Główna

Dr Sławomir Badurek: Utopia perfekcjonizmu

Zanim zaczęto je stosować, obiecywano, że rozpędzą pandemię na cztery wiatry. Potem miały chronić przed zachorowaniem. Jeszcze później przed ciężkim przebiegiem i zgonem – pisze dr Sławomir Badurek.

Foto: pixabay.com

Słabnący z miesiąca na miesiąc deklarowany efekt działania szczepionek przeciwko COVID-19 napędzał antyszczepionkowców i zniechęcał do szczepień nieprzekonanych. I jednocześnie stał się kolejnym dowodem, że we współczesnej medycynie panuje kult perfekcjonizmu. Nie powinno to dziwić.

Media nieustannie kreują wzorce w osobach młodych, pięknych, zdrowych, a najlepiej jeszcze do tego bogatych. I przekonują, że w życiu nie ma miejsca nawet na błahe dolegliwości, bo jak tylko się pojawią, trzeba sięgnąć po tabletkę, oczywiście stuprocentowo skuteczną, od razu przywracającą wigor i uśmiech na twarzy.

W sprawach poważniejszych współczesna medycyna wszystko naprawi. A jak nie naprawi, to bardzo prawdopodobne, że zawinił lekarz. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, coraz więcej osób nie jest w stanie uświadomić sobie banalnej prawdy, że wszyscy jesteśmy śmiertelni, a wiele chorób wymyka się spod kontroli i w szybkim tempie rujnuje zdrowie lub zabiera życie. Dziś niemal każda śmierć dziecka z powodu nagłej poważnej choroby kończy się zawiadomieniem prokuratury.

Bardzo często dzieje się tak w przypadku ludzi młodych, czyli według dzisiejszych standardów osób do 40.-45. r.ż. Coraz częściej bliscy osiemdziesięciolatków nie mogą się pogodzić z ich odejściem i doszukują się medycznych zaniedbań nawet wtedy, gdy jedyne, co można było zrobić, to odsunąć śmierć o kilka godzin lub dni. Bo wszystko ma być perfekcyjne, a jak nie jest, to robi się problem, a często dramat.

Obietnice, jakie składano tuż po pojawieniu się szczepionek na rynku dowodzą, że utopia perfekcjonizmu szerzy się nie tylko wśród konsumentów medialnej papki, ale także w kręgach zadeklarowanych zwolenników EBM. Inne są tylko jej źródła. Z jednej strony mamy do czynienia z wybujałymi oczekiwaniami zapatrzonych we wzorzec szpitala w Leśnej Górze oraz nieufnością, a wręcz wrogim nastawieniem do medycyny naukowej odbiorców przekazu szarlatanów celebrytów.

Dla nich każde potknięcie medycyny opartej na faktach jest równoznaczne z jej dyskredytacją. W przypadku profesjonalistów, w szczególności lekarzy, dążenie do perfekcjonizmu wynika z troski o dobro chorego i utożsamiania postępowania zgodnie z najlepszą wiedzą medyczną z wysoką skutecznością.

Bardzo powszechne jest przy tym wśród lekarzy przekonanie, że powinni oni znać precyzyjną i jednoznaczną odpowiedź na każde postawione przez pacjenta pytanie. Co także istotne, w Polsce lekarze pracują pod wymuszoną przez prawo presją perfekcjonizmu. Brak sukcesu może być uznany za błąd, a to grozi odpowiedzialnością karną, cywilną i zawodową, czyli poważnymi sankcjami, a w najlepszym razie długotrwałym i męczącym udowadnianiem własnej niewinności.

Hołdy składane perfekcjonizmowi przez lekarzy to ślepy zaułek z wypaleniem zawodowym na końcu. I jednocześnie próba zaklinania rzeczywistości. Niby każdy wie, że współczesna medycyna jest niedoskonała, a perfekcjonizm jest i będzie dla tej nauki utopią, choćby dlatego, że za swoje największe osiągnięcie, czyli wydłużenie życia, musi płacić cenę w postaci rosnącej liczby chorych przewlekle i cierpiących na powikłania leczenia.

Zbyt mało moim zdaniem mówimy, jak jest, a zbyt często upiększamy. W przypadku szczepionek przeciw COVID-19, zamiast snucia idealistycznych wizji, eksperci od razu powinni przekazać to, co niepodważalne: zaszczepić się zdecydowanie warto, bo pokazują to dziesięciolecia doświadczeń z innymi szczepionkami, ale wirus RNA jest nieprzewidywalny, a choroba nowa, dlatego dopiero przekonamy się, w jakim stopniu uda nam się uchronić przed jej skutkami.

Sławomir Badurek, diabetolog, publicysta medyczny

Kodeks Etyki Lekarskiej. Liczy się perspektywa ex ante

Okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej prowadził postępowanie wyjaśniające w związku z publikacją prasową dotyczącą udzielenia pomocy lekarskiej w SOR szpitala powiatowego.

Foto: pixabay.com

Pacjentka zgłosiła się z powodu bólu zlokalizowanego głównie w nadbrzuszu. Według zapisu w dokumentacji medycznej badanie fizykalne nie wskazywało na ostre zapalenie wyrostka robaczkowego ani inny proces zapalny w jamie otrzewnowej. W badaniach laboratoryjnych krwi stwierdzono leukocytozę.

Wobec braków objawów ostrej choroby narządów jamy brzusznej, pacjentka została wypisana do domu przez lekarza (G.T.) z zaleceniem kontroli u lekarza POZ i w poradni chirurgicznej w ciągu siedmiu dni, wykonania ambulatoryjnie USG jamy brzusznej oraz ponownego zgłoszenia się do SOR w razie nasilenia dolegliwości.

Pacjentka zgłosiła się trzy dni później do poradni chirurgicznej – badający kobietę chirurg skierował ją do szpitala z rozpoznaniem ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Tam na podstawie objawów fizykalnych została zakwalifikowana do operacji. Stwierdzono ostre, zgorzelinowe zapalenie wyrostka robaczkowego z perforacją oraz płyn ropny i ropnie pomiędzy pętlami jelit.

W oparciu o zebrany materiał dowodowy oraz sporządzoną na potrzeby postępowania opinię biegłego, która to wskazywała na niewłaściwe postępowanie lekarza (G.T.) względem pacjentki, OROZ zarzucił obwinionemu lekarzowi, że ten, pełniąc obowiązki lekarza w SOR, postąpił niezgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, nie dochował należytej staranności diagnostycznej leczniczej i zapobiegawczej, co doprowadziło do opóźnienia postawienia prawidłowego rozpoznania i właściwego leczenia.

W związku z opisywanymi wydarzeniami prowadzone było także postępowanie karne. Sporządzone dla jego potrzeb dwie opinie biegłych jednoznacznie akcentowały prawidłowość postępowania obwinionego. Wykorzystano je w postępowaniu przed sądem lekarskim. Okręgowy sąd lekarski uniewinnił lekarza (G.T.) od postawionego mu we wniosku o ukaranie zarzutu, wskazując, że brak było podstaw do przyjęcia, iż proces diagnostyczno-leczniczy przeprowadzony u pokrzywdzonej był nacechowany nienależytą starannością czy tym bardziej błędem w sztuce. OSL nie podzielił argumentacji biegłego powołanego przez OROZ.

Zdaniem sądu, dotknięta ona była wadą polegającą na dokonywaniu oceny sytuacji lekarza leczącego pacjenta z perspektywy ex post a nie ex ante. Wskazano również, że zgromadzony w sprawie materiał dowodowy nie wykazał związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy zachowaniem obwinionego a opóźnieniem rozpoznania ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. Naczelny Sąd Lekarski utrzymał w mocy orzeczenie zaskarżone przez pełnomocnika pokrzywdzonego.

