Prof. Tomasz Banasiewicz: Grzechy główne polskiej chirurgii
Nie może być tak, że lokalnie łatwiej o planowy zabieg wąskospecjalistyczny niż zoperowanie wyrostka robaczkowego. Trzeba w końcu wskazać placówki, które wezmą na siebie ciężar zabezpieczenia dyżurowego i zapewnią podstawowe procedury chirurgiczne – mówi prof. Tomasz Banasiewicz w rozmowie z Lidią Sulikowską.

W publicznych wypowiedziach krytykuje Pan obecny sposób funkcjonowania oddziałów chirurgicznych, oceniając, że mają zbyt dużą swobodę działania w zakresie wykonywanych procedur. To źle, że każdy rozwija się według własnych możliwości?
Uważam, że każdy oddział chirurgiczny powinien mieć jasno zdefiniowany profil funkcjonowania zgodnie z mapą potrzeb zdrowotnych. Nie chodzi o to, żeby dzielić ośrodki na lepsze i gorsze, ale o to, żeby się dzielić kompetencjami. Wiadomo, że jedne oddziały są bardziej ogólne, a inne są sprofilowane na określone typy zabiegów, ale nie może być tak, że lokalnie łatwiej o planowy zabieg wąskospecjalistyczny niż zoperowanie wyrostka robaczkowego.
Trzeba w końcu wskazać palcówki, które wezmą na siebie ciężar zabezpieczenia dyżurowego i zapewnią podstawowe procedury chirurgiczne, czyli zoperują wyrostek, uwięźniętą przepuklinę czy nóż wbity w klatkę piersiową, a także na początek zdefiniować kilkanaście–kilkadziesiąt grup bardziej specjalistycznych rozpoznań i określić, ile placówek ma się nimi zajmować. W takim modelu trzeba też jasno ustalić zasady przekazania trudnego pacjenta do szpitala o wyższym stopniu referencyjności.
Obecnie często oddziały chirurgiczne funkcjonują w oderwaniu od rzeczywistych potrzeb. Dzieje się tak, bo brakuje nam spójnej sieci chirurgicznego zabezpieczenia pacjenta – od potrzeb podstawowych po wysokospecjalistyczne. W efekcie pacjenci też dokładają swoje trzy grosze, bo niejednokrotnie jadą 60-70 km do dużego wielospecjalistycznego szpitala z renomowanymi klinikami, bo sądzą, że tam lepiej się nimi zajmą niż w małym szpitalu miejskim czy powiatowym, do którego mają najbliżej.
Bardzo często się z takim zjawiskiem spotykam w mojej pracy w Klinice Chirurgii Ogólnej, Endokrynologicznej i Onkologii Gastroenterologicznej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Mój rekord to dziewięć operacji wyrostków na jednym dyżurze, z czego osiem spoza naszego rejonu. Efekt był taki, że po tamtym dyżurze następnego dnia rano wszyscy pacjenci zaplanowani do specjalistycznych zabiegów onkologicznych zostali odesłani do domu. To nie są wyjątkowe sytuacje.
Przecież ostre zapalenie wyrostka robaczkowego to przypadek pilny, nie ma zmiłuj, trzeba zoperować tu i teraz.
Jeśli przyjmiemy pewne standardy czasowe, że zabieg musi być wykonany w ciągu – powiedzmy – czterech godzin, zrobimy diagnostykę wstępną i wiemy, że całkiem blisko jest szpital podstawowego zabezpieczenia, który może przyjąć pacjenta, to powinna być możliwość przekazania go. Podobnie jak nie powinno być problemu przejęcia trudnego pacjenta przez ośrodek o wyższym stopniu referencyjności.
System mądrego zarządzania zasobami jest bardziej ekonomiczny i bezpieczniejszy dla pacjenta niż utrzymywanie oddziałów na zasadzie, że pacjent przyjdzie, gdzie chce. Aby optymalnie wykorzystywać zasoby, powinniśmy wszyscy działać w dobrze skoordynowanej sieci. Obecnie niby mamy system, który podpowiada, gdzie są wolne łóżka, ale wszyscy wiemy, że to w praktyce nie bardzo się sprawdza.
Natomiast potrzebujemy tych danych, i to bardzo szczegółowych, z informacją, jakie jest zaplecze sali operacyjnej w danym szpitalu, ile jest w kolejce zleconych zabiegów na danym oddziale etc. Niestety, bez określenia map potrzeb zdrowotnych nie zbudujemy takiej sieci, a dotychczas resortowi zdrowia nie udało się jej stworzyć. Wraz z kolejnymi rządami odbywamy rozmowy z nadzieją, że one coś zmienią. Powoli nawet dochodzimy do kompromisu, ale w międzyczasie znowu zmienia się władza i zaczynamy wszystko od nowa.
