Gdy dżungla maszeruje (foto)
W Amazonii dźwięk nie jest tłem, lecz ostrzeżeniem. Osy, które brzmią jak wojsko, rzeka będąca jedyną drogą, nocne oczy kajmanów i codzienność wyznaczana przez światło oraz ciemność. Kilka dni wystarczy, by zrozumieć, że to nie człowiek nadaje tu rytm.







„Viva Ecuador!” – krzyknijcie tak dwa razy, głośno. Polecenie wykonaliśmy. Okrzyk dziesięciu gardeł zabrzmiał gromko. Usłyszeliśmy tupot nóg – głośny, rytmiczny, przypominający marsz wojska. Co to? W środku amazońskiej dżungli ktoś maszeruje?
Romuald, nasz przewodnik, Indianin z krwi i kości, zaraz nam wyjaśnił zagadkę. To osy marszowe. Ich gniazdo, przyczepione do pnia palmy, przed chwilą nam pokazał. Zaniepokojony naszym okrzykiem rój, chcąc odstraszyć potencjalne zagrożenie, pociera skrzydełkami, wydając dźwięk podobny do maszerującego wojska.
Zachwyt był natychmiastowy – przyroda znów udowodniła, jak przemyślnie jest urządzona. Wszystko ma tu znaczenie, wszystko ma swój sens.
Rzeka jako jedyna droga
Brzegi rzeki Cuyabeno, dopływu Aguarico i Rio Napo, a w końcu Amazonki, są gęsto zarośnięte. Drzewa i krzewy zanurzają korzenie w wodzie, a w przybrzeżnym gąszczu kryją się drapieżniki: kajmany, które żerują po zmroku, jaszczurki, węże. Wyjście na brzeg bez narażenia się na niebezpieczeństwo jest niemal niemożliwe – nie widać nawet skrawka ziemi.
Przystanek do toalety jest niemożliwy, jedynie w niektórych miejscach znanych przewodnikowi można na piaszczystych przyczółkach w zakolach rzek rozprostować zdrętwiałe podróżą nogi. Płyniemy motorową łodzią około dwóch godzin; wiosłami zajęłoby to pięć lub sześć. Po drodze mijamy jedynie skromny napis informujący, że wkraczamy na terytorium Indian z plemienia Siona.
Dopiero pod koniec podróży pojawiają się nadrzeczne osady – lodże dla turystów. Z wody – przez małą platformę – prowadzą do nich strome, drewniane schodki, którymi można się dostać do kilku drewnianych chatek krytych liśćmi palmowymi. Oaza spokoju, ciszy i egzotyki. Tu spędzimy kilka dni, wędrując z przewodnikiem po dżungli.
W rytmie dnia i nocy
Wyprawy do dżungli – zarówno dzienne, jak i nocne – są niezwykle emocjonujące i wyczerpujące. Przedzieramy się przez gąszcz wycinany maczetą albo wąskimi, błotnistymi ścieżkami, których kierunek zna tylko Romuald. W dzień mimo 38 st. Celsjusza obowiązują długie rękawy, długie spodnie i wysokie kalosze.
W nocy – podobnie, z nakryciem głowy i czołówkami. Większości drobnych zwierząt nie zauważamy sami: zielonych żabek, jadowitych czerwonych węży, ważek, skorpionów czy pająków. Od tego jest nasz przewodnik – nasz guru. Pokazuje leniwca wiszącego od dwóch dni, jak się nam wydaje, w tej samej pozycji na czubku dwudziestopięciometrowego drzewa.
Rozpoznaje małpki skaczące wśród konarów drzew. Zabiera nas o wschodzie słońca łodzią wiosłową, by pokazać oropendole – ptaki z żółtą obrączką z piór na szyi, wijące gniazda z gałązek, które zwisają z drzew jak wielkie krople wody. O świcie dżungla jest gwarna i żywa. W południowym upale zamiera, by znów ożyć o zmierzchu.
Zachwyt i strach o zmroku
Na rozległym, choć płytkim, rozlewisku rzeki Cuyabeno oglądamy zachód słońca. Wilgoć w powietrzu okazuje się zabójcza dla sprzętu – aparat fotograficzny odmawia posłuszeństwa, pozostaje telefon. Trudno się pogodzić z tą stratą, bo wokół dzieją się rzeczy niezwykłe.
Słońce chowa się za horyzontem, a niektórzy z naszych towarzyszy decydują się na kąpiel, choć wiedzą, że na dnie, na głębokości zaledwie trzech–pięciu metrów, mogą drzemać anakondy. Wypatrujemy ich także na drzewach stojących w wodzie, lecz bez szczęścia.
Za to po zmroku przy świetle latarki z czerwonym filtrem widzimy pod drzewami błyszczące oczy kajmanów szykujących się do nocnego żeru. Choć zachód słońca wzbudza pozytywne emocje, ciarki przechodzą nam po plecach, bo czyhające nocą niebezpieczeństwa na rozlewisku są przerażające.
My, kobiety, nie odważyłyśmy się wejść do wody. Nie tylko z powodu drapieżników, ale również z obawy przed kandyrą – niewielką rybką, która w określonych warunkach może wpłynąć do cewki moczowej, powodując poważne, trudne do leczenia konsekwencje. Zbyt duże ryzyko jak na chwilę przyjemności.
Ale są też wspaniałe chwile. Obserwujemy „przedpotopowe” ptaki hoacyny, zwane przez tubylców śmierdzącymi indykami pewnie dlatego, że mają niesmaczne mięso, są reliktem przetrwałym do naszych czasów. Młode osobniki mają na brzegach skrzydeł pazurki, które pozwalają im wspinać się na drzewa i uciekać przed niebezpieczeństwem. Ciekawe.
Z wizytą u plemienia Siona
Indianie z plemienia Siona okazują się niezwykle gościnni. Za zgodą wodza Romuald zabiera nas łódką światem zewnętrznym, a jeśli już, to w celach wymiany handlowej, z pewnością nie w celu mieszania genów. Sprawia to, że wśród dzieci zdarzają się wady genetyczne.
Zostaje pod skórą
Amazonia mnie zachwyciła. Po kilku dniach przestałam odczuwać upał, poranki wydawały się chłodne i przyjemne. Spełniło się moje marzenie – zawsze chciałam tu być, poczuć lokalny klimat. Powrót do cywilizacji dla niektórych był ulgą, dla mnie – niekoniecznie.
Nie przeszkadzał mi prąd dostępny tylko przez 2–3 godziny dziennie ani życie podporządkowane rytmowi dnia i nocy. Dżungla ma swoje prawa. A ja wiem, że chciałabym tu kiedyś wrócić – na dłużej.
Urszula Wilczek
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026