30 stycznia 2026

Ochrona zdrowia: dwa szczyty, jeden kryzys

Rząd i prezydent niemal jednocześnie pochylili się nad ochroną zdrowia, potwierdzając jedno: kryzys jest faktem, choć każdy widzi go inaczej.

Fot. Grzegorz Jakubowski/KPRP

Sytuacja w ochronie zdrowia musi być naprawdę zła, skoro dzień po dniu zajmują się nią premier z połową rządu i prezydent – mógłby pomyśleć wracający do kraju emigrant, niezbyt zorientowany w tzw. Realiach. Rzeczywiście nie jest dobra, a jedną z przyczyn jest fakt, że jeśli już decydenci się nią interesują, to jak zwykle osobno.

Po dwóch szczytach zdrowotnych: rządowym „Bezpieczny Pacjent” (4 grudnia) i prezydenckim „Na ratunek ochronie zdrowia” (5 grudnia), opadł już kurz. I to nawet dobrze, bo z perspektywy czasu znacznie wyraźniej widać ich znaczenie oraz to, co realnie może z nich wynikać w perspektywie średnio- i długookresowej. To zdecydowanie ważniejsze niż bieżące komentarze i reakcje na to, kto co powiedział, jak minister finansów komentował prezydencki szczyt i czy minister zdrowia była obecna w Pałacu Prezydenckim oraz dlaczego nie.

Dlaczego do tego doszło

– Politycy nie mogą już powiedzieć, że nie wiedzą o problemach ochrony zdrowia – podsumował znaczenie obu spotkań prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski. To gorzka refleksja. Po pierwsze dlatego, że kryzys w ochronie zdrowia ma charakter przewlekły, a w ciągu ostatnich dwóch lat wyraźnie się zaostrzył. Cały ubiegły rok – już od pierwszych miesięcy – upłynął pod znakiem definiowania skali luki finansowej w systemie i poszukiwania sposobów, by niedobór pieniędzy nie zakończył się kaskadowymi implozjami w poszczególnych jego punktach.

Nie wszystkie obszary udało się uchronić, o czym również przypominał szef lekarskiego samorządu. Odsyłanie pacjentów, ograniczenia w dostępności do programów lekowych, przekładanie terminów diagnostyki i leczenia, także operacyjnego, to rzeczywistość zwłaszcza ostatnich trzech miesięcy roku, choć nie tylko.

Po drugie, słodko-gorzka jest świadomość, że żadnego szczytu by nie było, gdyby nie działania samorządu lekarskiego. To Naczelna Rada Lekarska w listopadzie wystosowała publiczne apele do premiera i prezydenta o spotkanie w związku z pogarszającą się sytuacją w systemie oraz próbami przerzucenia na lekarzy odpowiedzialności za kryzys finansowy. Błyskawiczna reakcja Pałacu Prezydenckiego, spotkanie prezydenta Karola Nawrockiego z prezesem Łukaszem Jankowskim i decyzja o organizacji szczytu zdrowotnego pod patronatem głowy państwa stały się dla rządu twardym orzechem do zgryzienia – nie tylko wizerunkowym.

Rząd: uspokojenie nastrojów

Tak narodził się pomysł szczytu rządowego, który w swojej istocie był – lub miał być – raczej benefisem. Spotkaniem, podczas którego zaprezentowany został szeroki wachlarz działań rządu i koalicji w obszarze ochrony zdrowia. Zdaniem premiera, który przemawiał jako pierwszy, nawet jeśli sytuacja systemu nie jest łatwa, można by powiedzieć: nihil novi.

Problemy finansowe? Kiedyż ich nie było i kiedy nie ujawniały się z całą mocą pod koniec roku? Ostatni kwartał zawsze był dla ochrony zdrowia trudny – argumentował premier. To stwierdzenie rozmija się jednak z faktami: przez kilka dobrych lat, do 2024 roku, w ostatnim kwartale NFZ dzielił nadwyżkę finansową pochodzącą z dodatkowej składki zdrowotnej, a plan finansowy był nowelizowany z powodu wzrostu przychodów.

NFZ nie bankrutuje, system – już tak

Premier podkreślał, że nakłady na zdrowie z roku na rok rosną, a rolą rządu jest dbałość o ich efektywne i korzystne dla pacjentów wykorzystanie. Środowiska pracowników medycznych mogły odnotować jako pozytyw, że podczas rządowego szczytu nie próbowano przeciwstawiać ich – a zwłaszcza ich wynagrodzeń – interesowi pacjentów. Przeciwnie, premier zaznaczał, co na bieżąco komentował prezes NRL, że dyskusja o sytuacji w ochronie zdrowia nie może prowadzić do antagonizowania lekarzy i pacjentów.

– Przytłaczająca większość pracowników medycznych koncentruje się na pomaganiu pacjentom. I przytłaczająca większość pacjentów jest przekonana, że lekarze pracują po to, by im pomóc, a nie by ich wykorzystać – mówił Donald Tusk, jednocześnie zwracając się do minister zdrowia o identyfikowanie i eliminowanie ewentualnych nieprawidłowości.

Najmocniej wybrzmiało jednak coś innego: zapewnienia, że nie należy ulegać narracji o katastrofie i zapaści systemu. – NFZ nie jest bankrutem – powtarzał premier 4 grudnia i w kolejnych dniach. Problem w tym, że nikt poważny nie stawia tezy o bankructwie płatnika, choćby dlatego, że NFZ zbankrutować nie może. To nie oznacza jednak, że nie może „bankrutować” polityka zdrowotna państwa, jeśli rozumieć przez to stopniowe zwijanie się kolejnych obszarów świadczeń – choćby poprzez wydłużanie kolejek czy ograniczanie dostępności do konkretnych specjalizacji. Dowodów na to nie brakuje (patrz ramka).