Aleksandra Gil, biuro NROZ

Komentuje Naczelny Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Grzegorz Wrona

Analizując przebieg procesu diagnostycznego pacjentki, chciałoby się zadać pytanie: czy obowiązkiem lekarza badającego chorego w początkowym okresie choroby jest jasnowidztwo?

Odpowiedź nie jest niestety oczywista dla pacjentów stawiających tezę na podstawie niekorzystnych skutków rozwoju choroby, do których dochodzi w przebiegu zbagatelizowania zaleceń lekarza, który rozwój choroby brał pod uwagę. I co najistotniejsze, dał temu wyraz w sporządzonej w trakcie wizyty dokumentacji medycznej, zalecając w szczegółowy sposób czynności, których pacjent (jego opiekun) nie wykonał. Szkoda, że nie dostrzegł tego biegły, sugerując się skutkami choroby.

Warto zauważyć, że udzielenie jednej porady nieobarczonej, co wynika z orzeczenia NSL, błędem lekarskim, może wywołać zaangażowanie lekarza i współpracowników w kilka postępowań. To nasze zawodowe ryzyko, na które się godzimy, chcąc wykonywać zawód zaufania publicznego. W tym przypadku poszukiwanie przez skarżącego winy u innych doprowadziło także do postępowania karnego, w którym winy lekarza nie znaleziono (postępowanie umorzono) i do postępowania przed Rzecznikiem Praw Pacjenta, który stwierdził naruszenie przez podmiot leczniczy prawa pacjenta do świadczeń zdrowotnych i do dokumentacji medycznej.

Takie rozstrzygnięcia RPP są wydawane ostatnio często. Stosunkowo rzadko się zdarza, aby NROZ zmieniał kierunek postępowania ustalony przez OROZ złożonym wnioskiem o ukaranie lekarza i wnosił do NSL o utrzymanie orzeczenia uniewinniającego. Tak się stało wskutek wnikliwej oceny zgromadzonych przez różne organy obfitych danych i rozbieżnych wniosków z nich wynikających. I nie można mieć pretensji do OROZ, że wykonał swoją powinność. O winie lub o braku winy rozstrzyga sąd i w tym przypadku tak się stało. Na prawomocne orzeczenie NSL uznające lekarza za niewinnego może być jeszcze złożona kasacja do Sądu Najwyższego.

Rada lekarska o warunkach zatrudniania lekarzy spoza Unii Europejskiej

Staż adaptacyjny, nauka języka polskiego i szkolenia z zakresu uwarunkowań administracyjnych – to jedne z najważniejszych elementów pozwalających lekarzom spoza UE samodzielnie wykonywać zawód w Polsce.

Foto: pixabay.com

Samorząd lekarski sprzeciwia się dopuszczaniu lekarzy z zagranicy do wykonywania zawodu w Polsce na zasadach innych niż wypracowane do tej pory, bo to byłoby równoznaczne z istotną deregulacją zasad wykonywania zawodu – czytamy w stanowisku podjętym 21 marca przez Prezydium Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie.

W obliczu znacznego wzrostu obciążenia placówek ochrony zdrowia w Polsce, wynikającego z napływu ogromnej rzeszy uchodźców zza naszej południowo-wschodniej granicy, niezbędne są zdecydowane działania. Warto pamiętać o tym, że bez wiedzy o funkcjonowaniu naszego systemu, żaden lekarz nie będzie w stanie prawidłowo wystawiać recept, skierowań i kierować pacjenta w sposób najbardziej efektywny zarówno zdrowotnie, jak i kosztowo – wskazuje Prezydium ORL w Warszawie.


Stanowisko Prezydium ORL w Warszawie w sprawie warunków zatrudniania lekarzy spoza UE

Jednym z kluczowych aspektów zawodowego funkcjonowania lekarzy jest umiejętność nawiązania relacji lekarz-pacjent na poziomie zapewniającym zaufanie i komfort obu stronom. Nie jest możliwe nawiązanie takiej relacji w pełni, bez płynnego, werbalnego kontaktu, co pozostaje wprost powiązane ze znajomością języka polskiego.

Aktualne rozwiązania legislacyjne w wielu krajach Unii Europejskiej zakładają zatrudnianie wyłącznie lekarzy, którzy wykażą się znajomością języka na poziomie niemal akademickim. W zestawieniu z tymi warunkami, aktualny kształt analogicznych przepisów wprowadzonych przez władze RP wydaje się karykaturalny i w taki sposób jest też traktowany przez wielu lekarzy obcokrajowców aplikujących o uzyskanie Prawa Wykonywania Zawodu.

W Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie niejednokrotnie spotykamy się z aplikacjami lekarzy, którzy składają oświadczenie o znajomości języka polskiego, jednak w trakcie zwykłych czynności administracyjnych porozumiewają się z pracownikami izby jedynie za pośrednictwem tłumacza. Wyrok Sądu Najwyższego z grudnia 2021 r. podający w wątpliwość uprawnienie izb lekarskich do weryfikacji znajomości języka polskiego, w szczególności wobec braku publikacji uzasadnienia do wyroku, jedynie pogłębia trudności w opisanym zakresie.

Wszystkie kraje kształtują w odmienny sposób swoje systemy opieki zdrowotnej. Potrzeba czasu, by nauczyć się poruszać po danym systemie, w szczególności po systemie tak nieprzyjaznym administracyjnie jak polski. Niemniej jednak kluczową kwestią są różnice merytoryczne pracowników, wynikające z różnych systemów kształcenia przed- i podyplomowego. Nawiązując do kształcenia w Ukrainie, uwagę zwracają przede wszystkim brak stażu podyplomowego i krótsze kształcenie specjalizacyjne. Sądzimy, że nie bez znaczenia pozostaje również brak w tym kraju odpowiednika izb lekarskich.

Wskazane powyżej czynniki przekładają się w sposób bezpośredni na aspekt samodzielności przyjezdnych lekarzy. Samorząd lekarski nie akceptuje dopuszczenia lekarzy z zagranicy do wykonywania zawodu w Polsce na zasadach innych niż wypracowane do tej pory. Odejście od nich byłoby bowiem równoznaczne z istotną deregulacją zasad wykonywania zawodu, za które jako samorząd czujemy się odpowiedzialni moralnie, etycznie i merytorycznie.

Deklarujemy otwartość wobec lekarzy przyjezdnych, chcących dołączyć do lokalnej społeczności lekarskiej, jednak musi odbywać się to w zgodzie z powszechnie akceptowanymi przez nią zasadami – nie widzimy możliwości rezygnacji z konieczności odbycia stażu adaptacyjnego przez tych lekarzy, jak też rezygnacji z wymogu opanowania języka polskiego w stopniu umożliwiającym płynną komunikację z pacjentem i współpracownikami.

Odnosząc się do pomysłu zapewnienia jedynie infrastruktury, by lekarze z Ukrainy leczyli bezpośrednio tylko uchodźców (pacjentów) z Ukrainy, wskazujemy, że koncepcja ta, choć wydaje się częściowo uzasadniona, jest krótkowzroczna. Biorąc pod uwagę fakt, że lekarze w krajach dotkniętych wojną są objęci powszechną mobilizacją, należy liczyć się z tym, że lekarze, którym udało się opuścić strefę objętą działaniami wojennymi (należy wziąć pod uwagę również spektrum posiadanych przez nich specjalizacji) nie są w stanie zapewnić pełnej, płynnej opieki nad dodatkowymi pacjentami.

