Jakub Sieczko: O Heweliuszu
Serial Holoubka to nie tylko rekonstrukcja morskiej tragedii, lecz także opowieść o mechanizmach, które prowadzą do każdej katastrofy – także medycznej: o bylejakości, przeciążeniu i złudnej wierze, że „jakoś to będzie”.

W ostatnich tygodniach triumfy święci pięcioodcinkowy serial Jana Holoubka nakręcony według scenariusza Kaspra Bajona. „Heweliusz” opowiada o katastrofie polskiego promu, który w nocy z 13 na 14 stycznia 1993 r. wypłynął w swój ostatni rejs. Tragiczny bilans zatonięcia jednostki na Morzu Bałtyckim to pięćdziesiąt sześć ofiar. Przeżyło jedynie dziewięć osób.
W chwili, gdy piszę te słowa, serial znajduje się wśród dziesięciu najpopularniejszych produkcji Netflixa w sześćdziesięciu pięciu krajach – opowieść, wydawałoby się, specyficznie polska znajduje entuzjastycznych odbiorców na wszystkich szerokościach geograficznych. To pewnie zasługa pełnej rozmachu produkcji, trzymającego w napięciu scenariusza, wiarygodnej gry aktorskiej, wreszcie scenografii odmalowującej wiernie szary (choć przez wielu z nas wspominany z nostalgią) świat wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Jeśli ktoś z państwa „Heweliusza” jeszcze nie widział – najgoręcej polecam. Obejrzałem wszystkie pięć odcinków jeden po drugim, nie mogąc oderwać się od ekranu.
„Zorientowałam się w końcu, że to przecież jest o Smoleńsku” – powiedziała mi jedna z uważnych widzek, z którą o serialu Holoubka rozmawiałem. Zgadzam się z tą opinią. Jak każdą epicką, wielowarstwową opowieść można „Heweliusza” odczytywać na wiele sposobów. Dwie katastrofy oddalone od siebie o ponad siedemnaście lat łączy bardzo wiele – i tu, i tam dramat zaczyna się dużo wcześniej niż feralnego dnia – od bylejakości, łamania procedur, niedoborów sprzętowych i ludzkich, mentalności „jakoś to będzie” i „śmiało, zmieścisz się”.
W obu katastrofach mamy opowieść o wraku, który z czasem obrasta legendami; są też teorie spiskowe, których głosiciele próbują szukać drugiego, trzeciego i piątego dna (nomen omen). Jest wreszcie niezwykle silna potrzeba znalezienia kozła ofiarnego – uczynienia pojedynczego człowieka symbolem katastrofy, namalowania jego obrazu w czarnych barwach, przydania mu cech najgorszych z możliwych. Są wreszcie polityczne wojny, w których odłamkami dostają najczęściej najsłabsi, Bogu ducha winni.
Skoro więc „Heweliusza”, nie bez powodu porównywanego do brytyjsko-amerykańskiego serialu „Czarnobyl” z 2019 r., można odczytywać wielowarstwowo, pomyślałem, że można też w nim jak w soczewce zobaczyć obraz patologii trawiących wiele sfer polskiego życia publicznego. I my, medycy, mieliśmy w III RP swoje katastrofy – te wielkie, ale też codzienne, mniejsze. Najbardziej wstrząsająca z nich to pewnie słynna sprawa łódzkich „łowców skór”.
Każdy z nas jednak, jeśli pracuje w zawodzie już przynajmniej kilka lat, zachowuje w pamięci pacjenta bądź pacjentkę będących jego prywatnym Titanikiem czy Heweliuszem. Nie pamiętamy dziesiątków czy setek udanych diagnoz, operacji, znieczuleń czy akcji ratunkowych. Pamiętamy tego chorego lub chorą, podczas leczenia którego bądź której wszystko zawaliło się jak domek z kart, a nasze starania kończyliśmy ze zwieszoną głową, patrząc na uporczywie płaską linię na monitorze EKG.
Lubię czytać o rozwiązaniach bezpieczeństwa stosowanych w lotnictwie. To dziedzina bardzo zbliżona do tej, którą zajmujemy się my – wszak też stawką potencjalnego błędu jest ludzkie życie. Popularna wśród lotników jest teoria szwajcarskiego sera. Za Urzędem Lotnictwa Cywilnego podaję jej treść: „W analogii do sera zakłada się, że nie ma takiego plastra, który byłby bez dziur, jednakże to, czy da się przejść przez taki blok sera, zależy od tego, jak te dziury są rozłożone względem siebie. Budowa systemu bezpieczeństwa polega zatem na budowaniu silnych barier przy świadomości, że żadna z nich nie jest pozbawiona wad”.
Na większość trudnych pytań, np. „Jak to możliwe, że prom ważący sto dwadzieścia ton przewrócił się na Bałtyku do góry dnem?”, odpowiedź brzmi „To skomplikowane”. O tym mówi nam między innymi teoria szwajcarskiego sera – katastrofa jest efektem splotu wielu niekorzystnych okoliczności – łamania procedur bezpieczeństwa, zaniedbań organizacyjnych, błędów ludzkich, wreszcie zwyczajnego pecha.
Holoubek pokazuje nam to w serialu. Heweliusz zatonął, bo kiedyś zalano spaloną część pokładu sześćdziesięcioma tonami, bo nieszczelna była furta rufowa, bo na Bałtyku rozszalał się sztorm, bo od początku borykał się z wadami konstrukcyjnymi, wreszcie dlatego, że błędy popełniła załoga. To przyzwolenie na bylejakość, łamanie procedur, szereg drobnych niedociągnięć, zatopiło prom.
Myślę, że tak samo jest z większością naszych medycznych – chciałoby się powiedzieć – małych katastrof. Nie są one jednak małe, nawet wtedy, gdy ofiara jest jedna, a nie pięćdziesiąt sześć. Każdy zmarły wskutek medycznego błędu to cios w samo serce polskiego systemu ochrony zdrowia, to jego wyrzut sumienia. Najprościej uznać, że odpowiedzialny jest jeden – bo zawalił, zaniedbał, nie dopatrzył. „To skomplikowane” – powiedziałbym jednak.
Nasze katastrofy zaczynają się wcześniej – te, które spotkają nasz system za kilka tygodni, miesięcy czy lat, tlą się już teraz. To pokazane w „Hewieliuszu” zaniedbywanie procedur, niepotrzebna brawura, łamanie standardów, przeciążenie – znamy to przecież aż nazbyt dobrze. Tak jak więc serial Holoubka jest opowieścią o Smoleńsku, jest też opowieścią, z której lekcję może wyciągnąć każdy i każda z nas.
Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog