Łóżek ubywa, chorych przybywa. Co dalej z interną?
Interniści alarmują o fatalnej sytuacji oddziałów chorób wewnętrznych, które ma wykańczać zbyt niska wycena procedur i braki kadrowe. Łóżka internistyczne są likwidowane, a pacjentów jest coraz więcej. Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że działa na rzecz poprawy sytuacji. Czy w dobrym kierunku?

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego Polak żyje przeciętnie około 75 lat, a Polka nieco ponad 82 lata. Niestety notujemy dużo gorsze wskaźniki dotyczące trwania życia w zdrowiu. Przeciętnie jest to 61,6 roku dla mężczyzn i 65,3 roku dla kobiet. Pozostały okres życia seniorów często oznacza zmaganie się z różnego rodzaju chorobami przewlekłymi, np. cukrzycą, otyłością, niewydolnością serca, przewlekłą chorobą nerek, POChP, które niejednokrotnie ze sobą współwystępują.
– Gdy taki pacjent ma zaostrzenie stanu chorobowego albo np. przytrafi się mu ciężkie zapalenie płuc, to najczęściej jest hospitalizowany na oddziale internistycznym – mówi prof. Jan Duława, prezes Towarzystwa Internistów Polskich i konsultant woj. śląskiego w dziedzinie chorób wewnętrznych. Do takich oddziałów trafiają nie tylko osoby starsze.
– Wielochorobowość coraz częściej dotyczy osób w wieku produkcyjnym, zwykle z czynnikami ryzyka, takimi jak używki i otyłość. Liczba pacjentów potrzebujących opieki internistycznej jest ogromna i będzie się powiększać – szacuje prof. Jan Duława. To potężne wyzwanie dla systemu opieki zdrowotnej, który już teraz w wielu miejscach pęka w szwach.
Z danych publikowanych w biuletynach statystycznych Ministerstwa Zdrowia wynika, że z roku na rok notujemy wzrost liczby pacjentów leczonych na oddziałach chorób wewnętrznych – z około 722,5 tys. w 2022 r. do ponad 805 tys. w 2024 r. Jednocześnie mamy w szpitalach coraz mniej łóżek internistycznych.
W 2018 r. było ich 22 548, a w 2022 już nieco ponad 20 tys. W 2024 r. mieliśmy 18 683 takich łóżek, co daje średnią krajową 5/10 tys. ludności, są jednak spore różnice pomiędzy regionami. Najlepiej jest w woj. opolskim (7,6/10 tys.), a najgorzej w woj. pomorskim (3,9/10 tys.).
– Mniejsza lub większa sytuacja kryzysowa występuje we wszystkich województwach. Na Śląsku co rusz jakiś oddział internistyczny się zawiesza. Tymczasem interna powinna być filarem szpitalnictwa, bo nie da się w każdym powiecie utrzymać oddziałów wąsko-wielospecjalistycznych – zwraca uwagę prof. Jan Duława.
Komisja za komisją
O nieciekawej sytuacji w internie szpitalnej mówi się od dawna. Temat ten był omawiany podczas wrześniowego, a następnie grudniowego posiedzenia sejmowej Podkomisji do spraw Organizacji Ochrony Zdrowia. Uczestnicy tych spotkań reprezentujący środowisko internistów opowiadali, co się dzieje na oddziałach chorób wewnętrznych.
„Średni czas przebywania pacjenta w SOR przed przekazaniem go na oddział internistyczny często sięga 48 godzin. Nie wynika to w żaden sposób z gnuśności personelu tego SOR-u, tylko po prostu SOR nie ma gdzie tego pacjenta przekazać, bo oddział internistyczny jest przepełniony” – mówił o sytuacji w regionie pomorskim prof. Michał Chmielewski, konsultant w dziedzinie chorób wewnętrznych dla woj. pomorskiego.
„Proszę państwa, interna na co dzień – to już padło, ale chcę to podkreślić – to jest brak wolnych łóżek, kolejka chorych w SOR, wielochorobowość, senioralny wiek, przyjęcia wyłącznie ostrych stanów. Nie mamy praktycznie przyjęć planowych. Nie ma miejsca na przyjęcia planowe. Ludzie by bardzo chcieli, oczekiwali, żebyśmy przyjmowali. Nie jesteśmy w stanie” – informował z kolei konsultant w dziedzinie chorób wewnętrznych dla woj. mazowieckiego dr n. med. Marek Stopiński.
