłą. Poetka, łącząc mądrość z obrazem, potrafi słowami rzeźbić piękny świat. Jest mistrzynią słowa, które leczy.

Irena Kaczmarczyk

A. Pituch-Noworolska, „Krajobrazy dni”, Kraków 2021, KO ZLP