Siłą rzeczy pacjenci ci będą obejmowani opieką przez polskich lekarzy, ale również przez pozostałe zawody medyczne (np. fizjoterapeutów, logopedów, psychologów itp.). Pacjenci ukraińscy muszą być kierowani do polskiego systemu ochrony zdrowia tak samo sprawnie jak pacjenci polscy, a lekarz-uchodźca bez znajomości systemu nie jest w stanie prawidłowo wystawiać recept, skierowań i kierować pacjenta w sposób najbardziej efektywny zdrowotnie i kosztowo.

Podsumowując, wobec znacznego wzrostu obciążenia placówek ochrony zdrowia w Polsce, niezbędne są zdecydowane i adekwatne działania, które pozwolą przyjezdnym lekarzom spoza UE samodzielnie wykonywać zawód w Polsce. Kluczowe elementy to: staż adaptacyjny, nauka języka polskiego oraz szkolenia z zakresu uwarunkowań administracyjnych naszego systemu ochrony zdrowia. Samorząd lekarski widzi w tych działaniach miejsce dla siebie i deklaruje gotowość współpracy po ustanowieniu przedstawionych warunków.

Koniec maseczek, izolacji i kwarantanny? Minister zdrowia podjął decyzję

W dniu 28 marca zniesiemy, poza podmiotami leczniczymi, obowiązek noszenia maseczek – poinformował w czwartek minister zdrowia Adam Niedzielski. Dodał, że rekomenduje ich zakładanie w miejscach dużych skupisk ludzkich.

Minister zdrowia Adam Niedzielski. Foto: MZ

– Znosimy także izolację i kwarantannę. Pacjenci zidentyfikowani jako pozytywni, będą musieli sami się izolować w domu – powiedział minister zdrowia Adam Niedzielski w trakcie czwartkowej konferencji prasowej.

Dzisiejsze przypadki zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2 to blisko 26 proc. mniej niż tydzień temu. – Tempo spadku zmalało, ale od czterech dni jest przyśpieszenie, większe niż nawet 20 proc. Wczoraj średnia liczba spadła poniżej 10 tys. – poinformował szef resortu zdrowia.

Zarówno sytuacja międzynarodowa, jak prognozy są pozytywne. Przewidujemy, że do końca kwietnia będziemy mieli redukcję zakażeń i hospitalizacji. Jeśli jest więcej zakażeń, nie widać zwiększonej liczby hospitalizacji. Wielka Brytania i Niemcy notują więcej zakażeń, ale podjęły decyzję o zniesieniu wszystkich obostrzeń – powiedział minister zdrowia.

Zapewnił, że w ostatnim czasie bacznie obserwowano sytuację epidemiczną w kontekście powrotu dzieci do szkół i dużego napływu uchodźców z Ukrainy. – Z naszej perspektywy oba zjawiska nie przyczyniły się do przełamania tendencji spadkowej. Przyspieszenie spadków widać też na poziomie zleceń – powiedział minister Adam Niedzielski.

– Jeżeli będą pojawiały się ogniska i będziemy mieli do czynienia z jakimiś lokalnymi zjawiskami epidemicznymi, to Sanepid cały czas posiada uprawnienia do tego, żeby nakładać kwarantannę i decydować o izolacji – zaznaczył minister zdrowia.

Dodał, że w Polsce wykonywana jest duża liczba testów, a wariant Omikron okazał się mniej dolegliwy niż początkowo sądzono. – Najważniejszym elementem jest jednak sytuacja w szpitalach. Mimo zdecydowanie większej liczby zakażeń w trakcie piątej fali, mieliśmy maksymalnie 20 tys. hospitalizacji – dodał.

Alkohol bezpośrednią przyczyną zachorowań na nowotwory

Alkohol odpowiada za 3 mln zgonów rocznie na świecie, w tym 400 tys. z powodu chorób nowotworowych. Według niektórych szacunków w czasie pandemii jego sprzedaż wzrosła, np. w Wielkiej Brytanii aż o ok. 25 proc.

Foto: pixabay.com

Spożywanie alkoholu wiązano dotychczas ze zwiększonym ryzykiem rozwoju siedmiu nowotworów: raka piersi, jelita grubego, jamy ustnej, przełyku, krtani, gardła i wątroby. Nie udowodniono jednak czy alkohol jest bezpośrednią przyczyną rozwoju nowotworów, czy też niezbędne jest jego współdziałanie z innymi czynnikami ryzyka, takimi jak papierosy lub nieprawidłowa dieta.

Odpowiedzi na to pytanie dostarcza wynik badania opublikowanego w „International Journal of Cancer”, analizującego próbki DNA ponad 150 tys. Chińczyków. Azjaci często posiadają warianty genów dehydrogenazy aldehydowej 2 (ALDH2) i alkoholowej 1B (ADH1B), biorących udział w metabolizmie etanolu.

Ich uszkodzenie skutkuje zwiększeniem stężenia we krwi metabolitu etanolu – aldehydu octowego, który jest znanym karcynogenem. Klinicznie warianty te objawiają się nietolerancją alkoholu i występowaniem objawów zatrucia po spożyciu jego niewielkich ilości. Częstość występowania wariantów ALDH2 i ADH1B w badanych próbkach wyniosła odpowiednio 21% i 69% (w populacji europejskiej jest to odpowiednio około <0.004% i 1%).

Badacze postanowili użyć obecności tych wariantów jako surogatu mniejszego spożycia alkoholu. Wyniki analizy próbek DNA zestawiono z wynikami ankiet, w których uczestnicy przed rozpoczęciem badania oraz przez 11 lat jego trwania raportowali spożycie alkoholu. Spośród 150 722 osób włączonych do badania, u 9339 rozpoznano nowotwór. Obecność wariantu silnie wiązała się z małymi ilościami spożywanego alkoholu.

Osoby z wariantem ADH1B miały o 13-25% mniejsze ryzyko zachorowania na nowotwory, w tym nowotwory związane ze spożywaniem alkoholu (szczególnie nowotwory rejonu głowy i szyi oraz raka przełyku). Obecność wariantu ALDH2 wiązała się ze zmniejszeniem ryzyka zachorowania na nowotwory o 14%, a na nowotwory zależne od alkoholu o 31%. Chorzy nadużywający alkoholu, pomimo posiadania wariantu, mieli istotnie zwiększone ryzyko zachorowania na nowotwory głowy i szyi oraz przełyku.

Wyniki badania nie zmieniły się po uwzględnieniu innych czynników ryzyka rozwoju nowotworów, takich jak palenie papierosów, dieta, aktywność fizyczna, obciążenia rodzinne czy masa ciała.

Odpowiedzialność zawodowa: zadania rzecznika w dobie pandemii

Pandemia COVID-19 jest z nami od dwóch lat i zmieniła funkcjonowanie cywilizacji światowej w sposób istotny. Wystarczy spojrzeć na obszar edukacji (szkolnej i akademickiej), pracę biurową, turystykę, funkcjonowanie transportu pasażerskiego, łańcuchy dostaw dla przemysłu. Zmieniła też funkcjonowanie lecznictwa, zarówno szpitalnego, jak i otwartego.

Dr hab. Teresa Gardocka. Foto: SWPS

Nikt dziś nie kwestionuje konieczności dopuszczenia teleporad, istnienia szpitali covidowych, konieczności selekcjonowania chorych wymagających podłączenia do respiratora czy do innych skomplikowanych urządzeń ratujących życie. A przecież przed pandemią kwestie te były przedmiotem dyskusji, czy i jak szeroko mogą funkcjonować w lecznictwie.

Wprowadzono do obowiązującego prawa tzw. klauzulę dobrego Samarytanina, zapewniającą lekarzowi ochronę przed odpowiedzialnością karną, gdy szkoda powstanie skutkiem błędu wynikającego z niedostatecznego przygotowania do wykonywania powierzonych mu w czasie pandemii zadań. Rozgorzała również gwałtowna, publiczna, często nierozważna, dyskusja w przedmiocie szczepień ochronnych, dotyczących przede wszystkim szczepień przeciwko COVID-19.

