Oddział zamknięty: coraz więcej miast bez porodówek
Lesko, Leżajsk, Turek – lista miast bez porodówek rośnie. Dla jednych to nieunikniona konsekwencja demografii i rachunku ekonomicznego. Dla innych ryzyko wydłużonego transportu i samotnego porodu bez zaplecza specjalistycznego. Nowe „pokoje narodzin” mają być rozwiązaniem. Pytanie: czy wystarczającym?

Jak wynika z danych NFZ, w 2010 r. w Polsce było ponad 403 tys. porodów, pięć lat później ta liczba spadła do niecałych 364 tys. W 2020 r. zarejestrowano już 345 tys. porodów, a cztery lata później tylko 244,4 tys. Rodzi się coraz mniej dzieci i według prognoz demograficznych ten trend będzie się utrzymywał.
W 2025 r. tylko w woj. małopolskim przyjęto o 754 porodów mniej niż w 2024 r. To oznacza wymierne konsekwencje dla oddziałów ginekologiczno-położniczych. Te, w których rodzi się mało dzieci, są sukcesywnie zamykane lub przekształcane w ginekologię planową, bez porodówek.
Mapa porodówek się kurczy
Według danych z biuletynów statystycznych Ministerstwa Zdrowia w 2017 r. w szpitalach stacjonarnych ogólnych mieliśmy 18 tys. łóżek na oddziałach ginekologiczno-położniczych, a w 2024 r. ta liczba spadła do 12,8 tys. W 2014 r. w Polsce działało około 400 oddziałów ginekologiczno-położniczych, ale mapa porodówek z roku na rok się kurczy.
Z doniesień „Rzeczpospolitej” dowiadujemy się, że pod koniec 2025 r. w Polsce działały 284 porodówki, a teraz jest ich jeszcze mniej, bo w styczniu zamknięto 18 z nich. Wraz z początkiem roku oficjalnie wygaszono działalność ostatniej porodówki w Bieszczadach. To była formalność, bo faktycznie oddział położniczy w Lesku nie działał od lipca, tyle że był zawieszony. Z danych NFZ wynika, że w pierwszej połowie ubiegłego roku przyjęto w nim 72 porody, a w całym 2024 r. było ich 198.
– Z Wetliny czy Wołosatego to jest ponad dwie godziny dojazdu do najbliższej porodówki. To realny czas, a nie wyliczenia z mapy. Najbliższe szpitale z oddziałami położniczymi znajdują się w Brzozowie, Krośnie, Przemyślu i Rzeszowie – tak skomentował tę sytuację w radiu Tok FM lokalny działacz społeczny Duszan Augustyn.
Z końcem roku przestał też działać oddział ginekologiczno-położniczy i noworodkowy w szpitalu w Leżajsku, pozostała tam tylko ginekologia planowa. Pacjentki z regionu najbliższe porodówki mają w Łańcucie (ok. 30 km dalej) i Rzeszowie (ok. 45 km dalej).
Jak wyjaśnia dyrektor tej placówki Jerzy Jama, podjęto taką decyzję ze względu na małą liczbę porodów przy jednoczesnych dużych kosztach utrzymania. – W ubiegłym roku urodziło się u nas jedynie 273 dzieci. To mniej niż jeden poród na dobę. Mieliśmy stratę rzędu kilku milionów złotych – tłumaczy dyrektor szpitala w Leżajsku.
Była strata. Zachęcamy, by rodzić w innym miejscu
Wcześniej z prowadzenia oddziałów położniczych zrezygnowały m.in. szpitale w Nowym Tomyślu, Chodzieży, Gostyniu, Przeworsku, Nowym Mieście Lubawskim, Ostródzie, Żorach, Siemianowicach Śląskich i w Brzesku, gdzie dotychczasowy oddział ginekologiczno-położniczy przekształcono w oddział ginekologii i ginekologii onkologicznej. Porodówki od dłuższego czasu nie ma też m.in. w szpitalu w Busku-Zdroju.
W zamian jest ginekologia jednego dnia. Z komunikatu zamieszczonego na stronie placówki dowiadujemy się, że oddziały ginekologiczno-położniczy i neonatologiczny wygenerowały w 2023 r. stratę w wysokości ponad 3,4 mln zł. W związku z zaistniałą sytuacją szpital zachęca rodzące pacjentki do korzystania z Kliniki Położnictwa i Ginekologii WSzZ w Kielcach.
