2 marca 2026

Kryzys narodzin

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba ludności Polski na koniec 2025 r. wyniosła nieco ponad 37,3 mln i była mniejsza o około 157 tys. w porównaniu do stanu sprzed roku.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat populacja naszego kraju zmniejszyła się o ponad milion ludzi. Jak podkreśla GUS, przyczyną tego stanu rzeczy jest przede wszystkim ujemny przyrost naturalny, wynikający z niskiej i wciąż malejącej liczby urodzeń przy wysokiej liczbie zgonów.

Z roku na rok rodzi się coraz mniej dzieci. Tkwimy w tym trendzie z dekady na dekadę i notujemy kolejne niechlubne rekordy. Szacunki wstępne za 2025 r. mówią o 238 tys. urodzeń żywych (to ok. 14 tys. mniej niż w 2024 r.) i 406 tys. zgonów ogółem. Tak źle nie było od początku wykonywania pomiarów. Dla porównania: chociażby jeszcze w 2015 r. urodziło się 369,3 tys. dzieci, a w 1990 r. niemal 548 tysięcy. O baby boomie z 1983 r. (723 tys. dzieci) możemy już tylko pomarzyć.

– Zmniejszająca się liczba urodzeń to proces, który zachodzi w Polsce od ponad 30 lat i cały czas postępuje – podkreśla Mateusz Łakomy, ekspert ds. demografii. Zaznacza, że w tym okresie zdarzały się momenty drobnych odbić, np. w 2017 r., ale generalnie tendencja jest wyraźnie spadkowa.

– Co prawda w ostatnich dwóch latach obserwujemy lekkie wypłaszczenie po silnych pikach od czasu pandemii COVID-19, ale to tylko lekkie spowolnienie. W najbliższej dekadzie spodziewamy się dalszego spadku liczby urodzeń – prognozuje specjalista, dodając jednak, że w kolejnych latach będą wchodzić w wiek reprodukcyjny kobiety z tych kilku stosunkowo liczniejszych roczników, w których rodziło się więcej dzieci, więc przez moment będzie lepiej. To jednak chwilowy trend.

– Jeśli państwo nie podejmie systemowych działań, które rzeczywiście będą oddziaływać na wzrost wskaźnika dzietności, to pod koniec lat 30. i na początku lat 40. XXI w. można się spodziewać jeszcze bardziej dynamicznego spadku urodzeń – uważa Mateusz Łakomy.

Luka płodności

Prognozy są bezlitosne: coraz starsza struktura ludności każe przewidywać, że w najbliższych latach problem będzie się pogłębiał, a według symulacji eksperymentalnej GUS liczba ludności w 2060 r. może się zmniejszyć nawet do 28,4 mln. Przyjmuje się, że w państwach rozwiniętych zastępowalność pokoleń zapewnia utrzymanie współczynnika dzietności na poziomie 2,1. Tymczasem w naszym kraju wyniósł on zaledwie 1,16 w 2023 r. Co gorsza, biorąc pod uwagę dostępne już krajowe dane za 2024 r., obniżył się do poziomu 1,10.

Jak wypadamy na tle innych krajów? Średnia dla krajów OECD w 2023 r. (najnowsze dostępne dane) oscylowała wokół 1,43. Rekordowo wysoko pod tym względem wypadł Izrael (2,89), pozostałe 37 krajów wchodzących w skład Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju nie dobiły do pułapu 2,1, ale zdecydowana większość osiągnęła lepszy wynik niż my. W zestawieniu gorsze współczynniki dzietności zanotowały tylko Hiszpania (1,12) i Korea Południowa (0,72). Z kolei biorąc pod uwagę wszystkie kraje z Europy, plasujemy się w grupie z najniższą dzietnością na kontynencie – wspólnie z Hiszpanią, Litwą i Maltą (dane Eurostatu).

Dlaczego tak się dzieje?

Sytuację dość precyzyjnie tłumaczy opracowanie „Sytuacja demograficzna Polski. Raport 2023–2024” autorstwa Rządowej Rady Ludnościowej. W dokumencie, który ujrzał światło dzienne pod koniec ubiegłego roku, podkreśla się, że Polki rodzą pierwsze dziecko coraz później – średnio w wieku 28,2 lat – oraz coraz częściej rezygnują z urodzeń kolejnych dzieci. Autorzy opracowania zwracają uwagę, że utrzymywanie się niskiej dzietności w Polsce wynika z tego, że spadek natężenia urodzeń w młodszym wieku (do 30. roku życia) nie jest kompensowany wzrostem urodzeń w starszym wieku (30–49 lat).