Głos oddany interesariuszom

To właśnie o tych zagrożeniach rozmawiano podczas szczytu w Pałacu Prezydenckim. W przeciwieństwie do spotkania rządowego głos oddano przede wszystkim stronie społecznej – przedstawicielom organizacji pracowników medycznych i pacjentów. Tematów było wiele, choć – co zrozumiałe – także 5 grudnia dominowały kwestie finansowe. Przypominano m.in. O niższym niż średnia europejska poziomie publicznych wydatków na zdrowie oraz o zaniżonych wycenach wielu świadczeń.

Te ostatnie są bezpośrednią przyczyną problemów finansowych szpitali, ale także patologicznych różnic w wynagrodzeniach w obrębie jednego zawodu – lekarzy. Prezydent Karol Nawrocki złożył ważną deklarację dotyczącą ewentualnych zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych, zapewniając, że nie zgodzi się na odebranie medykom podwyżek wynikających z tej regulacji.

Ustawa podwyżkowa wraca na stół

Zapowiedzi prezydenckiego weta nie zatrzymują jednak prac Ministerstwa Zdrowia. 5 stycznia wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka przekazała partnerom społecznym propozycje zmian w ustawie. Po pierwsze, resort proponuje przesunięcie terminu realizacji ustawy z lipca na styczeń, począwszy od 2027 r., co w praktyce oznaczałoby brak podwyżek w 2026 r. Po drugie, planowane jest odejście od współczynników pracy i zastąpienie ich wskaźnikiem waloryzacji właściwym dla sfery budżetowej przy jednoczesnym corocznym ogłaszaniu przez ministra zdrowia kwot najniższych wynagrodzeń.

Kolejna zmiana dotyczy umów cywilnoprawnych i umożliwi aotmit pozyskiwanie szczegółowych danych dotyczących zarobków profesjonalistów medycznych pracujących na podstawie wielu umów. Resort chce także doprecyzować zasady uznawania kwalifikacji zawodowych oraz wprowadzić poziomy kompetencyjne w zawodach pielęgniarki i położnej.

Bez konsensusu i bez pośpiechu

Dyskusja w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia zaplanowana jest na 18 lutego. Nawet jeśli projekt nowelizacji nie uzyska pozytywnej opinii partnerów społecznych, prace legislacyjne mogą być kontynuowane. Harmonogram prac sejmowych sugeruje jednak, że nie będzie to proces szybki. Na marzec zaplanowano przedstawienie stanu prac, a w kwietniu – zapoznanie się ze sprawozdaniem podkomisji pracującej nad obywatelskim projektem pielęgniarskim. Stanowiska strony rządowej w tej sprawie wciąż brakuje.

Edukacja zdrowotna – temat, który wraca

Obok problemów finansowych podczas obu szczytów bardzo wyraźnie wybrzmiała kwestia edukacji zdrowotnej. Do końca marca Ministerstwo Edukacji Narodowej ma ogłosić decyzję dotyczącą przyszłości tego przedmiotu. W trwającym roku szkolnym na lekcje o zdrowiu zapisanych jest około jednej trzeciej uczniów, przy czym w szkołach ponadpodstawowych odsetek ten jest jeszcze niższy. Między regionami Polski występują duże różnice, a niska frekwencja w największych miastach sugeruje, że przedmiot nieobowiązkowy bywa postrzegany jako mało istotny.

Na szczycie rządowym wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska podkreślała, że bez powszechnej edukacji zdrowotnej nawet zwiększanie nakładów na ochronę zdrowia nie przyniesie trwałych efektów. Wskazywała, że obecny fakultatywny model sprawia, iż realny stan wdrożenia przedmiotu jest słaby, i postulowała, by od nowego roku szkolnego uczynić edukację zdrowotną obowiązkową, pozostawiając elementy budzące spory polityczne jako fakultatywne. Identyczna co do istoty propozycja padła dzień później podczas szczytu prezydenckiego.

Jak relacjonował prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, rozważano m.in. Możliwość zastąpienia części dotyczącej zdrowia seksualnego wątkiem transplantologii. MEN odrzuca te sugestie, argumentując, że podstawa programowa jest spójna, a przepisy nie pozwalają na jej modyfikację, choć chronologia wydarzeń wskazuje, że temat ten został zainicjowany już na etapie rozmów rządowych.

System pod presją

Średni czas oczekiwania na świadczenie zdrowotne w 2025 roku wyniósł 4,2 miesiąca i nie zmienił się w porównaniu z rokiem poprzednim – wynika z raportu Fundacji WHC zaprezentowanego 12 stycznia. Stabilizacja nie jest jednak dobrą wiadomością: najbardziej prawdopodobnym jej powodem jest odpływ części pacjentów do sektora prywatnego. W 2024 roku wydatki prywatne na leczenie wzrosły o około 10 mld zł. Raport pokazuje, że tam, gdzie finansowanie publiczne jest najniższe, sytuacja pacjentów korzystających z systemu publicznego systematycznie się pogarsza.

Najbardziej wydłużyły się kolejki w stomatologii – o 3,8 miesiąca. Na świadczenia pacjenci muszą czekać średnio 10,2 miesiąca. Znaczący wzrost czasu oczekiwania odnotowano także w chirurgii szczękowo-twarzowej (pacjenci czekają 6,5 miesiąca) oraz geriatrii (czas oczekiwania to 7 miesięcy). Poprawę zanotowano natomiast w neurologii (czas oczekiwania 2,6 miesiąca) i endokrynologii (6,2 miesiąca).

Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika „Służba Zdrowia”

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026