Ppłk rez. lek. Artur Płachta: Nikt nie zastąpi lekarza
Lekarz to zawód zaufania publicznego, dlatego jeżeli wybuchłaby wojna, nie wolno nam spakować walizek i uciec za granicę – mówi ppłk rez. lek. Artur Płachta, prezes Wojskowej Izby Lekarskiej, w rozmowie z Mariuszem Tomczakiem.

Czy system ochrony zdrowia w Polsce jest przygotowany do funkcjonowania w warunkach konfliktu zbrojnego?
Pod względem kadrowym – tak, i mówię to jako doświadczony lekarz wojskowy. W naszym systemie ochrony zdrowia, nie tylko w wojsku, jest wystarczająca liczba lekarzy i innych osób z wykształceniem medycznym. W kwestii sprzętu wojskowo-medycznego nie chcę się wypowiadać, bo za długo jestem na emeryturze, a obserwując przebieg wojny na Ukrainie, jest oczywiste, że potrzeby się zmieniły.
Z powodu nasycenia pola walki nowoczesną technologią?
Nie tylko. Kilkadziesiąt lat temu w wielkim uproszczeniu wyglądało to tak, że zwykle najpierw pojawiały się czołgi, na określonym obszarze dochodziło do mniej lub bardziej intensywnych walk, po czym armia posuwała się dalej. Na Ukrainie sytuacja wygląda inaczej. W znacznie większym stopniu niż kiedyś wojna toczy się ponad głowami żołnierzy – czołgi są niszczone przez małe drony kierowane przez osoby siedzące w bunkrach, a miasta znajdujące się kilkaset kilometrów od linii frontu są regularnie atakowane dronami i rakietami, ponieważ Rosjanie chcą złamać moralnie ludność cywilną. Do takiego konfliktu niekoniecznie jesteśmy przygotowani.
Powinniśmy korzystać z doświadczeń Ukraińców?
Oczywiście, bo oni wiedzą, jak w takich warunkach prowadzi się działania obronne i ofensywne. To był jeden z głównych powodów zaproszenia lekarzy wojskowych z tego kraju na konferencję naukowo-szkoleniową „Wojskowa Służba Zdrowia – 250 lat i co dalej?” zorganizowaną w październiku 2025 r. przez naszą izbę. Poza Ukraińcami gościliśmy też żołnierzy z Niemiec i Wielkiej Brytanii. Wiele osób było zaskoczonych wystąpieniami ukraińskich żołnierzy.
Płk dr Igor Fedirko z Kliniki Chirurgii Szczękowo-Twarzowej Centralnego Wojskowego Szpitala Ministerstwa Obrony w Kijowie powiedział, że najwięcej obrażeń ma miejsce w obszarze twarzoczaszki i, co nie jest nowością, kończyn. Chociaż jak się człowiek zastanowi, to wydaje się to logiczne – tułów jest chroniony kamizelką, a twarz trudno zamaskować. Ukraińcy podkreślali, że standardy ewakuacji rannych funkcjonują tylko na papierze. Zdarza się, że wydostanie poszkodowanych żołnierzy poza rejon walk nie zajmuje jednej godziny, lecz nawet pięć–sześć dni. Często nie da się rannych przetransportować w bardziej bezpieczne miejsce z powodu obecności dronów należących do wroga. To duże wyzwanie dla wojskowej służby zdrowia. Powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski.
Kto jest najbardziej potrzebny do udzielenia pomocy rannemu żołnierzowi?
Jeśli chodzi o lekarzy, to ci, którzy odpowiadają za I i II poziom ewakuacji i udzielanie pomocy medycznej, czyli znajdują się „na samym przodzie”. Oni zawsze są razem z żołnierzami i stanowią najważniejszy element medycyny wojskowej. To od nich zależy, kiedy zostanie udzielona pomoc rannemu i czy de facto zostanie uratowany. Tutaj nie jest wymagany tytuł profesora, ale konieczne jest sprawne zarządzanie tym, co się aktualnie ma do dyspozycji.