Iga Wermińska‑Wiśnicka, socjolożka i członkini centrum badawczego „Młodzi w Centrum Lab” działającego przy Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu SWPS, wyjaśnia, że jednym z kluczowych pojęć opisujących spadek dzietności w krajach wysokorozwiniętych jest „drugie przejście demograficzne”. Oznacza ono, że wraz ze wzrostem jakości życia, łatwiejszym dostępem do antykoncepcji, zmianami w strukturze rodziny oraz rosnącym znaczeniem indywidualnych potrzeb ludzie coraz rzadziej decydują się na posiadanie wielu dzieci.

Dr Justyna Kopczyńska, socjolożka z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, podkreśla, że choć w debacie publicznej często mówi się o kryzysie demograficznym, z socjologicznego punktu widzenia jest to uproszczenie. – Owszem, mamy do czynienia z trwałym spadkiem dzietności i starzeniem się społeczeństwa, jednak określenie „kryzys” sugeruje nagłe załamanie czy tąpnięcie, podczas gdy obserwowane procesy są w dużej mierze efektem długofalowych, strukturalnych zmian: wzrostu poziomu edukacji kobiet i ich aktywności zawodowej, postępującej urbanizacji, a także zmiany modelu rodziny. Zamiast nostalgii za modelem rodziny z lat 70. i 80. potrzebne są – jak wskazuje – skuteczne polityki publiczne odpowiadające na nowe realia społeczne.

Niepewność, bariery systemowe, zmiany kulturowe

Przyczyny spadku dzietności w Polsce mają dziś przede wszystkim charakter społeczno‑ekonomiczny. Dr Kopczyńska zwraca uwagę, że medialna narracja często sprowadza decyzję o bezdzietności do egoizmu, podczas gdy w rzeczywistości kluczową rolę odgrywa poczucie niepewności.

– Przede wszystkim wpływa na to powszechne poczucie niepewności zatrudnienia, dochodów czy przyszłości. Młodzi Polacy funkcjonują w warunkach przedłużającej się tymczasowości, są zatrudniani na niskopłatne umowy czasowe, ponoszą nieproporcjonalnie wysokie koszty życia, do tego warto dodać niestabilny rynek mieszkaniowy, i to wszystko sprawia, że decyzja o macierzyństwie czy rodzicielstwie jest odsuwana w czasie. W Polsce to kobiety ponoszą największy koszt rodzicielstwa – przerwy w karierze, wolniejszy awans, a w konsekwencji niższe emerytury. Dla wielu dobrze wykształconych kobiet decyzja o dziecku wiąże się z realnym ryzykiem zawodowej degradacji.

Wraz z przemianami społecznymi macierzyństwo przestało być jedyną społecznie poprawną ścieżką. Coraz większa akceptacja dla różnorodności sprawia, że decyzja o założeniu rodziny staje się świadomym wyborem, a nie obowiązkiem.

Socjologowie podkreślają, że możliwe jest jednoczesne tworzenie warunków sprzyjających rodzicielstwu i akceptacja decyzji o nieposiadaniu dzieci. Jak zauważa Iga Wermińska‑Wiśnicka, empatyczna postawa wobec wyborów innych osób poprawia jakość relacji społecznych. – W dłuższej perspektywie taka postawa społeczna może pośrednio doprowadzić do zwiększenia liczby narodzin, kiedy młode osoby będą czuły, że społeczeństwo jest im przychylne jako młodym rodzicom i stara się pomóc albo nie przeszkadzać, zamiast krytykować i nadmiernie zauważać „trudne” zachowania dzieci w przestrzeni publicznej.

Dr Kopczyńska z kolei zaznacza, że stabilność zatrudnienia, dochodów oraz dostęp do usług publicznych, zwłaszcza opieki medycznej i instytucjonalnej, mają kluczowe znaczenie dla decyzji prokreacyjnych. – W badaniach widzimy, że wiele osób deklaruje chęć posiadania dzieci, ale odkłada tę decyzję w czasie lub z niej rezygnuje z powodów ekonomicznych, mieszkaniowych czy zdrowotnych.

