Bezpieczeństwo lekowe: czy można polegać na Chinach i Indiach
Europa utraciła strategiczną autonomię w zakresie produkcji kluczowych składników leków. Duże uzależnienie od dostaw z Azji zagraża obywatelom Polski i pozostałych państw Unii Europejskiej.

Bezpieczeństwo lekowe można definiować na wiele sposobów. Autorzy niedawno wydanego przez Komitet Zdrowia Publicznego Polskiej Akademii Nauk raportu odnoszą je do trzech obszarów. Pierwszy obejmuje dostępność produktów leczniczych i wyrobów medycznych, w tym nadzór nad produkcją i dystrybucją. Drugi dotyczy stosowania ich przez chorych, np. monitorowania jakości, natomiast trzeci wiąże się z przygotowaniem na sytuacje kryzysowe, takie jak klęski żywiołowe, pandemie czy wojny.
Dwa pierwsze stanowią domenę ekspertów związanych z medycyną i polityką zdrowotną. Ostatni nie jest jednak zarezerwowany wyłącznie dla nich, ponieważ dotyczy odporności państwa, a w obliczu rosnących napięć geopolitycznych bezpieczeństwo lekowe zaczęło być traktowane jako ważny element bezpieczeństwa państwa. W skrajnie pesymistycznym scenariuszu niedobory farmaceutyków mogą stanowić egzystencjalne zagrożenie dla życia wielu osób.
Długie lata iluzji
Ćwierć wieku temu Europa odpowiadała za ponad połowę globalnej produkcji substancji czynnych. Z powodu krótkowzrocznych decyzji podejmowanych w Brukseli i stolicach państw członkowskich UE, które tworzyły presję kosztową i coraz mniej sprzyjające pod względem regulacyjnym otoczenie, produkcję zaczęto stopniowo przenosić do Azji. Władze w Pekinie i Nowym Delhi dostrzegły w tym szansę i zaczęły aktywnie wspierać rozwój przemysłu farmaceutycznego, co dodatkowo spotęgowało skalę zjawiska.
W 2020 r. za sprawą pandemii COVID-19, która zerwała łańcuchy dostaw w każdym sektorze gospodarki, temat bezpieczeństwa lekowego na stałe zagościł w debacie publicznej. Kiedy braki dały się we znaki w niektórych krajach naszego kontynentu, decydenci ze zdumieniem odkryli, że większość dostaw pochodzi z Azji. I że dotoczy to zarówno podstawowych farmaceutyków, jak i leków wykorzystywanych do ratowania życia.
Dopiero wówczas opinie o rosnącym uzależnieniu od kilku krajów produkujących kluczowe medykamenty i składniki farmaceutyczne, spychane przez wiele lat na margines debaty publicznej, zaczęły być traktowane z powagą. Część polityków zmieniła też zdanie za sprawą wzrostu napięć między Zachodem a Rosją i Chinami, zaostrzającej się rywalizacji na linii Waszyngton–Pekin czy powrotu na nasz kontynent wojny, w dodatku w niezwykle brutalnym wydaniu, w związku z rosyjską inwazją na Ukrainę.
Skala uzależnienia
W 2021 r. Komisja Europejska zwróciła uwagę na wysoką zależność UE od importu substancji czynnych i rosnącą koncentrację w zakresie ich wytwarzania w dwóch najliczniejszych krajach na świecie – Chinach i Indiach. Ostrzegła też, że 80 proc. substancji czynnych importowanych do Europy pochodzi z zaledwie pięciu krajów (Chiny, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Indonezja i Indie), a Państwo Środka, które pod przywództwem Xi Jinpinga zaczęło manifestować coraz bardziej antyzachodni kurs w polityce wewnętrznej i zagranicznej, odpowiada za 45 proc. wolumenu.
Obecnie szacuje się, że Europa sprowadza 80 proc. najbardziej powszechnych leków generycznych lub substancji wykorzystywanych do ich produkcji. Niektóre nie są jednak wytwarzane na naszym kontynencie w ogóle. 100-proc. zależność od importu występuje m.in. w przypadku leków ratujących życie w chorobach onkologicznych, sercowo-naczyniowych i autoimmunologicznych.
Potencjalne konsekwencje: kardiologia
We wrześniu 2025 r. Think Tank SGH dla ochrony zdrowia zaprezentował raport „Łańcuchy dostaw leków i substancji czynnych do Polski. Czy stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa zdrowotnego?”. Zwrócono w nim uwagę na niepokojącą zależność od importu substancji czynnych z Chin i podatność na zakłócenia globalnego łańcucha dostaw leków stosowanych w chorobach układu sercowo-naczyniowego, które są główną przyczyną zgonów w wielu krajach, także w Polsce.
Cytowany w raporcie prof. Marcin Grabowski z I Katedry i Kliniki Kardiologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego ocenił, że nawet kilkudniowa przerwa w dostępności do podstawowych leków kardiologicznych stwarza ryzyko pogorszenia stanu zdrowia tysięcy pacjentów z powodu przerwania terapii, co w konsekwencji może skutkować wzrostem liczby hospitalizacji. Możliwy jest też wzrost liczby zgonów.
