Życie jest piosenką
Specjalizuję się w organizacji wycieczek teatralnych. Towarzystwo miłośników Melpomeny, które prowadzę od szesnastu już lat, lubi wsiąść do autokaru, słuchać o celu podróży i zajmować miejsca na nieznanej widowni.

W drodze powrotnej jest czas na krytyczną dyskusję o realizacji, bez strachu o narażenie się na śmieszność. Każdy ma przecież inną wrażliwość i doświadczenie. Nie raz i nie dwa moi teatrofani spotykają się po przedstawieniu z aktorem, reżyserem lub dyrektorem sceny.
Takie bonusy okraszone zdjęciami i autografami nadają wspomnieniom dodatkowy sznyt. Wymiany zdań z twórcami są przeważnie niebanalne, swobodne, wyzbyte kokieterii i dalekie od plotek. Nierzadko zabawne i niepozbawione lapsusów, zgrabnie wykorzystywanych do otwierania następnych wątków.
Andrzej Seweryn chętnie wpisuje do kalendarza spotkania z publicznością. Nic więc dziwnego, że jadąc na spektakl muzyczny „Cygan w Polskim”, poprosiłem o rozmowę z udziałem bohatera koncertu, czyli tytułowego Jacka Cygana, poety piosenki, który w poprzednim roku miał w Opolu benefis 75. urodzin. Dlatego, siedząc na schodkach prowadzących na scenę z burzą słów i nut w głowie, zapytałem gospodarzy o kondycję i plany na przyszłość, wskazując wprost, że dyrektor Teatru Polskiego kończy w tym roku 80 lat.
Odpowiedzi nie zaskoczyły. Zapotrzebowanie na kolejne role i nowe teksty wciąż się wzmaga, zamiast gasnąć. Angaże nie pozwalają Panom na rozczulanie się nad bólem w krzyżu i opuchniętymi nadgarstkami, a okrzyk z wersu: „nie pędź tak proszę, daj odpocząć” jest błogosławionym wołaniem na puszczy. Cezura „za starzy na grzech, za młodzi na sen”, nieustannie się przesuwa, a z mojego doświadczania wynika, że każdy ma podobnie, niezależnie od zawodu i płci. „C’est la vie”… „Czas nas uczy pogody”… „Jak zostawić coś, czego nie zatrze czas?… „Jakie życie, taka śmierć. Nie dziwi nic”.
Do historii można przejść na różne sposoby. Będąc w środku wydarzeń lub opisując je z zewnątrz. W roli oprawcy albo ofiary. Z łatką wielkiego wodza, częściej wiernego żołnierza. Próbując być uczciwym fajtłapą w kontrze do genialnego bandyty. Wymyślając nowe patenty lub małpując dawne melodie na współczesną modłę. Uroczo mijając się z prawdą i niszcząc wszystko szczerością aż do bólu. W historii i teatrze gra się różne role.
Nie po raz pierwszy sprowokowałem Andrzeja Seweryna do wyznań o drażniącym dźwięku telefonów podczas spektaklu. Oczywiście z dwu stron sceny, gdy odzywają się w torebkach starszych pań albo w kieszeni aktora ku przerażeniu realizatorów, zmieniających naprędce nieprofesjonalny epizod w anegdotę deformującą się z biegiem lat i z biegiem dni. Kto, kiedy, jak? Niezależnie od kreacji historię i tak stworzą ludzie zasłuchani w dowcipne, pikantne lub groteskowe opowiastki o komediantach.
Na Broadwayu niepochlebna recenzja zdejmuje afisz. W życiu jeden telefon z góry, paszkwil ścigający się z poddańczymi pochwałami, donos, insynuacja, notatka służbowa i niedopowiedzenia urastają do apeli strzelistych niczym hamletowskie „być albo nie być?”. W takich wypadkach to już nawet SMS od samego Pana Boga nie pomoże. „Życie to nie teatr” śpiewał Stachura, ale rzeczywiście jest w nim dużo refrenów, które z ochotą powtarzają bywalcy lóż i publika sprowadzona do parteru.
Jaki mamy wpływ na partyturę kolejnych dni? Moim zdaniem marny, ale jedno jest pewne. W sinusoidach koniunktur lub, jak kto woli, kołach fortuny, wczorajszy biały welon, zawsze zastępują białe włosy. I jeśli bierzemy udział w jakiejś inscenizacji, najbardziej boli nie rozgłos hejtu, ale mur milczenia i głuchy telefon. Tylko oklaski i gwizdy są odnotowywane w mediach i literackiej fikcji, najtrafniej przedstawiającej wieloznaczność faktów, niuanse różnorodności, dysocjacje i aberracje rzeczywistości. „Nie dajmy się (więc) zwariować”…
Podczas koncertów w Teatrze Polskim Jacek Cygan opowiada o autorskim tłumaczeniu znanej ze stanu wojennego hiszpańskiej pieśni. Polskie słowo „mury” Jacka Kaczmarskiego zajmuje w niej „pal”, niosąc nadzieję, że pęta, którymi jesteśmy do niego przywiązani, zostaną zerwane. Potrzeba do tego jednak wielu rąk i… pieśni. Któż inny jak nie Andrzej Seweryn, aresztowany w 1968 r. i współpracujący z KOR-em, mógłby zrobić to lepiej. „Gdy każdy z nas uderzy w pal. Ja złapię tu. Ty złapiesz tam. Aż w końcu runie (…) i odsłoni wolny świat”. Wracając, zastanawiałem się, jakie piosenki śpiewają lekarze, wierząc w piękno bez fałszu i widoku na pal.
Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026