NROZ a OROZ

Wszystko to nadało nowy wymiar roli rzeczników odpowiedzialności zawodowej lekarzy, a przede wszystkim roli Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, który z pewnością ustala trendy w zakresie odpowiedzialności, bo w tym obszarze działania jest podobnie jak w prokuraturze, gdzie niezależność musi być ograniczona.

Za ograniczoną niezależnością wszelkich organów ścigania (karnego, dyscyplinarnego, zawodowego) przemawia to, że w zakresie wszczynania postępowań o czyn zasługujący na ukaranie nie może być znaczących różnic w obrębie państwa. Dlatego NROZ ma tu rolę istotną, nie tylko administracyjnie (w sensie nadzoru nad pracą rzeczników okręgowych), ale również merytorycznie (w sensie określania zakresu czynów podlegających ukaraniu), co jest szczególnie ważne przy dość ogólnych sformułowaniach Kodeksu Etyki Lekarskiej i jednocześnie szybko zmieniającej się rzeczywistości.

Naczelnemu Rzecznikowi przysługuje również prawo wnoszenia kasacji do Sądu Najwyższego, a warto pamiętać, że przysługuje ona w postępowaniu zawodowym również od wymiaru kary. Wpływ rzeczników na wymiar kary, przy niezawisłości sędziów sądów lekarskich, wywierany jest przez żądanie określone we wniosku o ukaranie. Żądanie wprawdzie sądu bezwzględnie nie wiąże, ale rzadko zdarza się, by orzekł on karę ponad żądaną we wniosku rzecznika. Dotyczy to na równi sądów lekarskich i powszechnych.

Zakres odpowiedzialności

Odpowiedzialność zawodowa lekarzy tym różni się od odpowiedzialności dyscyplinarnej, że dotyczy przewinień ściśle związanych z wykonywaniem zawodu, zatem jej zakres jest inny niż np. w przypadku sędziów, którzy również w życiu prywatnym są zobowiązani do zachowania tzw. godności zawodu pod sankcją w postaci kary dyscyplinarnej. Czym są więc przewinienia zawodowe, za które lekarz ponosi zawodową odpowiedzialność?

Dotychczas były to przede wszystkim błędy medyczne różnego rodzaju (diagnostyczne, terapeutyczne), zaniedbania w leczeniu prowadzące do niekorzystnych dla pacjenta skutków, nieprzestrzeganie określonych procedur oraz naganny stosunek do pacjenta w procesie leczenia, wykonywanie zabiegów zakazanych przez prawo (np. niedozwolonego przerywania ciąży, trwałego pozbawienia płodności w celu antykoncepcyjnym).

Za naganne uważa się nie tylko niegrzeczność, brutalność, nieudzielanie informacji, ale również stosunek zbyt bliski, nadmierną poufałość lub romans, a także np. wchodzenie z pacjentem w układy finansowe, jak i zaciąganie pożyczek, otrzymywanie darowizn itp.

Nowa rzeczywistość

Pandemia spowodowała gwałtowny wzrost aktywności ruchu antyszczepionkowego, niestety jego zwolennicy są także wśród lekarzy. Zapewne ich odsetek nie jest znaczny, ale ich głos, a właściwie donośność tego głosu i jego siła, są znaczące. Konstytucja RP wśród praw i wolności wymienia wolność słowa (art. 54 ust. 1 – „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów…”).

Czy wobec takiego przepisu możemy twierdzić, że lekarz głoszący szkodliwość szczepień przeciwko COVID-19 popełnia przewinienie zawodowe, chociaż inny człowiek, który by tak twierdził, nie robi nic prawnie nagannego (a tylko możemy oceniać, że postępuje głupio i w wymiarze społecznym szkodliwie)?

Ruchowi antyszczepionkowemu wśród lekarzy warto się przyjrzeć przez pryzmat art. 1 ust. 3 KEL („Naruszeniem godności zawodu jest każde postępowanie lekarza, które podważa zaufanie do zawodu”) oraz art. 4 KEL („Dla wypełnienia swych zadań lekarz powinien zachować swobodę działań zawodowych, zgodnie ze swoim sumieniem i współczesną wiedzą medyczną”).

Lekarz ma prawo zachować swobodę działania, zgodnie ze swoim sumieniem i współczesną wiedzą medyczną. Sumienie lekarza jest rzeczą indywidualną, natomiast wiedza medyczna jest jedna. Dopuszcza dyskusję, jak każda wiedza – póki nie zostanie ugruntowana. Ugruntowanie wiedzy, nie tylko medycznej, wymaga lat – wielu lat badań, obserwacji, ustalania trendów, statystyk.

Dyskusja naukowa nie może mieć wymiaru propagandowego, a naukowy, oparty na rzeczowych argumentach za i przeciw. Nie może przy tym toczyć się publicznie i posługiwać się argumentami głównie emocjonalnymi, bo takie przede wszystkim trafiają do ludzi.

W obecnej sytuacji nie ma rzeczowych medycznych argumentów przeciw powszechnym szczepieniom. A są ważne argumenty za ich powszechnością. Zniechęcanie do szczepień przez lekarzy, szczególnie gdy ma miejsce publicznie, jest działaniem wbrew współczesnej wiedzy medycznej, podważa zaufanie do lekarzy propagujących i wykonujących szczepienia i jest wbrew interesom społeczeństwa, zarówno grupowym, jak i indywidualnym.

Nie mieści się w gwarantowanej konstytucyjnie wolności wyrażania poglądów, bo w przypadku lekarzy ogranicza tę wolność poprzez konieczność zawarcia się głoszonych przez nich poglądów w ramach współczesnej wiedzy medycznej. Walka z głupotą ma więc wyraźną podstawę prawną w Kodeksie Etyki Lekarskiej. Działanie lekarzy antyszczepionkowców stanowi przewinienie zawodowe, które musi być ścigane w ramach postępowania zawodowego. I jest to niewątpliwie nowe zadanie rzeczników odpowiedzialności zawodowej lekarzy w czasie pandemii.

Rola niewdzięczna i trudna, bo dotyczy części środowiska przekonanej o swej racji, której trudno jest udowodnić społeczną szkodliwość ich działania. Odrębną kwestią prawną jest zagadnienie, czy zgodne z Konstytucją RP byłoby wprowadzenie powszechnego obowiązku/przymusu szczepień oraz czy dopuszczalne jest ograniczanie w przestrzeni publicznej praw osób niezaszczepionych.

Także wyznaczenie granic nieodpowiedzialności za błąd medyczny, wynikającej z wprowadzenia do prawa klauzuli dobrego Samarytanina, jest zadaniem najpierw rzeczników, a dopiero potem sądów lekarskich. Postępowanie zawodowe jest skargowe. Nie może ponieść odpowiedzialności lekarz, który nie został postawiony w stan oskarżenia. To jednak zagadnienia odrębne, tu tylko sygnalizowane, zasługujące na oddzielne rozważania zarówno medyczne, jak i prawne.

dr hab. Teresa Gardocka, prof. Uniwersytetu SWPS, dyrektor Instytutu Prawa USWPS


Klauzula dobrego Samarytanina

Przede wszystkim sama klauzula miała stanowić zabezpieczenie dla lekarza postawionego w miejscu, gdzie ma pełnić zadania przekraczające jego formalnie potwierdzone kompetencje, przed odpowiedzialnością karną. Warto zastanowić się, czy jest to ochrona skuteczna, czy dotyczyć powinna również odpowiedzialności zawodowej, czy w zgodzie z etyką lekarską nie byłoby raczej niepodejmowanie określonych zadań, gdy brakuje kompetencji.