W szpitalu w Turku oddział położniczy i noworodkowy oficjalnie zamknięto 1 lutego br., ale de facto nie działał już wcześniej. Zawieszono jego działalność już w lipcu ubiegłego roku. Powód zamknięcia: starta finansowa i rażący spadek liczby porodów. – W ostatnich dwóch miesiącach działalności mieliśmy 5–7 porodów miesięcznie – mówi Jacek Sawicki, dyrektor placówki.
Interwencyjny dyżur położnej
Tam, gdzie nie ma już porodówek, mają powstawać tzw. interwencyjne punkty położnicze, nazywane także izbami porodowymi albo salami czy pokojami narodzin. Od 31 stycznia obowiązują przepisy wprowadzające świadczenie zorganizowanej całodobowej opieki położnej wraz z zapewnieniem zabezpieczenia transportowego w szpitalach posiadających izbę przyjęć lub szpitalny oddział ratunkowy, ale które nie mają porodówki i są oddalone od najbliższej placówki z oddziałem ginekologiczno-położniczym o ponad 25 km.
Zgodnie z nowelizacją rozporządzenia ministra zdrowia świadczenie „opieka nad kobietą w ciąży lub kobietą rodzącą realizowana przez położną” obejmuje zbadanie przez położną ciężarnej, która się zgłosi do szpitala, ocenę stanu zaawansowania akcji porodowej i w razie potrzeby transport pacjentki do szpitala z porodówką albo przyjęcie porodu wynikające z etapu jego zaawansowania.
Opieka musi być realizowana w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu, wyposażonym m.in. w aparat KTG, kardiomonitor, łóżko porodowe, łóżeczko dla noworodka, fotel ginekologiczny, stanowisko do resuscytacji noworodka, urządzenie do nieinwazyjnego wsparcia oddechu, inkubator zamknięty lub otwarty do opieki podstawowej i zestaw porodowy. Jednym z wymogów zapisanych w rozporządzeniu jest zapewnienie całodobowego dostępu do środka transportu z odpowiednim wyposażeniem oraz z udziałem położnej i ratownika medycznego.
Biuro Komunikacji Społecznej i Promocji NFZ tłumaczy, że świadczenie może być realizowane w placówkach medycznych, które spełnią kryteria określone w rozporządzeniu, po zgłoszeniu chęci jego realizacji do właściwego oddziału wojewódzkiego. Zgodnie z zarządzeniem NFZ z 9 lutego br. świadczenie będzie finansowane w sposób ryczałtowy. Zostało ono dodane jako skojarzony zakres świadczeń do umowy o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej w przypadku realizacji świadczeń SOR lub IP. Dobowy ryczałt wynosi 8664 zł.
Gwałtowny przebieg i bezpieczeństwo
Ministerstwo Zdrowia w opublikowanym komunikacie zapewnia, że porody w takim miejscu mają się odbywać incydentalnie – tylko gdy stopień zaawansowania akcji porodowej uniemożliwi bezpieczny transport pacjentki do najbliższego szpitala posiadającego oddział ginekologiczno-położniczy.
Podczas konferencji prasowej, która odbyła się w połowie stycznia, wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski wyjaśniał, że w interwencyjnych punktach położniczych nie będzie planowych porodów fizjologicznych. – To miejsca, w których będzie możliwość zapewnienia bezpieczeństwa w sytuacji nieplanowanego porodu, który może mieć gwałtowny przebieg. W Polsce zdarzają się one niezwykle rzadko – uspokajał wiceszef resortu zdrowia.
Rozporządzenie wzbudziło jednak obawy, żeby nie powiedzieć, że wręcz zderzyło się z falą krytyki. O pomyśle w alarmującym tonie zaczęły się rozpisywać media. Zanim dokument zaczął obowiązywać, w styczniu w Sejmie odbyła się dyskusja na jego temat, podczas której Urszula Rusecka (PiS) mówiła, że „od grudnia 2023 r. zamknięto 42 oddziały położnicze” i że teraz „kobiety mają rodzić na SOR-ach”, a Barbara Bartuś (PiS) stwierdziła, że „to rozporządzenie jest zielonym światłem do likwidacji porodówek” i że „cofa opiekę okołoporodową o 20 lat”.
