Coś dużego do zrobienia. Opowiada mama pięcioraczków
Niewiele brakowało, by zginęła w wypadku. Dwa lata później walczyła już o życie pięcioraczków – w realiach polskiej medycyny końca lat 90., daleko od domu, zmagając się z bólem, strachem i stratą. Dziś Izabela Tomala mówi wprost: „Wygrałyśmy”.

W 1998 r. miałam wypadek. Razem z koleżanką jechałyśmy maluchem. Zahaczył o nas TIR – wielka scania. Bach i nasz maluszek nie ma dachu. Jeszcze parę centymetrów, a my nie miałybyśmy głów. Na szczęście skończyło się na strachu. Gdy się otrząsnęłyśmy, spojrzałyśmy na siebie i zgodnie stwierdziłyśmy – to był znak. Zrozumiałyśmy: mamy jeszcze coś dużego do zrobienia – opowiada Izabela Tomala, mama pięcioraczków.
Dwa lata później byłam w ciąży. Dziś już wiem, że to było to moje „coś dużego do zrobienia”. Z ciążą nie było łatwo. Starałam się o nią przez pięć lat. W ostatniej dekadzie XX wieku to była prawdziwa droga przez mękę. Nie było – jak dziś – in vitro dofinansowywanego przez samorządy. O tym, jak wyglądały i działały szpitale, mogłabym mówić panu do rana. A o tym, jak się jeździło po Polsce, lepiej nie pamiętać. Dość powiedzieć, że podróż samochodem ode mnie ze Świdnicy do Łodzi zajmowała jakieś dziewięć godzin.
W końcu trafiłam na doktor, która zaproponowała mi terapię hormonalną. Po paru latach jeżdżenia na zastrzyki i badania do Wrocławia (tylko godzina drogi w jedną stronę) poddałam się. Czułam się trochę jak królik doświadczalny. Stwierdziłam, że skoro to nie działa, to najwyżej adoptuję dziecko i odstawiłam leki. I chwilę po ostatniej dawce byłam w ciąży.
Hormony zrobiły swoje. Były pięcioraczki. Zaczęłam szukać ośrodka, który się zajmie mną i dziećmi. Szybko okazało się, że do wyboru są Wrocław i Łódź. Pierwszy ośrodek proponował usunięcie części płodów, żeby dwoje, może troje mogło się dobrze rozwijać i urodzić zdrowe. Ja, matka, miałam się na coś takiego zdecydować! Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że się na coś takiego zgodzę. I pojechałam do Instytutu „Centrum Zdrowia Matki Polki” w Łodzi.
Specjaliści i opieka były super, ale szpital z końca lat 90. nie jest miejscem, do którego chciałabym wracać. Dość powiedzieć, że byłam sama w obcym mieście, dziewięć godzin jazdy samochodem od domu. Musiałam leżeć plackiem w łóżku. A w tamtym czasie nie było NFZ-owskiego programu „Dobry posiłek w szpitalu”.
Wiedziałam, że dla dobra dzieci muszę wytrzymać jak najdłużej. Normalna ciąża to 40 tygodni, w moim przypadku było jasne, że nie ma co marzyć nawet o 30 tygodniach. Żebym jak najdłużej wytrzymała, założono mi specjalny szew. Cały czas dostawałam kroplówki. Byłam cała tak pokłuta, że pod koniec kroplówki podłączano mi do nóg.
W 25. tygodniu podano mi sterydy, żeby przed porodem wesprzeć rozwój płuc dzieci. Teraz liczyła się już każda godzina. Wiedziałam, że jeśli nie wytrwam przynajmniej dwóch dób, lek nie zadziała. Miałam straszne skurcze, ale udawałam, że nic się nie dzieje. Wytrzymałam 36 godzin. Dłużej się nie dało. Koleżanka z łóżka obok powiedziała mi, że nie widziała w życiu nikogo zdeterminowanego tak jak ja. Urodziłam dzień po walentynkach – 15 lutego. Pierwsza była Zosia, później Marysia, Ala, Hania i Tomuś. Od najsilniejszego do najsłabszego.
Wszystkie dzieci były żywe i oddychały. Ale od początku neonatolodzy mówili, że nie jest różowo. Za każdym razem, gdy szłam do maluchów, słyszałam: nie pracują nerki, krwawienie do mózgu, wspomaganie oddechu… Byłam kłębkiem nerwów. Po kilku dniach poprosiłam, żeby informować mnie tylko wtedy, gdy będzie nadchodziło najgorsze. Dzięki temu znalazłam przestrzeń na okazywanie miłości dzieciom. Spędzałam z nimi całe dnie. Siedziałam przy inkubatorach i mówiłam do nich, czasem śpiewałam.
Pierwszy zmarł Tomuś. Miałam go na rękach. Zabraliśmy go do domu i pochowaliśmy. Później pożegnałam Hanię. Z nią było tak samo jak z synkiem. Z Alą miało być dobrze. Już nawet sama oddychała. Nawet próbowała ssać. Dostawiałam ją do piersi. Zabrałam do domu na przepustkę Zosię i Marysię. Gdy wróciłyśmy, Ali nie było. Ze szpitala wyszłyśmy 26 maja. Na Dzień Matki miałam wyznaczony termin porodu.
Później też nie było łatwo. Jeżdżenie od poradni do poradni. Ze szpitala do szpitala. Zosia miała po respiratorze dysplazję płuc. Ktoś nawet wpadł na pomysł, że to może być rak. Ale we wrocławskim szpitalu na Hirszfelda alarm odwołano. Później mierzyłyśmy się jeszcze z wieloma problemami. Na całym ciele zostały dziewczynom ślady po nakłuciach. Retinopatia, wylewy, przykurcze, rehabilitacja, bulimia, depresja…
Dziś już wiem, że wygrałyśmy. Obydwie córki zdały maturę. Zosia robi magisterium, prowadzi badania naukowe. A z Marysią razem poszłyśmy na studia. Jesteśmy w jednej grupie na pedagogice. Chyba wreszcie przyszedł czas na wzlot.
Wysłuchał Adam Czerwiński
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 12/2025-1/2026