Także analiza sytuacji w oddziałach covidowych, szczególnie tych, gdzie umiera niemal 100 proc. pacjentów podłączonych do respiratorów, wydaje się bardziej należeć do rzeczników odpowiedzialności zawodowej niż do Rzecznika Praw Obywatelskich (który właśnie podjął działania zmierzające do uzyskania wyjaśnień od lekarzy zarządzających tymi oddziałami).

Odpowiedź na pytanie, na ile triage, stosowany dotychczas w szpitalnych oddziałach ratunkowych, może być stosowany w oddziałach covidowych przy większej liczbie pacjentów niż dostępnych urządzeń, wydaje się też być oczekiwane przede wszystkim od rzeczników odpowiedzialności zawodowej.

Lista Stu. Prezes NRL drugi raz wśród najbardziej wpływowych osób

Drugi raz z rzędu prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja zajął trzecie miejsce w plebiscycie „Lista Stu” – najbardziej wpływowych osób w polskiej medycynie i polskim systemie ochrony zdrowia, organizowanym przez „Puls Medycyny”.

We wczorajszym przemówieniu prezes NRL podkreślił, że przyjmuje to wyróżnienie w imieniu całego środowiska lekarskiego „jako docenienie trudu i stanięcia na wysokości zadania” oraz „dowód” że jego głos „jest słyszalny”.

– To piękne uwieńczenie mijającej kadencji obecnego kierownictwa samorządu lekarskiego. To znak, że zdaliśmy egzamin i godnie reprezentowaliśmy lekarzy i lekarzy dentystów – mówił w prof. Andrzej Matyja.

– Skutecznie walczyliśmy i walczymy o ich potrzeby i prawa. Opinia publiczna usłyszała nasz głos i wie, że warto z nami rozmawiać i że rozmowy z samorządem są rozmowami merytorycznymi. Mam nadzieję, że jeszcze bardziej wybrzmi to, że medycy są od leczenia i nie odpowiadają za organizację systemu ochrony zdrowia w naszym kraju. To nasi rządzący mają tu pole do popisu – podkreślił prezes NRL.

Dodał, że wszyscy lekarze i lekarze dentyści codziennie walczą o życie i zdrowie nas wszystkich. – Walczą z pandemią, która się jeszcze nie zakończyła ani u nas, ani na świecie, a teraz pomagają uchodźcom uciekającym przed wojną w Ukrainie – mówił prof. Andrzej Matyja.

Sylwetka prof. Andrzeja Matyi

Prof. Andrzej Matyja jest specjalistą chirurgii ogólnej i onkologicznej, nauczycielem akademickim na Uniwersytecie Jagiellońskim, kierownikiem Kliniki Chirurgii Ogólnej, Obrażeń Wielonarządowych i Medycyny Ratunkowej UJ CM, kierownikiem Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej, Onkologicznej, Metabolicznej i Stanów Nagłych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie oraz wieloletnim działaczem samorządu zawodowego lekarzy i lekarzy dentystów.

Od 4 lat jest prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej. W historii samorządu lekarskiego jako pierwszy prezes NRL znalazł się na podium (miejsce nr 3) najbardziej wpływowych osób w polskim systemie ochrony zdrowia. Co więcej, prof. Andrzej Matyja utrzymał tę pozycję od zeszłego roku.

Lista Stu 2021 – kategoria System ochrony zdrowia

W tegorocznym plebiscycie na 1. miejscu uplasował się wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, na 2. miejscu – dr Paweł Grzesiowski, ekspert NRL ds. walki z COVID-19, który również obronił pozycję z zeszłego roku. Minister zdrowia Adam Niedzielski, który rok temu był pierwszy, spadł na 7. pozycję.

Na liście znaleźli się również członkowie NRL: wiceprezes NRL Artur Drobniak – 41. miejsce, prezes ORL w Warszawie Łukasz Jankowski – 42. miejsce, członek Prezydium NRL Michał Bulsa – 90. miejsce. Nie zabrakło przedstawicieli innych samorządów medycznych: prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych Zofia Małas – 12. miejsce, prezes Krajowej Rady Fizjoterapeutów Maciej Krawczyk – 22. miejsce, prezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych Alina Niewiadomska – 26. miejsce, prezes Naczelnej Rady Aptekarskiej Elżbieta Piotrowska-Rutkowska – 28. miejsce.

W ocenie prezesa NRL tak wysokie miejsca przedstawicieli samorządów medycznych w słynącym z mocnej rywalizacji plebiscycie, świadczą o ich rosnącym wpływie na polską ochronę zdrowia. To również dowód na to, że – jak powiedział prof. Andrzej Matyja – głos medyków jest coraz bardziej słyszalny w opinii publicznej.

Nowość w NIL. Szkolenia dla lekarzy na żądanie

Ośrodek Doskonalenia Zawodowego Lekarzy i Lekarzy Dentystów Naczelnej Izby Lekarskiej wprowadza możliwość organizacji szkoleń na żądanie.

Foto: ODZ NIL

Będą one organizowane przez Ośrodek Doskonalenia Zawodowego NIL dla konkretnych grup lekarskich w dogodnym dla uczestników czasie.

Mogą to być warsztaty online lub stacjonarne, pozwalające m.in. na integrację zespołu, wypracowanie dobrych warunków współpracy, przepracowanie konkretnych problemów i przyswojenie konkretnej wiedzy, co z pewnością przełoży się na lepszą efektywność pracy.

Jak to działa? Na stronie internetowej https://nil.org.pl/dzialalnosc/osrodki/osrodek-doskonalenia-zawodowego/szkolenia-na-zadanie z pliku „Oferta szkoleń” trzeba wybrać interesujący temat, a następnie zgłosić na adres odz@hipokrates.org konkretną grupę lekarzy, którzy chcieliby zdobyć dodatkową wiedzę.

Data spotkania zostanie wybrana wspólnie z wykładowcą. Szkolenia mogą odbyć się online (w siedzibie ODZ NIL) lub w miejscu wskazanym przez grupę. Szczegółowych informacji udziela pracownik Ośrodka Doskonalenia Zawodowego NIL – wystarczy skontaktować się pod wskazany wyżej adres e-mail.

Przez zęby do szczęścia. Światowy Dzień Zdrowia Jamy Ustnej

Obchodzony 20 marca Światowy Dzień Zdrowia Jamy Ustnej w tym roku odbył się pod hasłem „Be Proud of Your Mouth for your happiness and well-being” („Bądź dumny ze swojej jamy ustnej dla własnego szczęścia i dobrego samopoczucia”) – pisze Lucyna Krysiak.

Foto: facebook.com/FDIWorldDentalFederation/

Tak sformułowana maksyma wydaje się dość szeroka, kryją się jednak za nią konkretne problemy dotyczące uzębienia i ich związku ze stanem zdrowia całego organizmu.

Świadomość zagrożeń

W związku z ŚDZJU 2022 FDI zachęca do podjęcia wytężonych działań edukacyjnych, które pozwolą uporać się z problemem zaniedbań dotyczących zdrowia jamy ustnej w skali globalnej, a Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) przypomina, że problemy te w ogromnym stopniu wpływają na emocjonalne, społeczne, psychiczne i ogólne samopoczucie obywateli.

Eksperci w tej dziedzinie zwracają też uwagę, że toczące się procesy zapalne w jamie ustnej (próchnica czy zapalenie dziąseł) przyczyniają się do powstawania wielu chorób ogólnoustrojowych, które wpływają na komfort życia całych populacji. Mogą też one wywoływać powikłania i przyczyniać się do osłabienia skuteczności stosowanych terapii.