Co prawda, według statystyk resortu zdrowia średnia wykorzystania łóżek w oddziałach internistycznych w 2024 r. była na poziomie 76,5 proc., ale sytuacje są różne w zależności od miejsca udzielania świadczenia.
– Problem przepełnionych oddziałów występuje głównie w tych szpitalach, gdzie działa również szpitalny oddział ratunkowy – tłumaczy prof. Ilona Kurnatowska, konsultant krajowy w dziedzinie chorób wewnętrznych i kierownik Oddziału Klinicznego Nefrologii i Chorób Wewnętrznych Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. N. Barlickiego w Łodzi. Dodaje, że w oddziale, którym kieruje, łóżka internistyczne są wykorzystywane w 150 proc., a pacjenci notorycznie leżą na korytarzu.
– Dystrybucja łóżek internistycznych w szpitalach powinna być zweryfikowana, tak aby była zgodna z rzeczywistą mapą potrzeb zdrowotnych. Trzeba rozwijać bazę łóżkową tam, gdzie jest SOR. Uważam też, że powinna być lepsza weryfikacja zgłoszeń wolnych łóżek – mówi prof. Kurnatowska.
Problem z nadmiernym obłożeniem ma m.in. Samodzielny Publiczny Specjalistyczny Szpital Zachodni w Grodzisku Mazowieckim. – Mamy mnóstwo pacjentów internistycznych. Nasz Oddział Chorób Wewnętrznych łącznie z pododdziałem geriatrycznym ma 53 łóżka, średnie obłożenie wynosi 98 proc., a czasami powyżej 100 proc. Wtedy wykorzystywane są wolne czasowo łóżka w innych oddziałach. To zdecydowanie za dużo – uważa Krystyna Płukis, dyrektor tej placówki.
Dodaje, że aby zapewnić bezpieczeństwo epidemiologiczne, nie powinno się przekraczać obłożenia oddziału powyżej 75-80 proc. Jak wyjaśnia, chodzi o to, aby minimalizować ryzyko zakażeń pomiędzy pacjentami, które niestety się zdarzają w takich sytuacjach lub wymagają wydzielenia dla nich izolatek, co bezpośrednio zmniejsza dostęp do łóżek internistycznych.
Dyrektor szpitala w Grodzisku Mazowieckim nie chce jednak powiększać bazy łóżkowej. – Kiedyś były u nas 72 łóżka, ale nie było nas stać na ich utrzymanie. Wycena świadczeń internistycznych jest zbyt niska, działalność oddziału generuje straty. U mnie to kwota rzędu 5-8 mln zł rocznie. Co prawda, pewne podwyżki procedur były, ale zmiany są znikome. Na 157 procedur internistycznych w mniej niż 20 została podniesiona wycena, to stanowczo za mało – wylicza Krystyna Płukis.
Problem wielochorobowy
– Dyrektorzy szpitali ograniczają liczbę łóżek, bo nie opłaca się ich utrzymywać – potwierdza prof. Ilona Kurnatowska. Podkreśla, że nie chodzi o to, żeby oddziały chorób wewnętrznych zarabiały pieniądze, ale aby wyceny procedur pokrywały realne koszty, które się ponosi za diagnostykę i leczenie pacjenta. Jednym z pomysłów na zmiany w finansowaniu procedur internistycznych jest uwzględnienie w wycenach wielochorobowości.
– Pacjent, który zostaje przyjęty z powodu zapalenia płuc, a okazuje się, że ma jednocześnie stopę cukrzycową albo jest po udarze, wymaga zdecydowanie większych nakładów finansowych niż dotychczas zdrowy czterdziestolatek, który nagle zapada na zapalenie płuc i musi być hospitalizowany. Ponadto brakuje indeksacji wycen w związku z wiekiem chorego, a przecież średnia wieku pacjenta na internie to 68 lat i więcej – tłumaczy konsultant krajowa w dziedzinie chorób wewnętrznych.