Warto też pamiętać o rosnącym problemie niepłodności, związanym często z wysokim poziomem stresu i późnym wiekiem podejmowania decyzji prokreacyjnych. Bezdzietność często nie jest więc wyrazem braku chęci, lecz konsekwencją systemowych ograniczeń. Choć w mediach częściej mówi się o kobietach, również wielu mężczyzn nie chce mieć dzieci. Jednocześnie to kobiety doświadczają większej presji społecznej i ponoszą większe ryzyko związane z rodzicielstwem.

Justyna Kopczyńska zauważa, że kobiety są dziś bardziej niezależne ekonomicznie i symbolicznie, co należy traktować jako cywilizacyjny sukces. Jednak instytucje: rynek pracy, polityka rodzinna czy normy kulturowe, nie nadążają za tą zmianą. To może prowadzić do napięć określanych jako kryzys damsko‑męski. Nowe oczekiwania wobec związków, czyli partnerstwo, równość, otwarta komunikacja, zderzają się ze starymi wzorcami ról płciowych. Budowanie relacji wymaga dziś więcej czasu, bezpieczeństwa i kompetencji emocjonalnych.

Iluzja idealnego partnera

Joanna Godecka i Sylwia Stodulska‑Jurczyk, autorki książki „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania”, podkreślają, że wirtualny świat diametralnie zmienił sposób budowania relacji. Godecka zauważa, że wielu singli boi się odsłonięcia prawdy o sobie: – Prawdziwa relacja nie rodzi się z dobrze przygotowanego scenariusza, tylko z odwagi, by pokazać się takim, jakim się jest z całą niepewnością, lękiem i niedoskonałością.

Jak podkreśla w tej publikacji dr n. med. Robert Kowalczyk, psycholog i certyfikowany seksuolog kliniczny, aplikacje randkowe stały się „miłosnym Zalando”, supermarketem uczuć. – To paradoks współczesnych relacji. Z jednej strony możemy przebierać, przesuwając palcem w lewo lub prawo, ale z drugiej – często nie zauważamy, że sami również stajemy się elementem tego rynku. W efekcie więzi stają się warunkowe, oparte na spełnianiu listy oczekiwań, które często są projekcją naszych pragnień i deficytów.

– Relacja powinna być przestrzenią dialogu, kompromisu i różnorodności – zauważają autorki książki. Wszystkie opisane czynniki – ekonomiczne, kulturowe, emocjonalne i technologiczne – wpływają na decyzje dotyczące posiadania dzieci. Co ważne, coraz rzadziej dziecko jest traktowane jako „projekt zastępczy” dla niesatysfakcjonującej relacji czy braku sensu w życiu, co socjologowie oceniają jako pozytywną zmianę.

Niepłodność i jej przyczyny

Na dzietność wpływają też czynniki stricte medyczne. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia niepłodność definiowana jako niemożność zajścia w ciążę po 12 miesiącach regularnego współżycia seksualnego bez zabezpieczenia dotyczy jednej na sześć osób w wieku rozrodczym. To problem, z którym się mierzy 60–80 mln par na świecie.

U części par jest on związany z męską niepłodnością, u innych z kobiecą, często jednak zdarza się u obydwojga partnerów. Jak duża jest skala zjawiska w Polsce? Na podstawie badań z innych państw szacuje się, że może dotyczyć 1–1,5 mln par w wieku rozrodczym. Niestety nie wiemy tego dokładnie, bo brakuje danych epidemiologicznych dotyczących naszego kraju.