Nieleczone zmiany chorobowe w jamie ustnej mają także związek z innymi poważnymi problemami zdrowotnymi. W ostatnich latach naukowcy dowiedli, że zapalenie przyzębia zwiększa ryzyko wystąpienia choroby Alzheimera, ponieważ bakterie Porphyromans gingivalis, odpowiedzialne za powstawanie ciężkich chorób przyzębia, mogą przenikać do krwiobiegu, przekroczyć barierę krew-mózg i zapoczątkować uszkodzenie tkanki mózgowej. Z nieleczonymi chorobami jamy ustnej wiąże się także m.in. zagrożenie zapaleniem mięśnia sercowego, zatok, cukrzycą, chorobami nerek, narządu ruchu, alergiami.

Anna Lella, członek Zarządu World Dental Federation (FDI) mówi, że organizatorom Światowego Dnia Zdrowia Jamy Ustnej zależy, aby tymi tematami zainteresować jak największą rzeszę osób, głównie tych związanych zawodowo z medycyną, a więc lekarzy różnych specjalności, pielęgniarki i położne, którzy są w codziennym kontakcie z pacjentami i mogą wpływać na ich zachowania prozdrowotne, sposób myślenia, reagowania, ale też polityków czy organizatorów systemów opieki zdrowotnej, od których w dużym stopniu zależy dostępność do leczenia i jego finansowania. W podnoszeniu świadomości na temat zależności ogólnego stanu zdrowia od stanu zdrowia jamy ustnej FDI widzi także potrzebę włączenia do działań edukacyjnych studentów szkół medycznych i młodzieży szkolnej.

To nie jest święto dla święta

– To nie jest święto dla święta. Naszym celem jest, aby poprzez dziennikarzy, decydentów i osoby wykonujące zawody medyczne dotrzeć z wiedzą do jak największej liczby zwykłych ludzi – podkreśla Anna Lella. Chodzi o to, aby zainteresowanie tematem nie miało charakteru akcyjnego związanego z obchodami Światowego Dnia Zdrowia Jamy Ustnej, ale przerodziło się w codzienne prozdrowotne nawyki i zachowania, które zaowocują w przyszłości, np. przełożą się na poprawę statystyk dotyczących opanowania próchnicy, chorób przyzębia, bezzębności u seniorów czy nowotworów jamy ustnej.

Symptomy wzrostu świadomości w tym zakresie już są. Z badań ankietowych opublikowanych w 2021 r., a przeprowadzonych przez jedną z firm zajmujących się dystrybucją artykułów do higieny jamy ustnej, wynika, że 70 proc. dorosłych Polaków zwraca uwagę na higienę jamy ustnej i przy zakupie np. past do zębów kieruje się ich składem, a co trzeci ankietowany odwiedza swojego lekarza dentystę raz na pół roku. Z badania wynika także, że większość respondentów w rozmowie z nowo poznaną osobą zwraca uwagę na uśmiech i zęby. To dowód na to, że stają się one wizytówką, dodają pewności siebie i poprawiają ogólne samopoczucie. Jednak zachowania prozdrowotne to nie tylko zalecane dwa razy do roku wizyty w gabinecie dentystycznym.

To przede wszystkim regularne szczotkowanie zębów i stosowanie nici dentystycznych, bo to systematyczność kształtuje nawyki i przynosi pożądany efekt. 99 proc. zapytanych o to ankietowanych odpowiedziało, że stara się szczotkować zęby w miarę regularnie, ale nici dentystycznych używa już tylko 52 proc. Jeśli chodzi o częstotliwość szczotkowania, to 67 proc. zadeklarowało, że robi to dwa razy dziennie, 25 proc. – trzy razy dziennie, a około 3 proc. – tylko raz, rano lub wieczorem. To wciąż mało, by mówić o tym, że Polacy są wyedukowani, jeśli chodzi o zagrożenia wynikające z niedostatecznej higieny dotyczącej jamy ustnej. Niestety pandemia COVID-19 przyczyniła się do zahamowania pewnych działań podejmowanych w tym zakresie w ramach obchodów ŚDZJU.

– W minionym roku w związku z pandemią niektóre spotkania i konferencje przygotowane przez FDI musiały być odwołane, a na podsumowanie tegorocznych obchodów jeszcze za wcześnie. Jednak wstępnie mamy już dowody, że pandemia poprzez ograniczenia strukturalne i emocjonalne pogorszyła dostęp do stomatologa oraz wywołała lęk pacjentów przed zakażeniem koronawirusem, co wpłynęło negatywnie na zainteresowanie problematyką związaną ze zdrowiem jamy ustnej. Pandemia COVID-19 wywarła negatywny wpływ na realizację programów profilaktycznych w większości krajów, prowadząc do opóźnień w leczeniu schorzeń jamy ustnej i zwiększonego stosowania antybiotyków – komentuje Anna Lella i dodaje, że pojawiły się zaniedbania, zaawansowane stadia chorób jamy ustnej, które przed pandemią należały już do rzadkości.

Próchnica wciąż straszy

Potwierdzają to różne raporty oceniające stan zdrowia jamy ustnej Polaków. Z badań przeprowadzonych na zlecenie światowego producenta czekolady, gum do żucia, miętówek i słodyczy owocowych wynika, że zgodnie z zaleceniami – czyli dwa razy do roku lub częściej – lekarza dentystę odwiedza tylko 37 proc. mieszkańców naszego kraju, a 16 proc. umawia się na wizytę, kiedy zaczynają dostrzegać pierwsze symptomy problemów stomatologicznych (ból zęba, krwawienie dziąseł,), a aż 11 proc. trafia na fotel dentystyczny w momencie, kiedy stan zębów staje się już naprawdę zły, np. pojawia się ropień.

Problemem wciąż jest próchnica, która dotyczy prawie 82 proc. polskich sześciolatków. Dla porównania, 69 proc. czeskich dzieci w tym samym wieku ma problem z zębami, na Łotwie odsetek ten jest jeszcze niższy i wynosi 55 proc., a we Francji i Danii już tylko 25 proc. dzieci w wieku 6 lat ma próchnicę. Wprawdzie, jak zaznacza prof. Dorota Olczak-Kowalczyk, prezes Polskiego Towarzystwa Stomatologii Dziecięcej, w ciągu ostatnich 20 lat sytuacja polskich dzieci nieznacznie się polepszyła, jednak nadal ta poprawa jest niezadowalająca. 40 proc. dzieci w wieku trzech lat ma już ubytki próchnicowe, a w okresie przedszkolnym częstotliwość występowania próchnicy zwiększa się dwukrotnie.

W wieku 5-6 lat, gdy pojawiają się pierwsze zęby trzonowe stałe, u wielu dzieci także są one już zaatakowane przez próchnicę. W sumie w Polsce ponad 80 proc. 12-latków ma próchnicę, a przed 18. r.ż. odsetek ten zwiększa się prawie do 100 proc. Potrzebna jest profilaktyka, ale ta wymaga odpowiedniej edukacji i świadomości problemu. Specjaliści zalecają stosowanie w profilaktyce czterech kroków – oprócz mycia zębów dwa razy dziennie, używanie płynów do płukania jamy ustnej oraz nici dentystycznej, stosowanie po jedzeniu i piciu bezcukrowej gumy do żucia (guma stymuluje produkcję i przepływ śliny, zmniejszając kwasowość, która prowadzi do próchnicy) i regularne (co pół roku) odwiedzanie lekarza dentysty.

Lucyna Krysiak

Ocena schorzeń kardiologicznych. Opiniowanie sądowo-lekarskie

18 listopada 2021 r. w siedzibie Naczelnej Izby Lekarskiej prawnicy i lekarze dyskutowali o problemach związanych z orzekaniem o niezdolności do stawiennictwa na rozprawie i brania udziału w czynnościach procesowych. Konferencję zorganizował Ośrodek ds. Opiniowania Sądowo-Lekarskiego i Orzecznictwa NIL.