Obecny w Sejmie wiceminister Tomasz Maciejewski odpowiadał, że rozporządzenie nie przenosi porodów na SOR, a wprowadza w wydzielonych pomieszczeniach pokoje narodzin tylko na nagłe i rzadkie sytuacje. Podkreślił też, że standardem pozostaje poród w oddziale ginekologiczno-położniczym.
Umknęło to, co kluczowe?
W związku z pojawiającymi się wątpliwościami związanymi z zamykaniem nierentownych porodówek i próbami zastępowania ich tzw. izbami porodowymi rodzi się pytanie, czy jednak nie byłoby bezpieczniej dla pacjentki, gdyby miała porodówkę w szpitalu bliżej miejsca zamieszkania? Czy nie lepiej doinwestować te małe porodówki, zamiast godzić się z ich likwidacją?
– W położnictwie umiejętności praktyczne są bardzo ważne. Jeżeli się ich nie praktykuje codziennie, to doświadczenie jest mniejsze, a opieka okołoporodowa dużo gorsza. Utrzymywanie oddziału z niedużą liczbą porodów nie tylko jest nierentowne, ale też niebezpieczne, więc ta centralizacja ma uzasadnienie – ocenia prof. Przemysław Kosiński, kierownik Oddziału Klinicznego Położnictwa, Perinatologii, Ginekologii i Rozrodczości Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Podobne zdanie w tej kwestii ma prof. Sebastian Kwiatkowski, kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 2 PUM w Szczecinie, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.
– Większa koncentracja oddziałów położniczych jest właściwym krokiem. Zespoły funkcjonujące na porodówkach, gdzie rodzi się mało dzieci, są mniej doświadczone, zwłaszcza jeśli chodzi o groźne powikłania. Ponadto większe ośrodki mogą sobie pozwolić na szersze spektrum działania, w tym bank krwi i odpowiednio rozbudowany zespół, co daje pełne bezpieczeństwo kobietom – mówi prof. Sebastian Kwiatkowski.
Dodaje, że w samej dyskusji o tzw. pokojach narodzin zawiodła komunikacja. – Rzucono hasło „porody na SOR-ze” i rozpoczęła się lawina krytyki. Niestety tym, którzy wdrażają ten pomysł w życie, nie udało się skutecznie skorygować tego przekazu. To spowodowało wzrost poczucia niepewności wśród kobiet. Umknęło natomiast to, co jest kluczowe, czyli żeby docelowo pacjentki trafiały do miejsc, w których można im zapewnić najlepszą opiekę – uważa prof. Sebastian Kwiatkowski.
Jednocześnie zwraca uwagę, że brakuje przemyślanej, długofalowej strategii dla położnictwa. – Najpierw należałoby zaprezentować ogólnopolski plan sieci oddziałów położnictwa zgodny z mapą potrzeb zdrowotnych i na tej podstawie podejmować decyzje o zamykaniu porodówek, ich konsolidacji lub utrzymaniu, również uwzględniając kryteria jakościowe, jakie trzeba zapewnić. Potem wyjaśnić, jak będzie wyglądał transport i opieka dla sytuacji awaryjnych. Tymczasem można odnieść wrażenie, że działamy reaktywnie, bo zaczynamy od próby zaradzenia problemowi zamykanych porodówek bez informacji, czy jest na to wszystko jakiś szerszy plan – ocenia wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.
Uwag nie uwzględniono
W przestrzeni publicznej pojawiły się głosy krytyczne co do konkretnych rozwiązań zawartych w ministerialnym rozporządzeniu dotyczącym tzw. pokojów narodzin. Wątpliwości zgłaszano już na etapie projektowania dokumentu. Pojawiła się m.in. uwaga dotycząca kryterium odległościowego 25 km od najbliższego oddziału ginekologiczno-położniczego. Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Obornikach wskazał, że „kluczowym czynnikiem dla bezpieczeństwa pacjentki jest rzeczywisty czas dotarcia do placówki udzielającej świadczeń dla kobiet w ciąży lub rodzących, a nie odległość pomiędzy placówkami udzielającymi świadczenia”. Uwagi nie uwzględniono.