Do głównych przyczyn niepłodności u kobiet zaliczamy zaburzenia owulacji, niedrożność jajowodów oraz endometriozę. – Najczęstszym powodem zaburzeń owulacji jest zespół policystycznych jajników. Wyróżnia się cztery fenotypy PCOS, z których ostatni – D – jest mało charakterystyczny i trwa dyskusja nad wyłączeniem go z klasyfikacji do tego zespołu. Poważnym problemem jest coraz częściej rozpoznawane przedwczesne wygasanie czynności jajników, które ma trudne rokowania terapeutyczne. Na kobiecą płodność mogą także wpływać choroby tarczycy i hiperprolaktynemia – mówi prof. Artur Wdowiak, kierownik Zakładu Położnictwa i Ginekologii na Wydziale Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Na obniżenie płodności kobiet istotnie wpływa również endometrioza. – Choroba ta powoduje przewlekły stan zapalny w miednicy mniejszej i sprzyja powstawaniu zrostów wewnątrzotrzewnowych, które mogą wywołać niedrożność jajowodów oraz problemy z pękaniem pęcherzyka. Endometrioza może też tworzyć ogniska w jajniku, nie zawsze widoczne w badaniu ultrasonograficznym. Komórki jajowe wzrastające w takim środowisku mają mniejszy potencjał rozrodczy, co obserwujemy dopiero u kobiet poddawanych procedurze zapłodnienia pozaustrojowego – wyjaśnia prof. Wdowiak.

– Podejrzewa się, że negatywnie na płodność kobiecą mogą również oddziaływać czynniki środowiskowe, między innymi kumulowanie się w organizmie mikroplastiku i działanie pyłów zawieszonych w powietrzu czy pól elektromagnetycznych, ale ten obszar nie jest jeszcze wystarczająco zbadany i brakuje twardych dowodów naukowych. Mikroplastik ma działanie zbliżone do działania estrogenów, można więc przypuszczać, że skumulowany w dużej ilości w organizmie kobiety może zaburzać owulację – dodaje kierownik Zakładu Położnictwa i Ginekologii UM w Lublinie.

Biorąc pod uwagę wyraźnie widoczny trend podejmowania decyzji o macierzyństwie w coraz późniejszym wieku, jednym z największych wyzwań w walce z niepłodnością staje się upływający czas rozrodczy.

Wiek jest ważnym czynnikiem wpływającym na płodność – u mężczyzn pogarsza się jakość nasienia (m.in. liczba, ruchliwość i budowa plemników), a w przypadku kobiet postępujący proces starzenia organizmu obniża jakość i liczbę komórek jajowych. – Obecnie bardzo często zgłaszają się pacjentki, których problemy z niepłodnością są związane z ich zaawansowanym wiekiem rozrodczym. To ma kluczowe znaczenie w podejściu do leczenia i sprawia, że u starszych kobiet zaleca się przyspieszenie diagnostyki i terapii niepłodności. Trzeba też uczciwie uświadomić parę, jaką mają szansę na ciążę przy zastosowaniu danej metody leczniczej – stwierdza prof. Artur Wdowiak.

Męskie sprawy

Czynnik męski niepłodności jest najczęściej związany z obniżonymi parametrami nasienia. – W większości przypadków, poza sytuacjami, w których stwierdzamy azoospermię, mężczyźni nie są niepłodni, lecz mają obniżoną płodność w stopniu od lekkiego do ciężkiego. Część z nich zostaje ojcami w sposób naturalny, choć może to trwać nieco dłużej – mówi prof. Michał Radwan, konsultant wojewódzki w zakresie endokrynologii klinicznej i rozrodczości dla województwa łódzkiego.

W takich sytuacjach mężczyźni nie trafiają do ośrodków leczenia niepłodności, lecz po prostu odbierają swoje dzieci z porodówek. Dotyczy to zwłaszcza przypadków, gdy partnerka ma dobrą płodność, wynikającą m.in. z młodego wieku, prawidłowej jakości komórek jajowych, regularnych cykli owulacyjnych oraz braku innych czynników obniżających szanse na ciążę. – Dlatego gdy parametry nasienia znajdują się poniżej zakresu referencyjnego, sytuację pary zawsze należy analizować łącznie z oceną płodności kobiety – zwraca uwagę specjalista. Na jakość nasienia niebagatelny wpływ mają zaburzenia czynności hormonalnej jąder.

– Nieprawidłowości hormonalne obniżające męską płodność bardzo często dotyczą rozregulowania hormonalnego układu podwzgórze –przysadka–jądra, odpowiedzialnego za proces spermatogenezy i produkcję testosteronu – tłumaczy prof. Jolanta Słowikowska-Hilczer, kierownik Katedry Andrologii i Endokrynologii Płodności oraz Zakładu Endokrynologii Płodności Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Jakie są tego przyczyny?