Czym różni się lekarz wojskowy od cywilnego?
Jedną fundamentalną sprawą – jest żołnierzem. Kto służy w jednostce wojskowej, najpierw jest oficerem Wojska Polskiego, a dopiero w drugiej kolejności lekarzem. Stopień wojskowy ustawia w hierarchii sił zbrojnych, a lekarz to przyporządkowanie do pracy. Dlatego mówimy „porucznik lekarz”, a nie „lekarz porucznik”. Każdy lekarz stanowi elitę każdej jednostki wojskowej, ale – wyraźnie to podkreślę – elitę wojskową, bo znajduje się wśród żołnierzy.
Kto jest bardziej przydatny w czasie konfliktu zbrojnego: lekarz cywilny czy wojskowy?
Jeśli nie mówimy o froncie, to, moim zdaniem, cywilny. Lekarze wojskowi cały czas przebywają z innymi żołnierzami, a społeczeństwo w czasie wojny potrzebuje pomocy medycznej tak jak w okresie pokoju.
W niektórych europejskich krajach coraz częściej mówi się o przywróceniu zasadniczej służby wojskowej.
Wiele osób było przeciwnych zniesieniu służby zasadniczej. Ja też. Zamiast ją likwidować, należało skrócić czas odbywania i usprawnić to, co źle funkcjonowało. Historia uczy, że duże wojny wygrywają rezerwy. Jeśli żołnierze giną lub stają się niezdolni do walki, to uzupełnia się ich rezerwistami i właśnie dlatego społeczeństwo, w tym oczywiście osoby z wykształceniem medycznym, powinno być przeszkolone na wypadek różnych sytuacji kryzysowych, np. konfliktu zbrojnego.
Rządzący zapowiadają, że medycy będą szkoleni bardziej intensywnie.
Na różnych konferencjach politycy snują wielkie plany, ale opowiadanie dziennikarzom okrągłych zdań to za mało. W jaki sposób przeszkolić ok. 150 tys. lekarzy w najbliższych latach? Kto ma to zrobić? Kiedy? Gdzie? Jeśli przez długi czas nie szkoliliśmy rezerwistów, to nie da się nadrobić zaległości w jeden sezon. Większość młodszych lekarzy cywilnych nie posiada żadnego przeszkolenia wojskowego i nie ma nawet przydziałów mobilizacyjnych, czyli nie do końca przeszli proces wprowadzający ich do sił zbrojnych.
Co należy zrobić?
Gdyby to zależało ode mnie, to zacząłbym od wyselekcjonowania grupy wykwalifikowanych instruktorów. Ministerstwo Zdrowia ma jednak inne plany. W grudniu powołano zespół mający opracować nowe standardy kształcenia uwzględniające medycynę pola walki. Podobno rozważa się umieszczenie takiego modułu w ramach stażu podyplomowego. Dobrze, że na ten temat się dyskutuje, ale potrzebne są konkretne decyzje, których wciąż nie ma, mimo że od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny na Ukrainie minęły prawie cztery lata. To nie przypadek, że obecnie znacznie częściej niż kiedyś jestem pytany przez studentów medycyny i młodych lekarzy, czy pójdą na wojnę.
I co Pan im odpowiada?
Że na wojnę w pierwszej kolejności idą lekarze wojskowi, a nie lekarze cywilni. Jeśli żołnierze prowadzą jakiekolwiek działania operacyjne w kraju czy poza jego granicami, bronią się lub atakują, wojskowa służba zdrowia jest z nimi. Tak jest na całym świecie. Nawet w razie prowadzenia działań poza granicami nie wyjeżdżają wszyscy lekarze wojskowi. Oczywiście zawsze potrzebni są też rezerwiści, ale kto znajduje się w rezerwie, już o tym wie. W czasie konfliktu zbrojnego ludzie nie przestają chorować. Nawet z dala od frontu potrzebni są lekarze. I dlatego kiedy wybucha wojna, wszyscy medycy powinni pozostać w swoim kraju, bo wtedy są jeszcze bardziej potrzebni społeczeństwu niż w okresie pokoju.