Z kolei Fundacja Rodzić po Ludzku m.in. zwróciła uwagę, że projekt „mimo dobrej intencji nie odpowiada na główne wyzwania, z którymi mierzy się dziś system opieki okołoporodowej”. W ocenie Fundacji zabrakło wskazania kierunku reorganizacji opieki w związku z zamykaniem się oddziałów położniczych. „Projekt nie przedstawia strategii, która odpowiadałaby na pytanie, jak zapewnić równy i bezpieczny dostęp do opieki w sytuacji dynamicznych zmian demograficznych” – podkreśliła organizacja w uwagach do projektu rozporządzenia.
W raporcie z konsultacji publicznych czytamy też m.in. o uwagach dotyczących potrzeby zapewnienia całodobowej dostępności lekarza specjalisty w dziedzinie położnictwa i ginekologii oraz pediatry/neonatologa. Tej uwagi też nie uwzględniono, pozostając przy zespole: położna przeszkolona w zakresie resuscytacji noworodka plus ratownik medyczny. W wymogach zapisano natomiast, że w godz. 8.00–18.00 w dni powszednie ma działać poradnia położniczo-ginekologiczna z lekarzem na pokładzie.
– Nieraz doświadczyłam sytuacji, w której poród przebiegał książkowo i nagle zaczynały się komplikacje, ale na oddziale położniczym jest zespół, który wspiera się nawzajem. Tymczasem w pokoju narodzin położna jest osamotniona, bez lekarza. Sama idea nie jest zła i może dać realne wsparcie kobietom w miejscach, gdzie zamykane są porodówki, ale to powinno być inaczej zorganizowane – ocenia Anna Janik, położna, wiceprezes Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych.
Na pytanie skierowane do Ministerstwa Zdrowia, czy w związku z obawami, jakie pojawiły w kontekście realizacji tego świadczenia, planowane są zmiany w wymogach rozporządzenia, Wydział ds. Mediów MZ odpowiedział, że zawiera ono długą listę wymagań formalnych, dotyczących personelu, wyposażenia w sprzęt i aparaturę medyczną oraz organizacji udzielania świadczeń opieki zdrowotnej. Dodano, że projekt tego dokumentu został opracowany w ścisłej współpracy z prof. Ewą Wender-Ożegowską, konsultantem krajowym w dziedzinie położnictwa i ginekologii, przy wsparciu specjalistów z dziedziny perinatologii.
Na własnych zasadach
Pozostaje pytanie, czy dyrektorzy szpitali, gdzie nie ma porodówek, będą chcieli to świadczenie realizować. W szpitalu w Leżajsku wraz z zamknięciem porodówki już wcześniej zapewniono całodobowy dyżur położnej, ale na własnych zasadach.
– To nasza oddolna inicjatywa, zorganizowaliśmy tę opiekę po swojemu. Położna pełni dyżur w naszym SOR-ze, a w razie gdyby pojawiła się ciężarna kobieta, jest dla niej zapewniona sala na bloku porodowym, który pozostał po zamknięciu oddziału położniczego. Zapewniamy też transport pacjentki do najbliższej porodówki. W ten sposób chcemy zapewnić w razie sytuacji awaryjnej bezpieczeństwo pacjentkom z naszego terenu. Obecnie analizujemy, czy realizować taką pomoc w ramach świadczenia na warunkach określonych w rozporządzeniu MZ i zarządzeniu NFZ – mówi Jerzy Jama, dyrektor tej placówki.
To nie jest odosobniony przypadek. Podobna inicjatywa powstała między innymi w Szpitalu w Turku. – Od czasu zawieszenia porodówki, czyli od lipca 2025 r., uruchomiliśmy z własnej inicjatywy opiekę dla pacjentek, gdyby awaryjnie do nas trafiły. Cały czas w szpitalu działa oddział ginekologii z pododdziałem ginekologii małoinwazyjnej i dyżurujący tam lekarze oraz położne w sytuacji incydentalnej odbiorą poród. Jest do dyspozycji w pełni wyposażona sala porodowa, podpisaliśmy też umowę z karetką specjalistyczną do transportu noworodków – mówi Jacek Sawicki, dyrektor placówki.
Lidia Sulikowska
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026