Wzywa mnie cichy zew gór
Warto wierzyć w siebie, ale i odważyć się zaryzykować, bo taka jest droga do spełnienia marzeń – mówi Beata Rucińska-Grygiel, ortodontka i miłośniczka wypraw wysokogórskich, zdobywczyni Korony Wulkanów Ziemi oraz trójboju antarktycznego.

Jest 13 grudnia 2025 r. Beata Rucińska-Grygiel startuje z lotniska w Berlinie do Paryża. Ma ze sobą dwie duże torby podróżne, każda po 25 kg, i 10 kg w plecaku podręcznym. W środku między innymi sporo ubrań (warstwy lekkie, średnie i grube, w tym kurtki puchowe) i sprzęt wspinaczkowy. Po wylądowaniu w stolicy Francji ma kolejny lot – do Santiago de Chile.
Stamtąd leci do chilijskiego Punta Arenas, często określanego położonym najbardziej na południe miastem świata (choć to kwestia sporna). To przedostatni przystanek w drodze na Antarktydę. Tam jednak loty nie odbywają się zgodnie z rozkładem. Plan wyznaczają okienka pogodowe. Czasem czeka się kilka dni. Wreszcie się udaje.
Wraz z innymi pasjonatami wypraw, które śmiało można zaliczyć do kategorii ekstremalnych, ląduje niedaleko Union Glacier Camp, bazy położonej na lodowcu w Górach Ellswortha. Na Antarktydzie jest o tej porze lato polarne, ale i tak w najzimniejszych częściach regionu temperatura może spaść nawet do -40 st. C. To najzimniejszy, najsuchszy i najbardziej wietrzny kontynent.
Jedni przybywają tutaj, bo chcą przejść na nartach trasę liczącą 60 mil morskich, biegnącą od 89 równoleżnika do bieguna południowego, ciągnąc za sobą na saniach ekwipunek niezbędny do przeżycia. Inni chcą zdobyć Mount Vinson (4892 m n.p.m.), najwyższy szczyt tego kontynentu. Część idzie na Mount Sidley (4285 m n.p.m.), najwyższy wulkan Antarktydy. Dla Beaty Rucińskiej-Grygiel celem są wszystkie trzy wyzwania.
Trójbój antarktyczny
– Chociaż od dłuższego czasu marzyłam o tym, żeby znaleźć się na biegunie południowym, to pojechałam tam przede wszystkim dla Mount Sidley, bo tylko jego brakowało mi do zdobycia Korony Wulkanów Ziemi. Pomiędzy znalazł się Mt Vinson. I tak powstał projekt antarktycznego combo, czyli ukończenia wszystkich tych aktywności w ciągu jednego miesiąca – wspomina ortodontka.
Trasa na biegun południowy zajęła jej siedem dni. Codzienna rutyna? – Pobudka, topisz śnieg na kuchence, robisz sobie śniadanie, napełniasz termosy gorącym napojem, pakujesz całodniowe przekąski do kieszeni kurtki, zwijasz namiot, pakujesz bagaż na sanki i w drogę. Co godzinę masz maksymalnie 10 minut przerwy. I tak 6–8 godzin dziennie. Wieczorem rozkładasz namiot, przygotowujesz kolację. Wszystko, co chcesz zjeść, trzeba w nocy rozmrozić w śpiworze i trzymać blisko ciała – opowiada.
Na miejsce dotarła 27 grudnia. – Przed wyjazdem każde z moich dorosłych już dzieci przygotowało kartkę świąteczną. Odczytywałam życzenia dzień po dniu w święta. Dodały mi otuchy i motywacji. W namiocie miałam też malusieńką, kilkucentymetrową choinkę, którą podarowała mi mama. Nawet na końcu świata można mieć wzruszające święta Bożego Narodzenia – opowiada.
Na biegunie południowym latem dostępny jest zorganizowany kamping namiotowy dla podróżników.– Czekasz tam, a jakże, na okienko pogodowe, aby wrócić transportem samolotowym do Union Glacier – tłumaczy. Potem zdobyła Mount Vinson, a na koniec wisienka na antarktycznym torcie, czyli Mt Sidley, zostając, jak wyliczyła, trzecią Polką i siódmym Polakiem, którzy zdobyli Koronę Wulkanów Ziemi, i pierwszą Polką, która ukończyła trójbój antarktyczny. Na Antarktydzie spędziła niemal sześć tygodni.
– Jestem dumna z tego, że dałam radę. Ta wyprawa nauczyła mnie wytrwałości w dążeniu do celu i w jego realizacji, a także że warto uwierzyć w siebie, a trochę i zaryzykować, bo taka jest droga do spełnienia marzeń. Nawet nie chciałam myśleć, jak daleko byłam od jakiegokolwiek punktu pomocy medycznej. Jakbym zaczęła się nad tym zastanawiać, pewnie nie ruszyłabym z miejsca – śmieje się podróżniczka.
Dodaje, że na Antarktydzie najbardziej dokuczał jej surowy klimat. – Wydawało mi się, że jestem bardziej odporna na zimno, dobrze je znoszę, regularnie morsuję. Zdarzyły się jednak momenty, kiedy przez dwie godziny rozgrzewałam się w śpiworze, żeby zabrać się za topienie śniegu na posiłek. Na szczęście były też cieplejsze dni – wspomina Beata Rucińska-Grygiel.