A jeśli ktoś planuje wtedy wyjechać za granicę?
Skoro tutaj się wykształciliśmy i jesteśmy obdarzeni zaufaniem publicznym, nie wolno nam spakować walizek i uciekać gdzie pieprz rośnie. To jest niemoralne, bo każdy lekarz ma obowiązki wobec swojego kraju. Mówiłem o tym publicznie m.in. na początku marca 2022 r., kilkanaście dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, na wyjazdowym posiedzeniu Naczelnej Rady Lekarskiej w Toruniu. I nadal podtrzymuję to zdanie.
Podobnie uważa wielu ukraińskich lekarzy. W czasie naszej konferencji prof. Myron Uhryn, konsultant ds. stomatologii przy ministrze zdrowia i ministrze obrony Ukrainy, wyrażał niezadowolenie z powodu wyjazdu części lekarzy m.in. do Polski, ponieważ dużą część społeczeństwa pozostawili bez opieki. Jeśli ktoś, kto wykonuje zawód zaufania publicznego, opuszcza swój kraj, a w szpitalu powiatowym, w którym pracował długie lata, nie ma go kim zastąpić, to jak to wygląda? Gdzie jest etyka zawodowa?
Czy każdy lekarz powinien być przeszkolony pod względem wojskowym?
Formalnie nie, ale każdy powinien posiadać wiedzę z zakresu zdarzeń masowych. Są to sytuacje, gdy zapotrzebowanie na pierwszą pomoc i czynności ratunkowe zdecydowanie przekraczają możliwości medyków. W Polsce na razie nie było katastrofy, która spowodowałaby napływ kilkuset czy tysiąca pacjentów do jednego szpitala w krótkim czasie. Wtedy zaczyna się to, co jest kluczem medycyny wojskowej – triaż.
Co to oznacza w praktyce?
Segregacja wyróżnia straty masowe od pozostałych zdarzeń medycznych. Polega ona na ustaleniu priorytetów pomocy medycznej, tak aby uratować jak najwięcej osób. To są trudne decyzje dla każdego lekarza, a tym bardziej dla kogoś, kto nie wie, jak należy się zachować w takiej sytuacji. Powiedzmy, że w centrum Warszawy rozszczelniła się cysterna z amoniakiem, a z powodu wiatru mnóstwo osób ma poparzenia m.in. dróg oddechowych. Natychmiastowej pomocy wymagają ci, co byli najbliżej miejsca wypadku, a tych, co byli znacznie dalej, duszności „złapią” trzy–cztery godziny później. Inny przykład: dron uderzył w blok lub sklep po przeciwnej stronie ulicy, a w wyniku eksplozji wiele osób odniosło rany.
I teraz wyobraźmy sobie doktora, który nigdy nie zetknął się z 50 osobami poważnie porażonymi naraz i musi szybko zdecydować, komu udzieli pomocy w pierwszej kolejności. Nie każdy wymaga opieki medycznej tu i teraz, ale mogą być pacjenci, którzy źle rokują, i w takiej sytuacji też trzeba umieć się odnaleźć. Wiedzę z zakresu segregacji w czasie zdarzeń masowych powinni posiadać wszyscy lekarze, mimo że najbardziej przydatna jest w czasie konfliktu zbrojnego.
Kto zajmuje się segregacją w wojsku?
Dobrze, aby robił to lekarz. Pielęgniarka raczej nie oceni, czy grupa mężczyzn z postrzelonymi brzuchami ma uszkodzone jelita, czy kręgosłup, czy też jedno i drugie. Przy czym warto podkreślić, że lekarz niewiele zrobi bez pielęgniarek, ratowników medycznych czy sanitariuszy.
Co Pan myśli o reaktywowaniu Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi?