Co na to Ministerstwo Zdrowia? „Wycena, jaką robi AOTMiT, bierze rzeczywiste koszty hospitalizacji. Jeżeli pacjent choruje na kilkanaście chorób, to patrzy na rzeczywiste koszty hospitalizacji, uśrednia – bo patrzy na tych pacjentów, którzy mają jedną chorobę, 5, 10 czy 15” – mówił dyrektor Departamentu Lecznictwa MZ Maciej Karaszewski podczas wrześniowego posiedzenia podkomisji ds. organizacji ochrony zdrowia. – To się nie sprawdza w praktyce. Procedura powinna być droższa, jeśli u pacjenta jest wielochorobowość – komentuje prof. Ilona Kurnatowska.
Na wagę złota
Szpitale redukują liczbę łóżek albo wręcz zawieszają oddziały chorób wewnętrznych także z powodu braków kadrowych. O problemach ze skompletowaniem obsady lekarskiej co jakiś czas informują lokalne media. Przykład to szpital w Kępnie. O trudnej sytuacji oddziału wewnętrznego tej placówki związanej z niedoborem lekarzy informowały w lutym ubiegłego roku m.in. „Tygodnik Kępiński” oraz lokalna rozgłośnia radiowa Radio SUD.
Nad placówką wisiało widmo zawieszenia pracy oddziału, finalnie do tego nie doszło, jednak ograniczono jego działalność. Samodzielny Publiczny Szpital Rejonowy w Nowogardzie to kolejna placówka, która od dłuższego czasu mierzy się z niedoborami lekarzy na internie. Szpital na swojej stronie internetowej poinformował, że na okres 1-31 stycznia br. Oddział Chorób Wewnętrznych został zawieszony. Przykłady można by mnożyć.
– Największy problem z obsadą mają szpitale powiatowe, oddalone od dużych aglomeracji miejskich. W kraju funkcjonują oddziały, które zatrudniają minimalną liczbę osób. Nierzadko jeden lekarz na dyżurze zaopatruje pacjentów internistycznych zarówno na oddziale, jak i na SOR-ze lub w izbie przyjęć. Jaką to daje jakość opieki pacjentowi i bezpieczeństwo pracy lekarzowi? – pyta prof. Ilona Kurnatowska.
Jeden problem napędza kolejny. W oddziałach internistycznych, w których pracuje niewielu lekarzy, warunki pracy są mało zachęcające, żeby nie powiedzieć, że wręcz odstraszające.
– Nie wyobrażam sobie oddziału wewnętrznego o 40-50 łóżkach tylko z 2-3 lekarzami na pokładzie, ale wiem, że w dobie kryzysu finansowego i braku internistów tak się dzieje w wielu szpitalach. To jest dramat. Ciężar gatunkowy pracy w takich warunkach jest ogromny i nie dziwię się, że lekarze nie chcą tam pracować – mówi Krystyna Płukis i dodaje, że u niej w szpitalu kadra lekarska na oddziale chorób wewnętrznych liczy w sumie 8-10 specjalistów.
– Zawsze mamy dwóch lekarzy na dyżurze. Jeden z nich w razie potrzeby konsultuje pacjentów w ich oddziałach. Niestety takie zatrudnienie odbywa się dużym kosztem finansowym, ale potrzebnym dla zapewnienia bezpiecznej i profesjonalnej opieki pacjentom – wylicza.
Metoda kija czy marchewki?
Oddziały internistyczne często nie są postrzegane jako atrakcyjne miejsce pracy, przez co specjalizacja w dziedzinie chorób wewnętrznych nie jest zbyt popularna. – Młody lekarz wybiera taką specjalizację, w której może najszybciej się czegoś nauczyć i coś osiągnąć. Interna to dyscyplina mało spektakularna i wskutek polityki NFZ niedochodowa, a jednocześnie bardzo obciążająca, z bardzo ciężkimi dyżurami. Nie ma się co dziwić, że lekarze nie chcą wiązać swojej przyszłości z miejscem, gdzie będą przepracowani, a na dodatek narażeni na uwagi, że przynoszą straty, że premię dostanie kto inny, że remont to będzie, ale nie tutaj, bo nie ma na to pieniędzy – tłumaczy prof. Duława.