Foto: pixabay.com

Celem spotkania było omówienie problemów prawnych i medycznych w gronie osób bezpośrednio zaangażowanych w orzekanie sądowo-lekarskie. Miało ono służyć temu, by nadać opiniom i zaświadczeniom lekarskim oczekiwane walory, a organom upoważnionym do powoływania biegłych ułatwić pracę.

Jednym z tematów poruszanych w czasie konferencji były choroby układu krążenia, które bardzo często pojawiają się w zaświadczeniach lekarskich przedkładanych w sądach. Statystycznie to właśnie schorzenia kardiologiczne są wskazywane jako najczęstsze somatyczne przeszkody mające uniemożliwiać uczestnictwo w postępowaniu procesowym.

Odpowiedź na pytania prokuratury i sądu dotyczące możliwości uczestnictwa w rozprawie i czynnościach procesowych osób ze schorzeniami układu krążenia niejednokrotnie sprawia lekarzom trudności, i to nie tylko kardiologom. Wynika to m.in. z faktu, że nie opracowano dotąd zasad, które powinny obowiązywać lekarzy wydających zaświadczenia i orzeczenia lekarskie.

Podczas konferencji zwrócono uwagę na omówienie dyskutowanego problemu znajdujące się w wydanym niedawno podręczniku „Medycyna sądowa” w redakcji prof. Grzegorza Teresińskiego. Warto, by wszyscy lekarze sądowi i lekarze biegli wydający opinie przeczytali rozdział podręcznika zatytułowany „Ocena zdolności do udziału w czynnościach procesowych”. Może refleksje powstałe po lekturze przyczynią się do poprawy jakości wydawanych zaświadczeń i orzeczeń lekarskich, których treść niejednokrotnie budzi wątpliwości.

Ostrożność ponad miarę

Autorzy przedkładanej sądom dokumentacji medycznej często tworzą obraz schorzeń kardiologicznych, które zagrażają zdrowiu i życiu osób oskarżonych i podejrzanych. Nierzadko pojawia się sugestia lub informacja wprost o tym, że udział w postępowaniu nasili chorobę i przyniesie fatalne skutki dla zdrowia osoby oskarżonej.

W istocie, do pogorszenia stanu kardiologicznego może dojść nagle, a część zachorowań może doprowadzić do nagłego zgonu. Nie bez znaczenia jest również to, że nie zawsze można ustalić konkretny czynnik, który doprowadzi do pogorszenia stanu zdrowia, np. wystąpienia zawału serca u osoby objętej postępowaniem procesowym, a tym samym zazwyczaj nie można z wystarczającą pewnością stwierdzić, czy takim czynnikiem nie będzie udział w rozprawie lub w czynnościach procesowych.

Świadomość tej specyfiki schorzeń kardiologicznych, ich trudny do przewidzenia przebieg i możliwe następstwa powodują, że są one traktowane przez autorów dokumentacji z nadmierną ostrożnością, by nie rzec z pietyzmem. Analizując treść zaświadczeń, zwykle odnosi się wrażenie, że lekarz za wszelką cenę chce obronić osobę badaną przed spodziewanymi skutkami skazującego wyroku. Z reguły lekarz nie jest przy tym świadomy następstw takiej postawy, na przykład tego, jakie skutki może ona przynieść dla strony pokrzywdzonej, gdy przedłuży o kolejne lata czas postępowania procesowego.

Niestety także biegli często zapominają, że osoba, którą badają, nie jest ich pacjentem, a zadaniem biegłego jest przede wszystkim obiektywna ocena stanu faktycznego, a nie ochrona stanu zdrowia osoby objętej postępowaniem procesowym. Oczywistym jest, że co do zasady np. orzeczona kara pozbawienia wolności nie służy zdrowiu, a wręcz przeciwnie. Jednak świadomość tego faktu nie może decydować o wydawaniu orzeczeń lekarskich, których wnioski staną się przesłanką do uniknięcia zasądzonej kary.

Diagnoza niepoparta dowodami

Bardzo często, i to bez żadnego uzasadnienia, schorzenia kardiologiczne są przedstawiane w zaświadczeniach jako przeszkoda zdrowotna w udziale w rozprawie lub braniu udziału w czynnościach procesowych. Powszechna w tych zaświadczeniach jest, niepoparta danymi obiektywnymi, akceptacja subiektywnych objawów zgłaszanych przez pacjentów bez próby ich weryfikacji przez lekarza.

Dotyczy to na przykład osób, które twierdzą, że chorują na nadciśnienie tętnicze. Bezkrytycznie akceptuje się deklarowane przez pacjenta wartości ciśnienia tętniczego i zwykle wpisuje je w treści konsultacji, bez wykonania chociażby pojedynczego pomiaru w gabinecie, nie mówiąc już o udokumentowaniu pełnego badania fizykalnego.

Nagminne jest wskazywanie choroby nadciśnieniowej jako realnej przeszkody w udziale osób oskarżonych w postępowaniu w prokuraturze lub przed sądem z adnotacją lekarską o jej ciężkim przebiegu, ale bez jakichkolwiek na to dowodów. W zaświadczeniach lekarskich nadciśnienie tętnicze niemal zawsze ma postać ciężką (nadciśnienie III st.), jego terapia farmakologiczna jest nieskuteczna i zwykle wymaga – zdaniem autorów dokumentacji – pilnej hospitalizacji.

Znamienne jest, że zaświadczenia zwykle zawierają diagnozę ciężkiego, potencjalnie groźnego dla życia i zdrowia schorzenia, które nie poddaje się leczeniu, z wnioskiem, że zły stan zdrowia pacjenta może ulec nagłemu pogorszeniu np. w wyniku emocji wywołanych obecnością w sali rozpraw. Co ciekawe, wnioski te nigdy nie zostają w jakkolwiek sposób uzasadnione przez autorów, którzy nie czują się zobowiązani do wyjaśniania czegokolwiek.

Uderza również to, że dokumentacja medyczna jest tworzona doraźnie, daty kolejnych konsultacji specjalistycznych oraz ich częstotliwość zależą zwykle od etapu postępowania procesowego, np. schorzenie kardiologiczne ujawnia się lub też jego objawy nasilają się w momencie postawienia zarzutów i w chwili oczekiwanego stawiennictwa przed sądem. Co ważne, aspekt prawny problemu związanego z pacjentem jest często nieznany lekarzom wystawiającym zaświadczenie, a przecież lekarze powinni zapytać o cel sporządzania zaświadczenia i informację tę umieścić w dokumencie.

Warto mieć świadomość, że zupełnie inna jest perspektywa organów wymiaru sprawiedliwości i można przypuszczać, że wiarygodność dokumentacji tworzonej w opisany powyżej sposób musi budzić wątpliwości u prawników. Zapewne sposób sporządzania i forma dokumentacji medycznej nieuchronnie rodzi pytania o to, czym kierowali się lekarze sporządzający kolejne zaświadczenia.

Lekarz oceniający potencjalny wpływ uczestnictwa w rozprawie lub czynnościach procesowych powinien ocenić faktyczny stan zdrowia osoby badanej i odpowiedzieć na pytanie, czy dla konkretnej osoby udział w rozprawie i czynnościach procesowych niesie realne ryzyko pogorszenia stanu zdrowia, rzecz jasna odnosząc je do wszystkich okoliczności związanych z codzienną aktywnością. Kluczowe jest, by lekarz, wydając opinię, jej wnioski uzasadnił w sposób zrozumiały dla prawnika.

Właściwa komunikacja lekarzy i przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, tworzenie reguł opiniowania i poprawa jego jakości to jeden z celów działania Ośrodka ds. Opiniowania Sądowo-Lekarskiego i Orzecznictwa NIL. Mamy nadzieję, że również omawiana konferencja miała w tym swój udział.

