31 marca 2026

Anna Gołębicka: Paliwo atomowe od ratujących Henia

Są takie historie, które zatrzymują nas w pół kroku. Nie dlatego, że są spektakularne w sensie medycznym – choć i takie bywają – ale dlatego, że przypominają nam, kim jesteśmy, zanim staniemy się lekarzami, ekonomistami, konsultantami. Przypominają, że lekarz nie jest Bogiem, że pod białym fartuchem, eleganckim garniturem, grubym płaszczem ludzie mają wielkie serca.

Fot. Monika Szałek

Jedna z takich historii zaczęła się od słowa, którego nikt nie chce usłyszeć. Białaczka. Tym razem nie u pacjenta z oddziału, nie w statystyce, nie w prezentacji na zjeździe naukowym. U Henia, najmłodszego synka kolegi z czasów protestów i głodówki lekarzy rezydentów – Krzysia Ostaszewskiego. Chodził wtedy do mediów z ręką w gipsie i mówił o sytuacji lekarzy. Po naszych spotkaniach „spiskowców” biegał pomagać w hospicjum. On onkolog, żona ortopedka dziecięca. A teraz Henio z białaczką, brak szpiku, który można przeszczepić. Lek, który  daje szanse jeszcze niedostępny w Polsce. To, że oboje są lekarzami niczego tu nie zmieniało. Potrzebni byli dawcy szpiku i pieniądze na bardzo drogi lek, bo wbrew temu co mówią media, nie wszyscy lekarze zarabiają krocie.

I wtedy wydarzyło się coś, co trudno opisać językiem raportów, recept, epikryz czy komunikatów prasowych. Rodzice Henia sami zorganizowali akcję, poprosili znajomych inni włączyli się sami.

Nie wiem, ilu dokładnie ludzi zgłosiło się do bazy dawców szpiku. Docierały tylko fragmenty: tu 30 osób, tam 50, gdzieś indziej kolejna grupa. Setki zgłoszeń, a przecież to tylko te, o których ktoś zdążył powiedzieć – mówi tata Henia. Radomskie Centrum Onkologii, gdzie pracuje Krzysztof, zorganizowało akcję wymazywanie pod szpitalem. Sąsiadka stoi pod kościołem po mszy i zaczepia ludzi, aby zgłosili się na dawców szpiku dla Henia. Jak żebraczka zamiast monet zbiera szansę na życie. W jedną niedzielę zebrała kilkanaście osób. A tych niedziel było kilka. Nikt jej za to nie płacił, nikt jej nie kazał. Po prostu uznała, że tak trzeba.

Kolega z pracy dzwoni, choć dawno nie mieli kontaktu, bo zobaczył wiadomość krążącą gdzieś po WhatsAppie. Ktoś z kursu chirurgii ręki w Bukareszcie nagle staje się częścią tej historii. Znajomi z gier fabularnych rozsyłają informacje po swoich światach – tych wirtualnych i tych zupełnie realnych. Babcia Henia, nie płacze bezradnie, ale obdzwania wszystkich znajomych, bo ma świadomość jak wiele od tego zależy.

A równolegle dzieje się codzienność, ta najtrudniejsza do uniesienia. Ktoś pomaga i odbiera starsze dzieci ze szkoły. Ktoś przysyła zakupy – zwyczajne, z listy: szynka, ser. Ktoś inny pamięta o rzeczach, o których łatwo zapomnieć, kiedy świat się wali: pampersy, płyn do prania, szampon. Sąsiedzi gotują Heniowi rosołki. Ktoś podwozi paczki, ktoś inny przywozi uśmiech. Nagle pojawia się zebra i lew z „Pingwinów z Madagaskaru”, wysłane tego samego dnia, bo ktoś usłyszał, że mały pacjent właśnie to lubi. I w tym jednym geście jest więcej medycyny, niż w niejednym podręczniku.

Ta historia pokazuje coś, o czym często zapominamy: że ludzie naprawdę chcą być dla siebie dobrzy. Że potrafią się zorganizować, zaufać, poruszyć niebo i ziemię – bez konkursów, bez rozporządzeń, bez punktów edukacyjnych. I że lekarze, którzy pomagają innym, też mają prawo powiedzieć: „potrzebuję”. Bo kiedy to zdanie w końcu pada, dzieje się coś niezwykłego. Świat odpowiada.

Słyszymy te opowieści jedna po drugiej. Każda kolejna jest jak iskra. Paliwo rakietowe dla morale – ktoś tak to nazwał i trudno o lepsze określenie. Bo nagle okazuje się, że pod warstwą zmęczenia, frustracji, systemowych absurdów jest coś jeszcze. Coś trwałego. Jarek Biliński, Łukasz Jankowski i inni, którzy kiedyś walczyli o rezydentów teraz włączają się do pomocy Heniowi.

Tylko że ta historia ma też swoją cichą, nieco gorzką puentę. Bo kiedy patrzy się na to wszystko – na te setki ludzi, na sąsiadów, znajomych, lekarzy, przypadkowych przechodniów – trudno nie pomyśleć: jakie to piękne. I jak bardzo szkoda, że nie żyjemy tak na co dzień. Że potrzebna jest choroba dziecka, żebyśmy przypomnieli sobie, jak być razem. Że dopiero wtedy znajdujemy czas, uważność, odwagę, żeby podejść do drugiego człowieka i powiedzieć: „pomogę”.

A przecież moglibyśmy trochę częściej. Może nie od razu w skali ogólnopolskiej akcji. Może po prostu zaczynając od telefonu, od drobnego gestu. Od tego symbolicznego rosołu, który czasem znaczy tak wiele.

Bo jeśli ta historia czegoś uczy, to nie tylko tego, że w trudnych chwilach potrafimy być wspaniali. Uczy też, że naprawdę szkoda byłoby zostawiać tę wersję siebie tylko na czas kryzysu. I, że warto być dobrym lekarzem, ale jeszcze bardziej warto być dobrym człowiekiem.

Anna Gołębicka, ekonomistka, strateg komunikacji i zarządzania

Zbiórka trwa: https://www.siepomaga.pl/henio-ostaszewski