Jarosław Wanecki: Przeszłość jest prologiem
Tak. Niemal cztery lata temu zgubiłem okulary. W ferworze zadań Komisji Wyborczej XV Krajowego Zjazdu Lekarzy zniknęły z zasięgu mojej ręki i – co gorsza – wzroku. Nie mam złudzeń, że mimo przewrotnego ogłoszenia prasowego z prośbą o zwrot stare i porysowane szkła straciłem wówczas na zawsze.

Kontrola ostrości widzenia wymaga determinacji. Stanąłem w kolejce do okulisty i już za jedenaście miesięcy będę mógł sprawdzić, czy potrzebuję kolejnej korekty, wdrożenia leczenia, a może zaproszenia na salę operacyjną. W razie nagłego pogorszenia mam przecież „telefon do przyjaciela”. Na szczęście nie odczuwam narastających problemów z rozpoznaniem spraw oraz blednącymi kolorami, choć czytanie bzdur przy byle jakim świetle zaczyna być kłopotliwe.
Zapalając dodatkową żarówkę i ograniczając nocne podróżowanie, przywołuję z pamięci rozmowy z pacjentami po zabiegach zaćmy, gdy świat pięknieje, odzyskując dawny blask. Niektórzy żałują, że zwlekali z decyzją tak długo. Inni wracają z reklamacją, prośbą o nowe skierowanie i refrenem żalu, że miało być jak onegdaj. Wiadomo, że to, co przeszłe, najczęściej wspominamy jako lepsze i wyparte przez zmianę pokoleń.
Tak. Niemal cztery lata temu pisałem o Partii PESEL i królu Learze, który, nie rozumiejąc współczesnego świata, zamyka się w bańce własnej chwały, nieomylności i dziejów opowiadanych niczym baśń z mchu i paproci. Proces starzenia się to przede wszystkim niezrozumienie następców, ale kombatanci są coraz młodsi, więc utrwalanie władzy staje się cyklicznie brutalniejsze. Trzymając berło, trudno zejść z piedestału, niezależnie od wieku.
Podbity purpurą płaszcz słabo zamiata pod dywan, a tu jeszcze jakby nigdy nic lajki trzeba zdobywać. Herodowe sny konsekwentnie prowadzą więc do rzezi jak leci, bez skrupułów i braterskich więzów. Nieustająca walka o wpływy prowokuje do przekraczania granic etycznych, oślepia w pędzie do zwycięstwa i rozdawania synekur wiernym żołnierzom. Świat stał się na naszych oczach codzienną kampanią obietnic i lęków przed ich spełnieniem. Nic dziwnego, że pewne formy naśladownictwa dotykają także środowisko lekarskie. Nie żyjemy przecież w próżni.
Od lat 60. XX wieku czarne – albo raczej różowe – okulary w analizie przeszłości zastępuje dekonstrukcja. Kwestionowanie binarnych opozycji, takich jak „my – oni” lub „młodzi – starzy”, oraz obnażanie uprzedzeń i sprzeczności prowadzić mają do redefinicji pojęć i wyzwolenia ze stereotypu znaczeń. Sztywne podziały w dekonstrukcyjnej soczewce są sztuczne i niestabilne, wręcz śmieszne.
Oswobodzenie z sideł językowych otwiera zatem przestrzeń nowych interpretacji i renesansową perspektywę debaty publicznej. Niekończąca się krytyka istniejących systemów politycznych ma demaskować to, co pozornie niewidoczne, świadomie ukryte i z jakiegoś powodu przemilczane. Zagrożeniem takiego postrzegania idei jest relatywizm i brak trwałych punktów odniesienia, co niechybnie może prowadzić do deregulacji. Jej negatywną konsekwencją jest pojęcie „demokracji totalitarnej”.
Tak. Wciąż zacieramy granice między dobrem a złem, pokojem i wojną, lojalnym obywatelem i pospolitym przestępcą, pacjentem i lekarzem, szefem i podwładnym oraz mistrzem i uczniem. Czy kogoś jeszcze dziwi przykładanie różnych miar do podobnych występków i sprzeczność poglądów? Czy kogoś ominęła przekupna moralność zaciskającej gardło bezczelności dawnych kompanów? Komu jest obca bezsilność wobec retoryki szytej na miarę zwycięstwa po trupach, pocukrzonej marionetkowym głosowaniem i szydzącej z mniejszości?
Koniunkturalizm wygrywa od niepamiętnych czasów niezależnie od PESEL-u, płci, wyznania, zawodu, rasy, poglądów i wady wzroku. Dlatego przeszłość jest zawsze prologiem do współczesnego rozdziału, który piszemy, choćbyśmy się od niej odcinali na tysiąc sposobów. Dlatego przeszłość jest jak genetyka natury ludzkiej i kultura doświadczeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bez niej nie ma przyszłości.
Dekonstruując złożoną strukturę tekstu, idei i dzieł sztuki na czynniki pierwsze, bawiąc się formą, funkcją i tradycją, można podobno stworzyć coś nowatorskiego, odnajdując pierwotny sens. W moim odczuciu to teza dość ryzykowna, ale przecież nie studiowałem filozofii. Gdyby jednak przyjąć ów kierunek, to czy nie takiej właśnie drogi potrzebujemy w samorządzie lekarzy i lekarzy dentystów, w którym w walce o władzę gubimy powód istnienia?
Tak. Niemal cztery lata temu nie tylko ja straciłem okulary. Nie mam już złudzeń, że na zawsze.
Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026