Karol Początek, specjalista chorób wewnętrznych, kardiolog, Michał Wepsięć, członek Rady Ośrodka ds. Opiniowania Sądowo-Lekarskiego i Orzecznictwa NIL, Ryszard Szozda, kierownik Ośrodka ds. Opiniowania Sądowo-Lekarskiego i Orzecznictwa NIL

Światowy Kongres Stomatologiczny 2022

Jest już wstępny program kongresu World Dental Federation, który zaplanowano na 29 września – 2 października w indyjskim Mumbaju.

Foto: twitter.com/fdiworlddental

W tym roku szczególnie dużo miejsca poświęcono stomatologii estetycznej, znieczuleniom w stomatologii, endodoncji, implantologii oraz zastosowaniu nowoczesnych technologii w leczeniu dentystycznym.

W gronie wykładowców znalazła się dr hab. Kinga Grzech-Leśniak, która jest prezydentem Polskiego Towarzystwa Stomatologii Laserowej, a od 2019 r. członkinią Dental Practice Committe FDI. Polka wygłosi prelekcje: „Rola lasera w leczeniu periodontologicznym: kwestie sporne” oraz „Nieinwazyjne użycie lasera w decementacji uzupełnień protetycznych”.

Lekarze dentyści, którzy chcieliby wziąć udział w kongresie, abstrakty swoich wystąpień mogą zgłaszać do 17 kwietnia. Po raz drugi w historii kongres odbywać się będzie w Indiach. Organizatorzy mają nadzieję, że uda się przeprowadzić go w formule stacjonarnej. Udział w tym wydarzeniu to koszt 550 USD. Obcokrajowcy muszą posiadać wizę. W przypadku obywateli Polski wystarczy uzyskanie e-wizy, która uprawnia do pobytu na terenie Indii przez okres 180 dni.

Źródło: world-dental-congress.org; fdiworlddental.org; pts.net.pl

Nadzieja (reportaż)

Fragment reportażu pt. „Nadzieja” autorstwa Anny Bronowicz – laureatki X edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Profesora Andrzeja Szczeklika „Przychodzi wena do lekarza”. II miejsce w kategorii Proza.

Foto: Jerzy Sawicz

Anna Bronowicz mieszka w Łomży. Ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. Uzyskała specjalizację I i II stopnia z interny. Obroniła również pracę doktorską. Obecnie jest zatrudniona na Oddziale Nefrologicznym Szpitala Wojewódzkiego w Łomży jako specjalista nefrolog.

W wolnym czasie maluje obrazy, śpiewa w lokalnych łomżyńskich chórach, bierze udział w imprezach dla muzykujących lekarzy oraz dla pianistów amatorów. Uczestniczyła w Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa Lekarzy w Łodzi w 2019 r. oraz 2021 r. Pisuje „do szuflady”, ale w przyszłości planuje publikować swoje prace.


Kolejny dzień wstaje nad Polską

Od Bałtyku po Tatry w wielu domach budzą się dzieci. Radosny śmiech spływa jak sznur pereł wzdłuż Wisły, po stokach gór, ślizga się nad morskimi falami. Ale są miejsca, gdzie panuje martwa cisza. I pytania „dlaczego” i „po co dalej żyć” dźwięczą w uszach. Puste dziecinne pokoje o pastelowych barwach z kwiatkami na tapecie i białymi misiami na regałach czekają na lokatorów, którzy nigdy się nie pojawią. Kolejny dzień spędzony na jałowym czekaniu, wypełniony niespełnieniem i brakiem sensu. I podejrzenie dojrzewające w głowie jak czerwone jabłko – że Bóg nas opuścił, zostawił samych w rajskim ogrodzie. Po naszej śmierci ogród pozostanie pusty, zarośnie chwastami i zdziczeje. Nie wyda plonu. Ziarna nie zostaną rzucone w ziemię. Nie zostanie po nas nic.

Tak przecież nie może być. To przecież nie był boski plan. Bóg powiedział: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, napełniajcie ziemię…”. To chyba jakieś zwyczajne niedopatrzenie, może Pan Bóg na chwilę zasnął na białym obłoku i zapomniał o nas. Trzeba to naprawić. To tylko niedopatrzenie…

One

Na jednym z portali społecznościowych grupujących tych, o których Opatrzność chwilowo zapomniała, poznaję cztery kobiety. Cztery pragnienia i cztery niespełnienia.

Anna

Renata

Maria

Ewelina

Cztery historie: różne, a jednak bliźniaczo podobne w tym pragnieniu, by wydać z siebie plon – jedyny prawdziwy owoc żywota kobiecego.

Anna

Dziś znowu wpatruje się w jedną kreskę na pasku. Dlaczego ona zawsze jest solo, dlaczego nigdy w duecie?

Już w pierwsze święta Bożego Narodzenia po ślubie cała rodzina przy świątecznym stole łamiąc opłatki, zaczynała od sakramentalnego: „I oby za rok było nas więcej”. „Amen” – kończył dziadek. Anna uśmiechała się promiennie i obiecywała dziadkowi, że już lada dzień, lada godzina… W następne święta ceremonia się powtórzyła. Trzecie święta nie upłynęły już tak miło. Dziadek umarł w deszczowy jesienny dzień, a babcia, podając opłatek, z wyrzutem westchnęła:

 – A tak chciał doczekać… Ale wy młodzi to zawsze macie czas, zawsze macie ważniejsze sprawy…

 – Ależ babciu, my też bardzo chcemy – zaprotestowała Anna. – Tylko coś nie wychodzi…

 – Bzdura – fuknęła gniewnie babcia. – Jak się chce, to nie ma problemów.

Po tych świętach Anna zaczęła się czuć coraz bardziej nieswojo w swoim dotychczas doskonale poukładanym ciele – jakby nagle poczuła, że cisną ją buty albo sukienka się pruje na szwach. Zaczęło się jej wydawać, że przez pomyłkę zamieszkuje w obcym ciele, które nie daje się sterować i nie chce słuchać przypadkowo umieszczonego tam umysłu. Po czwartych świętach Bożego Narodzenia, które przebiegły w atmosferze zbliżonej do ostatniego zlodowacenia, postanowiła, że muszą coś zrobić.

Decyzja

 – Wiesz, ostatnio czytałam ciekawą książkę o księżnej Ludgardzie, zwanej Lukardis – powiedziała Anna do męża pewnego majowego poranka.

 – Tak, a kto to jest? – Wyraził umiarkowane zainteresowanie jej nie do końca rozbudzony małżonek.

 – Raczej była – księżna poznańska, urodzona jako księżniczka meklemburska, żona księcia i późniejszego króla Polski Przemysła II. Przez dziesięć lat małżeństwa nie urodziła mu dziecka, więc kazał ją udusić. Stała się bohaterką kilku romantycznych poematów.

 – Co!? Co takiego? Chyba nie sugerujesz, że ja… – Omal nie zakrztusił się porannym croissantem. – Chyba nie sugerujesz, że ja jestem jakąś współczesną wersją…

 – Ależ skąd, nic nie sugeruję – westchnęła Anna. – Po prostu mówię, jak to było i jest ważne, kiedyś i teraz. W oczach twojej rodziny i społeczeństwa jestem jak owa nieszczęsna Lukardis…

 – Skąd ci to przyszło do głowy! Przecież nawet nie wiadomo, dlaczego tak jest i czy wina leży po mojej czy po twojej stronie. Nie robiliśmy badań.

 – No właśnie. Nie robiliśmy, a ty mówisz o winie. I podświadomie pragniesz, aby nie była to twoja wina.

 – Nie, tak dalej być nie może. Ubieraj się szybko, jedziemy do kliniki. Coś trzeba zrobić. (…)