Dodaje, że kiedyś interna była uważana za królową medycyny, dziś jest jej kopciuszkiem. – Trochę padła ofiarą samej siebie, ponieważ tak intensywnie się rozwijała, że konieczne było powstanie dodatkowych, węższych specjalizacji powiązanych z tą dziedziną. Ten proces jest konieczny i nieunikniony. Dobrze by jednak było, aby specjalista w wąskiej dziedzinie pozostawał internistą. Ta specjalizacja jest niezbędna dla chorych i dla systemu. W wielu krajach, np. we Francji, obserwujemy jej odrodzenie. Oni już to zrozumieli – stwierdza prezes TIP. Interniści zapewniają holistyczne podejście do pacjenta podczas hospitalizacji. To wartość dla chorego i oszczędności dla systemu.
– Dlatego internista w szpitalu jest niezbędny i to nie tylko w oddziale chorób wewnętrznych, na SOR-ze i w izbie przyjęć. To lekarz, który jest wzywany na różne oddziały do konsultacji, np. na chirurgię czy ortopedię. Pacjent, który ma mieć operację, niejednokrotnie ma choroby współistniejące. Trzeba przeprowadzić kwalifikację do zabiegu pod kątem tych właśnie chorób i ustawić leczenie – wyjaśnia prof. Kurnatowska i zwraca uwagę, że resort zdrowia działa w obszarze pozyskiwania nowych specjalistów chorób wewnętrznych do systemu opieki zdrowotnej.
Mamy coraz więcej rezydentur z dziedziny chorób wewnętrznych przy jednoczesnym ograniczaniu miejsc w wąskich dyscyplinach internistycznych. To dobry trend, proporcje zaczynają się kształtować w pozytywnym kierunku – uważa prof. Kurnatowska.
Nie ma co ukrywać, że jednak zastosowanie takiego mechanizmu jest raczej wymuszające niż zachęcające. Czy będzie jakaś marchewka w tym wszystkim dla młodych lekarzy? Być może przynajmniej część z nich chętniej decydowałaby się na rezydenturę z chorób wewnętrznych, a nie od razu na węższą specjalizację, gdyby im umożliwić zdobycie kolejnej specjalności także w ramach rezydentury.
– Jestem zwolenniczką takiego rozwiązania. Sądzę, że w Ministerstwie Zdrowia jest duże poparcie dla tego pomysłu. Przede wszystkim jednak trzeba postawić na poprawę warunków pracy. Lekarz internista powinien zostać dowartościowany przez dyrekcję szpitala, a nie ciągle słyszeć, że oddział przynosi straty. To nie jest lekarz gorszego sortu tylko dlatego, że procedury, jakie wykonuje, nie są dobrze wycenione. Musi też czuć się bezpiecznie w swoim miejscu pracy, a nie być osamotnionym na dyżurze wśród tłumu pacjentów zalegających na korytarzach. Nikt też nie chce pracować w niewyremontowanym oddziale, ze starymi łóżkami i pokojem lekarskim wyglądającym jak za króla Ćwieczka. Obecnie tak to niestety wygląda. Młodzi ludzie to widzą i trudno się dziwić, że nie chcą wybrać tej trudnej, wymagającej specjalizacji – mówi konsultant krajowa w dziedzinie chorób wewnętrznych.
Zdaniem resortu zdrowia sukcesywnie są podejmowane działania, które mają polepszyć opiekę nad pacjentami internistycznymi. Obecni na wspomnianych już posiedzeniach podkomisji przedstawiciele MZ wymieniali je jednym tchem – chodzi m.in. o możliwość tworzenia powiatowych centrów zdrowia z całodobową interną i chirurgią, rozwój Krajowej Sieci Kardiologicznej, odwracanie piramidy świadczeń poprzez wprowadzenie opieki koordynowanej w POZ i rozwiązania ułatwiające dostęp do specjalistów AOS pacjentom pierwszorazowym. Tylko czy rzeczywiście ma to bezpośrednie przełożenie na sytuację w internie? Oby miało jak największe, nie da się jednak nie zauważyć, że to działania mogące przynieść jakieś efekty w perspektywie długofalowej, a środowisko internistów liczy na realną, bezpośrednią pomoc tu i teraz.
Lidia Sulikowska
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026