– W perspektywie długoterminowej zachwianie łańcuchów dostaw leków kardiologicznych prowadzi do trwałego pogorszenia kontroli chorób przewlekłych, wzrostu śmiertelności i niepełnosprawności, utraty zaufania do systemu ochrony zdrowia, dodatkowych obciążeń finansowych systemu, wzrostu nierówności zdrowotnych i wreszcie ryzyka wtórnych problemów zdrowotnych – podkreślił ekspert.
Na równi z bezpieczeństwem militarnym
Niedobór leków może zostać wywołany z wielu powodów, np. klęski żywiołowej, epidemii, zerwania łańcuchów dostaw, ograniczeń w zakresie handlu międzynarodowym, problemów w transporcie morskim, drakońskich ceł, szantażu czy wybuchu konfliktu zbrojnego. Niezależnie od przyczyn skutki są łatwe do przewidzenia – problem w funkcjonowaniu opieki medycznej. Zagadką pozostaje tylko skala zjawiska.
Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że zapewnienie ciągłości farmakoterapii polskich pacjentów jest konieczne do prawidłowego funkcjonowania i obrony państwa, a bezpieczeństwo w kontekście produkcji leków w Polsce decyduje o jego odporności na rozmaite zagrożenia i kryzysy, dlatego powinno być traktowane na równi z bezpieczeństwem militarnym, cybernetycznym czy energetycznym.
– Co z tego, że lek zostanie opracowany, formalnie zarejestrowany w państwach UE i będzie nas nawet na niego stać, jeśli nie będzie fizycznie dostępny w Europie, ponieważ jest eksportowany na inne rynki, jest pod presją polityki międzynarodowej lub dostawy zostaną odcięte z powodu pandemii, zakłóceń w transporcie, napięć geopolitycznych, sankcji, ceł, blokad morskich lub otwartych konfliktów? Co się stanie, jeśli podobnie jak w przypadku energii z Rosji staniemy w obliczu nagłego i natychmiastowego odcięcia importu tych leków? – pyta Adam Jarubas, przewodniczący Komisji Zdrowia Publicznego Parlamentu Europejskiego.
Świat jest areną konfliktów
12 stycznia 2026 r. odbyło się pierwsze posiedzenie Rady Zdrowia powołanej miesiąc wcześniej przez prezydenta Karola Nawrockiego. Głównym tematem było bezpieczeństwo lekowe Polski. Eksperci podkreślali, że ostatnie lata przyniosły zasadniczą zmianę w postrzeganiu tego tematu. W przygotowanej przez Kancelarię Prezydenta publikacji zawarto diagnozę aktualnych zagrożeń i rekomendacje systemowe.
O wzmocnienie suwerenności lekowej apeluje m.in. środowisko lekarskie, zdając sobie sprawę z konsekwencji pustych półek w aptekach. W jednym ze stanowisk podjętych przez Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej czytamy m.in., że „w trosce o bezpieczeństwo pacjentów w Polsce należy dążyć do tego, aby krajowy przemysł produkcji leków i substancji czynnych w mniejszym stopniu niż obecnie był zależny od zagranicznych dostawców”.
Samorząd lekarski podkreślił, że po pandemii COVID-19 rynek leków i substancji czynnych stał się „zależny od zdarzeń o charakterze nadzwyczajnym”, ich produkcja i dystrybucja „może podlegać globalnym czynnikom o podłożu politycznym”, a rangę problemu podkreśla fakt, że „współczesny świat jest areną wielu konfliktów zbrojnych”.
Cena to nie wszystko
Poprawa dostępności i bezpieczeństwa w zakresie dostaw leków, które mają ograniczoną alternatywę lub ona nie istnieje, to główny cel Aktu o lekach krytycznych – rozporządzenia, które w unijnych dokumentach jest określane jako Critical Medicines Act. Komisja Europejska przedstawiła założenia projektu tego dokumentu w marcu 2025 r., a zainicjowanie prac było jednym z priorytetów prezydencji Polski w Radzie UE.
Kilka tygodni temu Rada Europejska, czyli instytucja wskazująca całej Unii kierunek działań politycznych i priorytety polityczne, uzgodniła stanowisko dotyczące aktu. Wskazała m.in., że w ocenach zamówień publicznych bezpieczeństwo dostaw powinno mieć pierwszeństwo przed kosztami. Negocjacje nad ostateczną treścią rozporządzenia rozpoczną się, gdy Parlament Europejski ustali swoje stanowisko.
– Ze względu na ceny leków krytycznych ich produkcja w Europie nie zawsze jest rentowna, bo koszt może być wyższy niż import gotowych produktów z Azji. Jednak trudno obliczyć cenę, którą przyszłoby zapłacić w sytuacji blokady dostaw z zagranicy. Dlatego potrzebne są instrumenty zapewniające rentowność i zbyt tej produkcji w UE – komentuje Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego – Krajowych Producentów Leków.
Mariusz Tomczak
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026