Jako izba popieramy ten pomysł, choć co do szczegółów moglibyśmy długo dyskutować. To ważny krok w kierunku odtworzenia szkolnictwa wojskowego dla wszystkich zawodów medycznych tworzących wojskową służbę zdrowia. Moim zdaniem, żeby ze studenta „zrobić” lekarza wojskowego, konieczna jest obecność żołnierskiego stylu życia na co dzień. W dawnych czasach studenci Wojskowej Akademii Medycznej przebywali na terenie zamkniętym. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie państwa posiadają uczelnie medyczne, w których podchorążowie są skoszarowani, uważam, że jest z tego dużo pożytku, np. tworzą się więzy koleżeńskie, tak bardzo potrzebne w każdym wojsku.
Czy Ministerstwo Obrony Narodowej konsultuje się z izbą w sprawie reformy wojskowej służby zdrowia?
Nie. Od prawie ośmiu lat jestem prezesem Wojskowej Izby Lekarskiej i w tym czasie ani obecna, ani poprzednia władza nie konsultowała z nami spraw dotyczących członków naszej izby.
Dlaczego?
Nie wiem. Za to wiem, że nasza izba to najlepsze miejsce, do którego warto zwrócić się w sprawie kształcenia lekarzy wojskowych czy funkcjonowania wojsk medycznych. Skupiamy ok. 4,2 tys. lekarzy wojskowych. Do naszej izby należą obecni i byli lekarze wojskowi, zarówno profesorowie, jak i zwykli lekarze, osoby w wieku okołoemerytalnym, średnim i młodzi lekarze, dawni szefowie ważnych struktur czy komendanci szpitali polowych. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać. Wielu członków naszej izby uczestniczyło w misjach zagranicznych, np. na Bałkanach czy w Afganistanie, gdzie w warunkach zwykłego szpitala polowego robili rzeczy nieprawdopodobne, które wielu lekarzom w cywilu, przyzwyczajonym do pracy w świetnie zaopatrzonych klinikach, często się nie śniły.
Jakie działania należy podjąć, aby obecni i przyszli lekarze chcieli wiązać swoją przyszłość z Wojskiem Polskim?
Po pierwsze, trzeba pokazać, że wojskowa służba zdrowia ma sens. Za mało mówi się o etosie żołnierza i pobudkach patriotycznych. Po drugie, w szpitalach wojskowych powinny być tylko etaty wojskowe. Gdzie mają specjalizować się młodzi lekarze wojskowi, skoro większość miejsc rezydenckich w tych placówkach jest obsadzana przez cywili? Po trzecie, należy odbudować prestiż armii. W przeszłości dochodziło do sytuacji, że przychodził nowy minister i „kosił” wszystkich, którzy mu nie pasowali, a ważne stanowiska obsadzał osobami mało kompetentnymi. To psuje każdą instytucję. Komendanta szpitala, który jest wieloletnim lekarzem wojskowym, nie można zastępować artylerzystą, a tak się zdarzało.
Problemem są też kwestie finansowe. Jeśli na oddziale szpitalnym pracuje dwóch lekarzy i ten w mundurze otrzymuje znacznie mniej od cywila, choć wykonują identyczną robotę – a tak się dzieje, bo wynagrodzenie wojskowych wynika z rozporządzenia MON – to wśród wielu osób rodzi się poczucie niesprawiedliwości.
A co zrobić, by było więcej zrozumienia dla misji, którą wypełniają polscy żołnierze, a więc także lekarze wojskowi?
Trzeba przypominać, że Wojsko Polskie jest potrzebne. Jeśli społeczeństwo chce żyć komfortowo, to musi zadbać o tych, którzy są gotowi stanąć w jego obronie. Patriotyzm nie może być tylko na sztandarach. Stara sentencja „chcesz pokoju, szykuj się do wojny” pozostaje aktualna, bo ludzie prowadzili konflikty, i to się nigdy nie zmieni.
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026