22 stycznia 2026

Tybet: widok z dachu (foto)

Tybet – największy i najwyżej położony płaskowyż świata. Kraina legend, mistyki i tradycji buddyjskiej. Kraj świętych miejsc i pielgrzymów, którzy je okrążają. Ojczyzna ludzi twardych, ale pogodnych. Przestwór rozrzedzonego powietrza – aż do utraty tchu.

Choroba wysokościowa jest nieznośnym wspomnieniem z Lhasy. Ból głowy, spowolnione tempo marszu z walizką i krótszy oddech. Pierwsza noc bez snu. Druga, po zażyciu leków, już spokojniejsza. Trzecia, wyrwana z szybko upływających godzin, zapatrzona w rozświetlony pałac Potala. Czwarta jak modlitewna runda wokół świątyni. Z pytaniami, których nie wolno głośno zadać, zaprogramowanymi odpowiedziami tubylców i powtarzanym przez nich zdaniem: „My tu wszyscy jesteśmy Chińczykami”.

Rys czasu

Historia państwowości Dachu Świata sięga początków naszej ery i wywodzi się z królestwa Szang-Szung, które podbiła dynastia z Jarlungu. Jej władcy z boskim mandatem zstąpili z nieba po sznurku i kontrolowali od VII do IX wieku imperium jedwabnego szlaku. Przedbuddyjskie tradycje poprzedził szamanizm, wyparty przez tantrystów i lamów w 632 r., kiedy zbudowano 12 kaplic rozmieszczonych w trzech koncentrycznych kręgach z centrum w Lhasie. Odtąd trzy mandale chroniły kraj od demonów.

Gdy powstaje klasztor Samje, mieszka w nim tylko siedmiu rdzennych mnichów, będących wzorem do naśladowania. Po dwóch wiekach prosperity nastaje 150 lat marginalizacji na rzecz wyznawców bönu. Renesans buddyzmu (tzw. nowy przekaz) wybucha wraz z przybyciem z Indii – Atīśa – nauczyciela dharmy i tłumacza tekstów religijnych. W XIV wieku jeden z reformatorów Congkhapa zakłada w tym duchu szkołę geluga (żółtych czapek), z której wyjdą dalajlamowie.

Za czasów Dżyngis-chana i jego następców Tybet nie tylko nie był zniszczony, ale uczynił z Mongołów wiernych wyznawców buddyzmu.

Polityka „kapłan i patron” zapewniała symbiozę, w której mistrzowie tybetańscy byli nauczycielami mongolskich, a później także chińskich władców w zamian za protekcję lamów, fundowanie klasztorów, co prowadziło do utrwalenia teokratycznego państwa w XVII wieku. Na jego czele stały kolejne reinkarnacje zwierzchników, aż po współczesność. Zniszczenie klasztorów, które gromadziły bogactwa, odgrywały rolę uniwersytetów buddyjskich i były domem tysięcy rezydujących w nich mnichów, rozpoczęła Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza w październiku 1950 r., pokonując armię tybetańską pod Qamdo.

Narastający od 1911 r. konflikt i ogłoszenie niepodległości dwa lata później symbolicznie kończy upadek powstania tybetańskiego. W 1956 r. do Indii ucieka Dalajlama XIV. Pogromy ludności podczas pokojowego wyzwolenia liczone są w setkach tysięcy Tybetańczyków, których stracono, zagłodzono, torturowano i wykorzystywano do niewolniczej pracy w obozach reedukacji, by wszystko odbudować pod flagą Republiki Ludowej.

Rys świętości

Od pierwszego spaceru po Lhasie wiadomo, że Tybet to święta ziemia i cel wielu pielgrzymek. Wierni słuchają nauk w klasztorach, recytując mantry, okrążają obiekty kultu, składają ofiary i zapalają przed posągami setki maślanych lampek. Najbardziej widowiskowa dla turysty jest praktyka dharmy, gdzie trasa peregrynacji odmierzana jest długościami ciała. Co trzeci krok trzeba wykonać pełen pokłon na ziemi, oczyszczając karmę i pozbawiając się „ja”, wstać i dalej tak robić, jak długo tylko pozwolą mięśnie.

Lhasa nazywana jest Miastem Bogów. Zakwaterowanie w stolicy pozwala na osobiste didaskalia. W katedrze Dżokhang, zbudowanej w VII wieku w miejscu dawnego jeziora, znajduje się cudowny posąg Buddy – Dżoło. Ze złotego dachu, bogato zdobionego symbolami, otwiera się widok na starówkę, góry, plac przed sanktuarium, chorągwie zwycięstwa, koła dharmy z jelonkami po bokach, ośnieżone po nocy szczyty i górujący nad doliną Szczęśliwej Rzeki pałac Potala.

Monumentalna siedziba dalajlamów z tysiącem sal wypełnionych skarbami kultury dumnie pozuje do zdjęć o każdej porze dnia i nocy.

Po przeciwnej stronie Czerwonego rozciąga się masyw Żelaznego Wzgórza, gdzie od XVII wieku stał rozebrany w latach 80. minionego stulecia budynek Kolegium Medycznego, z którego murów tłumiono powstańczy bunt w 1959 r. Pomiędzy wzniesieniami rozpościerają sią zalesione alejki i plac fontann, otoczone przez zasieki i miejsca kontroli tożsamości. Paszport przydaje się w Tybecie na każdym kroku. Zapisane biometrią ja pilnuje porządku i wielu turystom to się nawet podoba.

