18 lutego 2026

Anna Pysz: Rzeki Edenu (wybrany fragment)

Gdy wchodzi do gabinetu, ma na głowie przekrzywiony szary berecik, ułożony na siwych ulokowanych włosach, i podpiera się na lasce ortopedycznej. Jej twarz ryją zmarszczki rozchodzące się promieniście od koniuszków oczu i ust.

Fot. freepik.com

Idzie dość sprawnie, pomimo uginającej się pod jej ciężarem lewej nogi, którą pociąga i o którą się potyka. Nie robi z tego widowiska, pokonuje przestrzeń między drzwiami a moim biurkiem i siada na wąskim, niewygodnym stołeczku tuż obok. Mówi, że zapomina imion, zapomina, co gdzie położyła, z ostawia garnki na gazie. Zaczęło się pogarszać rok temu.

Jak to możliwe, że tak sobie nagle nie radzi, przecież całe życia była sprawna, dwadzieścia lat pracowała w sądzie jako kurator, czytała tysiące książek i dokumentów, uczęszczała do klubu seniora. Imprezy świąteczne, które tam organizowała, nie miały sobie równych. Teraz już nie da rady, słabo chodzi, bo dwa udary kilka lat temu, a wyrazy rozmazują jej się przed oczami, gdy próbuje czytać.

Zaczynam ją badać – nie wie, jaki jest rok, nie powtórzy trzech słów, nie odejmie od stu po siedem. Za plecami słyszę szmer ściekającej po ścianach wody. Zbiera się u naszych stóp, jest zimna, jej dotyk mrozi. Podłoga robi się miałka, mój fotel grzęźnie w niej i nie mogę się ruszyć. Słychać chlupot przemieszczającego się pod naporem wody mułu. Może to topniejący śnieg tak przecieka przez dach… Ale wiem, że nie.

Tam, za nią, stoi ktoś jeszcze. Czuję to, chociaż nie mam odwagi spojrzeć. Czy ona się tego domyśla? Słyszę jej bezradność przy kolejnych pytaniach, na które nie jest w stanie odpowiedzieć. Z zażenowaniem ukrywa co chwilę twarz w dłoniach, powtarza: „Jak to możliwe?”. Gdy w końcu podnosi na mnie wzrok, z jej oczu wyziera zagubienie i niema desperacja.

Do badania ściąga masywne czarne buty, wspominając mimochodem, że tylko takie męskie daje radę włożyć, bo obrzęki. Ma niedowład lewostronny i dwojenie obrazu. Wypełniam dokumenty i wystawiam skierowania. Ona siedzi przez chwilę w ciszy, a potem z wahaniem zaczyna:

„Wie pani, miałam ciężkie życie. Pochowałam córkę, jak miała dwadzieścia lat. Białaczka. Powiedzieli, że jest wyleczona, a potem pojawiły się nacieki w głowie i kręgosłupie. Byłam przy tym, gdy z bólu gryzła palce do krwi. Siedziałam przy niej i prosiłam Boga: «Spraw, by to był już koniec». A potem syn trafił do więzienia. Dużo pił i, wie pani, ma te padaczki. Był czas, że mieszkał w przytułku. Teraz już nie pije, ale wciąż się nim opiekuję, mieszka ze mną. Całe życie musiałam spłacać jego długi, potem jeszcze długi mojego męża…”.

Jej oczy zachodzą łzami. Widzę, jak jedna z nich przetacza się po bruzdach policzka i odrywa od twarzy, spadając w niemym spowolnieniu do wzbierającej u naszych stóp lodowatej cieczy. Przy uderzeniu o taflę echo roznosi się po pomieszczeniu i całym wszechświecie. Dudni szeptem niedopowiedzianych słów: „Kto teraz zajmie się mną?”.

Anna Pysz


O autorce

Laureatka XIV edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego dla Lekarzy im. Prof. Andrzeja Szczeklika „Przychodzi wena do lekarza”. III miejsce w kategorii Proza. Specjalistka w dziedzinie neurologii, absolwentka Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. Pracuje w szpitalu w Stalowej Woli oraz ambulatoryjnie w poradni neurologicznej. Specjalizuje się w diagnostyce i leczeniu padaczki. Interesuje się neuroobrazowaniem, neuropsychologią oraz zagadnieniami z pogranicza neurologii i psychiatrii. Poza pracą angażuje się w działalność edukacyjną i współpracę interdyscyplinarną, m.in. z logopedami i psychologami.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026