Kocham świat ponad chmurami
Droga od pierwszego do ostatniego szczytu zaliczanego do Korony Wulkanów Ziemi zajęła jej około 6,5 roku. Który z nich był najtrudniejszy? – Zdecydowanie ten najwyższy, czyli Ojos del Salado (6893 m n.p.m.), położony w Andach na granicy Chile i Argentyny, zdobywany bez wspomagania tlenem. Po jego zdobyciu poczułam ogromną ulgę, że mam to już za sobą – śmieje się.
Kiedy pytam, która z wypraw najbardziej utkwiła jej w pamięci, bez wahania wymienia Papuę Nową Gwineę. Tłumaczy, że ten kraj jednocześnie ją zachwycił i przeraził. Pojechała tam, by wspiąć się na Mount Giluwe, najwyższy wulkan Australii i Oceanii (4368 m n.p.m.).
– Pamiętam, że podczas wspinaczki nawet nasi lokalni przewodnicy nie czuli się zbyt pewnie. Na terenach wysokogórskich mieszkają plemiona, które mają zatargi między sobą. Co ciekawe, żyjący tam ludzie porozumiewają się dźwiękiem naśladującym specyficzny odgłos ptaków. Jak tylko go słyszeliśmy, cała ekipa się rozglądała, czy to ptaki, czy to te plemiona są w okolicy. Bardzo mnie zauroczył też Iran, gdzie w górach Elburs drzemie majestatyczny wulkan Damavand (5610 m n.p.m.) – mówi ortodontka.
Jej przygoda z górami zaczęła się na studiach. Związała się ze Szczecińskim Klubem Wysokogórskim, ale ta aktywność koncentrowała się na wspinaczce skałkowej. Jak przyznaje, nie stała się ona jej pasją. – Wolę przemierzać długie dystanse, czuć przestrzeń i to, że można o własnych siłach znaleźć się tak wysoko, aby podziwiać świat ponad chmurami. To mi w duszy gra. Wzywa mnie cichy zew gór, ale to nawet nie chodzi o zdobycie szczytu. Najcenniejsza jest droga, wyprawowe emocje, ludzie, z którymi idziesz, lokalna kultura i społeczności, które poznajesz.
Zanim jednak zaczęła na poważnie przygodę z wyprawami wysokogórskimi, upłynęło sporo czasu. Najpierw zrealizowała swoje cele zawodowe: specjalizacja z ortodoncji, potem doktorat, podręcznik dla studentów. Jak tłumaczy, dopiero gdy dzieci podrosły, postanowiła się wybrać w wysokie góry. – Pierwszą wyprawą był trekking w Himalajach – do bazy pod Everestem. Tam wchodziliśmy na wysokość ok. 5600 m n.p.m. Było pięknie, organizm dobrze się aklimatyzował, więc rozwijanie pasji nabrało tempa – tłumaczy.
Niekończąca się historia
Aby się dobrze przygotować do wypraw, dużo trenuje. Wzmacnia układ kostno-mięśniowo-stawowy, buduje wytrzymałość. W gabinecie stomatologicznym czekają na nią buty sportowe, bo często biega w pobliskim parku. W domu jej wielkim motywatorem i wiernymi towarzyszami treningów są psy. Smycz do ręki, plecak z 20 kg obciążeniem na plecy i na spacer. Nie zamierza zwalniać tempa. Jak mówi, potrzebuje wyjazdu w góry wysokie 1–2 razy w roku, bo to pozwala jej przewietrzyć głowę, wyjść z codziennego kołowrotka i naładować wewnętrzne baterie. To jej sposób na odpoczywanie.
Poza szczytami zaliczanymi do Korony Wulkanów Ziemi ma na swoim koncie także m.in. Ararat, Kazbek, Ras Dashen, Aconcaguę. – W trasie na Kilimandżaro za zgodą władz Tanzanii nieopodal tego najwyższego szczytu Afryki wraz z grupą znajomych zamontowaliśmy tablicę upamiętniającą Aleksandra Dobę, podróżnika, który stracił życie na tej górze w 2021 r. – wspomina.
Do Korony Ziemi pozostały jej trzy góry: Mount Everest (8848 m n.p.m.), Denali (6190 m n.p.m.), Piramida Carstensza (4884 m n.p.m.). – Ekipa znajomych poznanych na Antarktydzie namawia mnie na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, czyli Denali na Alasce. Zobaczymy. Na pewno wciąż będę szukać ciekawych wulkanów. Chciałabym także dotrzeć na biegun północny. To niekończąca się historia – deklaruje Beata Rucińska-Grygiel.
Jako ortopeda szczękowy – ortodonta na co dzień modeluje rysy twarzy i uśmiechy pacjentów. Podkreśla, że ta praca daje jej dużo satysfakcji. – Pacjenci przed leczeniem często nie potrafią się przełamać, aby się uśmiechnąć. Po leczeniu robią to bez obaw, radość widać nie tylko na twarzy, są po prostu szczęśliwsi i pewniejsi siebie. To niesamowicie motywuje do działania. Jestem wdzięczna losowi, który mnie skierował do tej pracy. Po studiach zostałam na stażu podyplomowym w Katedrze Ortodoncji Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego i pracowałam tam ponad 25 lat, obecnie wspólnie z mężem prowadzę prywatną praktykę ortodontyczną – podsumowuje swoją opowieść.
Wraz z mężem, szóstką kotów i czterema psami mieszka we wsi Łęgi położonej niedaleko Szczecina.
Lidia Sulikowska
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026