– Jest ich mnóstwo, w tym wiek i czynniki środowiskowe, m.in. nieodpowiedni styl życia, otyłość, niedożywienie, zbyt mała/nadmierna aktywność fizyczna, niektóre choroby ogólnoustrojowe. Wiemy też coraz więcej na temat potencjalnie negatywnego wpływu substancji chemicznych, w tym plastiku, który ma działanie estrogenopodobne i antyandrogenne – wylicza prof. Słowikowska-Hilczer.

Ekspertka wyjaśnia, że zaburzenia hormonalne można próbować wyrównywać farmakologicznie, szczególnie jeśli mamy do czynienia z niedoczynnością podwzgórza, przysadki lub jąder, i w ten sposób pobudzać jądra do produkcji plemników i testosteronu. – Jeśli pomimo stymulacji procesu spermatogenezy i zmiany stylu życia nie udaje się poprawić płodności, jedyną szansą pozostaje zapłodnienie pozaustrojowe (in vitro) – zwraca uwagę prof. Słowikowska-Hilczer.

Dodaje, że może się również zdarzyć, że z produkcją plemników jest wszystko w porządku, ale występują zaburzenia ich transmisji przez drogi wyprowadzające lub istnieje problem ze zdolnością plemnika do zapłodnienia komórki jajowej. Problem ten może mieć podłoże genetyczne, ale mogą go powodować także infekcje bakteryjne lub wirusowe oraz stany zapalne w męskim układzie płciowym.

Jak tłumaczy prof. Michał Radwan, w większości przypadków nie jesteśmy w stanie jednoznacznie zidentyfikować przyczyn obniżenia parametrów nasienia. – Coraz więcej danych wskazuje, że między innymi starzenie się mężczyzny zaczyna mieć istotne znaczenie dla płodności, szczególnie po 40. roku życia. Wpływ ten jest jednak zdecydowanie mniejszy niż w przypadku kobiet – podkreśla prof. Radwan.

Dodaje, że wśród rzadko występujących przyczyn, lecz prowadzących do ciężkich nieprawidłowości nasienia, znajdują się czynniki genetyczne. Jak wyjaśnia, obecnie znamy kilka z nich: są to nieprawidłowości w kariotypie oraz mutacje odpowiedzialne za azoospermię, w tym mutacje genu CFTR, związane z mukowiscydozą. Niewykluczone jednak, że w przyszłości zidentyfikowane zostaną kolejne uwarunkowania genetyczne.

Podstawą diagnostyki męskiej niepłodności jest seminogram, czyli badanie ogólnych parametrów nasienia. Ponieważ podlegają one naturalnym wahaniom, w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości badanie należy powtórzyć po około miesiącu. W wybranych sytuacjach wskazana jest bardziej pogłębiona diagnostyka.

– Należy jednak podkreślić, że wiele komercyjnych tzw. rozszerzonych badań nasienia nie ma udokumentowanej wartości klinicznej zgodnie z zasadami medycyny opartej na dowodach. Do standardowej diagnostyki należą natomiast badania hormonalne. W celu wykluczenia chorób układu moczowo-płciowego lub zaburzeń anatomicznych pacjent powinien zostać skierowany do urologa – stwierdza prof. Radwan.

– Możliwe jest poprawienie jakości nasienia w sytuacjach, gdy przyczyną są zaburzenia hormonalne lub infekcyjne. W wybranych przypadkach wykonuje się również operacyjne leczenie żylaków powrózka nasiennego, choć skuteczność tych zabiegów u części pacjentów pozostaje przedmiotem dyskusji. Niestety, bardzo często nie mamy możliwości leczenia przyczynowego i wówczas konieczne jest zastosowane zapłodnienia pozaustrojowego – ocenia specjalista.

W raporcie autorstwa Rządowej Rady Ludnościowej podkreśla się, że na wzrost płodności po 30. roku życia może wpłynąć poprawa dostępu do diagnostyki i leczenia niepłodności oraz możliwości zapłodnienia pozaustrojowego. Według najnowszej edycji rankingu Europejskiego Atlasu Polityki Dostępu do Leczenia Niepłodności (2025), w którym uwzględniono 49 państw, Polska zajęła 19. miejsce, tym samym awansując o 22 pozycje w odniesieniu do 2021 r.

Lidia Sulikowska, Sylwia Wamej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026