Na skraju Lhasy, w Parku Klejnotów (Norbulinka) nazywanym letnią rezydencją dalajlamów, warto zajrzeć do pałacu i pawilonów, skąd uciekał na emigrację Najczcigodniejszy, Doskonałej Chwały, Elokwentny, Inteligentny Dzierżawca Nauk, Ocean Mądrości – Tenzin Gjaco – laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 1989 r. Zanim wybudowano Potalę, centrum politycznym Tybetu był Drepung, założony w 1416 r. W jego murach mieszkała największa na świecie społeczność klasztorna, licząca w czasach świetności dziesięć tysięcy mnichów.

Z kolei w rozległym klasztorze Sera, na zacienionym wierzbami dziedzińcu, wciąż można przyglądać się widowiskowym, publicznym debatom nowicjuszy i nauczycieli z charakterystycznym klaskaniem. Nieopodal, pośród portretów lamów namalowanych na skałach zaczyna się ścieżka na niebiański cmentarz – miejsce tradycyjnych pochówków przez powietrze, gdzie poćwiartowane zwłoki oddawane są sępom jako ostatnia ofiara zmarłego.

Rys nieśmiertelności

Kiedy jechaliśmy w kierunku przełęczy Kambala położonej na wysokości 4998 m n.p.m., z widokiem na jezioro Yamdrok, pozwolono pilotowi na drobną korektę trasy i turystyczną pielgrzymkę wzdłuż skał z wymalowanymi drabinkami do nieba. Szukaliśmy miejsca, gdzie odprawiane są tradycyjne pośmiertne rytuały.

Wśród trzepoczących tybetańskich flag w pięciu kolorach, szepcących na wietrze nadrukowane modlitwy, autokar zatrzymał się między górską ścianą i rozlewiskiem spokojnego nurtu rzeki. W ciszy szli z nami Tybetańczycy, odświętnie ubrani i zmęczeni drogą z odległych wiosek. Na przybrzeżnej polanie trwał obrzęd rozsypywania mąki (?), która żarząc się, była źródłem pełzającego po ziemi dymu. Brodząc w nim, przywołałem z pamięci esej o szamańsko-buddyjskich praktykach, gdzie kremacja czy grzebanie ciał zastąpiona jest kręgiem życia.

Nie wszyscy jednak mogą sobie pozwolić na powietrzny pochówek w wysokich partiach gór, a tym bardziej na złożenie namaszczonego wonnościami ciała do stupy. Mniej zamożni pozostawiani są na pożarcie nie tylko ptakom, ale także psom. Jeszcze inni po rozczłonkowaniu korpusu oraz rozbiciu kości i czaszki wrzucani są do rzek, stając się karmą dla ryb. I w takim właśnie miejscu, między ziemią a niebem, się znaleźliśmy…

Rys równowagi

Zaglądanie do obcego domu jest co najmniej krępujące. Inspekcje turystyczne w gospodarstwach na tybetańskiej wsi są mimo to wpisane do programu wycieczki. Suszone placki gnojne służące do opalania i klepisko zamiast podłogi w chłopskiej chacie nie przesłaniają jednak niezwykłej gościnności Tybetańczyków. Zdając sobie sprawę z faktu, że wybór danej rodziny nie jest przypadkowy, docenić należy stół z prostymi potrawami: orzeszki, rodzynki, gotowane ziemniaki, pierożki, herbata z gryki i wino na zacierze, któremu bliżej do samogonu.

W pokojach na pierwszym planie są obrazy przywódców Chińskiej Republiki Ludowej. W sypialni sporo miejsca zajmują buddyjskie ołtarzyki.

Równowaga między władcami ciała i ducha tylko początkowo zaskakuje, ale przy bliższym poznaniu uświadamia racjonalizm ludzi żyjących w krainie zimnej i kamienistej. Trudy codzienności kompensowane są otwartością i uśmiechem, chętnym pozowaniem do fotografii i pasją mnożenia roślin w doniczkach, zasłaniających kolorami kwiatów szarość biedy. Obórka z krową i cielakiem, stodoła, latryna, kilka narzędzi rolniczych. Wszystko zamknięte w niewielkiej murowanej zagrodzie z izbami mieszkalnymi.

Klisza z wyprawy na wysokie przełęcze, na których pasą się jaki, a w punktach widokowych wystawiane są stragany ze starą biżuterią z pięknymi kamieniami, kontrastuje z restauracjami Lhasy zapraszającymi na pseudofolkowe pokazy tańca i śpiewu. Przebudowa i komercjalizacja stolicy w stylu Państwa Środka widoczna jest niemal na każdym kroku. Towarzyszą jej sesje zdjęciowe nowych mieszkańców w strojach regionalnych i, jakby na przekór, modowe stylizacje z dumą zakładane przez młode Tybetanki. Pielgrzymi mieszają się z turystami. W kadrze panoramy z pałacem Potali wszyscy wydają się być Tybetańczykami, chociaż nikt rozsądny tego nie mówi ani cicho, ani tym bardziej głośno.

Jarosław Wanecki

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 12/2025-1/2026