W oddziałach podstawowego dyżurowego zabezpieczenia chirurgicznego nie powinno być miejsca na chirurgię wąskospecjalistyczną?
Jeśli taki oddział ma dodatkowo przestrzeń dla bardziej specjalistycznych procedur, to nie mam nic przeciwko temu, aby się w tym kierunku rozwijał, ale powinny przy tym być określone kryteria jakościowe, które trzeba spełnić, by takie procedury realizować. Ich brak powoduje rozprzestrzenianie się tzw. medycyny proceduralnej – taśmowo wykonujemy dobrze płatne zabiegi, nie patrząc, czy robimy to przy zapewnieniu odpowiedniej jakości.
Są miejsca, które zabezpieczają podstawowe potrzeby, a dodatkowo np. fantastycznie się tam operuje przepukliny. Do tego stopnia, że lekarze z innych regionów kraju przyjeżdżają się tam szkolić. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że nie wszędzie się stawia na jakość, dlatego należy jej odgórnie wymagać. W Danii znacząco poprawiono wyniki operacyjnego leczenia raka jelita grubego, bo zmieniono zasady wyceny takiego świadczenia, wprowadzając zachęty progresywne. Opłaca się je robić tym, którzy przeprowadzają ich dużo i z dobrym wynikiem.
Jakie widzi Pan inne grzechy polskiej chirurgii?
Jesteśmy dość oporni we wdrażaniu nowych zaleceń czy strategii postępowania, np. w kwestii przygotowania pacjenta do zabiegu pod kątem prehabilitacji i odpowiedniego odżywienia. Chirurgia to nie tylko operatywa, trzeba kompleksowo spojrzeć na chorego, bo dzięki temu można uniknąć wielu powikłań pooperacyjnych. Nie wszyscy radzimy też sobie z leczeniem trudno gojących się ran. Wciąż są chirurdzy, którzy leczą rany za pomocą środków, których od ponad dekady już się nie stosuje, typu Rivanol, kwas borny czy woda utleniona.
Są też wśród nas lekarze, którzy nie pojawiają się na konferencjach i warsztatach, a więc nie uaktualniają swojej wiedzy. Jesteśmy trochę gadżeciarzami, lubimy nowoczesne urządzenia, ale na szkolenie z zaopatrzenia przetoki jelitowej już nie pojedziemy, bo to brzydkie i śmierdzi.
Jak zachęcić młodych lekarzy, by szli na chirurgię ogólną? Obecnie nie jest to oblegany kierunek specjalizacji.
Coś drgnęło, bo po raz pierwszy od długiego czasu nastąpił 35-proc. wzrost chętnych na rezydentury z chirurgii ogólnej. Oczywiście nie wszystkie miejsca rezydenckie są obsadzane. Mamy po prostu mniejszy deficyt. Narzekamy z jednej strony, że lekarze nie chcą się specjalizować w chirurgii, ale z drugiej strony zapewne nieświadomie sami ich do tego zniechęcamy. Po co opowiadać studentom, jak to jest ciężko na chirurgii? W ten sposób budujemy szkodliwy kult tej specjalizacji.
Powinniśmy chirurgię przedstawiać jako coś fascynującego. W końcu z jakiegoś powodu sami zostaliśmy zabiegowcami. Zamiast narzekać, szukajmy okazji do pozyskania potencjalnych rezydentów. Wyjdźmy do studentów i stażystów z ofertą konferencyjną. To musi być jednak ciekawa formuła edukacyjna, do bólu praktyczna i przełamująca dystans, pokazująca esencję chirurgii. Taka, w której jest miejsce na pytania, swobodne dyskusje, ścieranie poglądów.
W ubiegłym roku zorganizowałem Chicamp, czyli chirurgiczną konferencję plenerową, na którą przyjechało ponad 800 osób, w tym wielu młodych ludzi. Na nich mi zależało najbardziej, bo to osoby, które mogą wybrać naszą specjalizację. W czerwcu odbędzie się kolejna edycja tej imprezy, na którą już teraz serdecznie zapraszam. Potrzebujemy więcej tego typu inicjatyw.
Co by Pan radził chirurgom, którzy niespecjalnie odnaleźli się przy stole operacyjnym?
Myślę, że można znaleźć sensowną dla siebie przestrzeń, np. w endoskopii czy zakładaniu dostępów żywieniowych. Najważniejsze jest to, aby nie bać się do tego przyznać – zarówno przed samym sobą, jak i w pracy. Zdaję sobie sprawę, że aby o tym otwarcie mówić, trzeba mieć poczucie, że nie dotknie mnie z tego powodu ostracyzm. Niestety, funkcjonujemy według archetypu twardziela – chirurg nie marudzi, jest twardy, nie mówi, że coś nie jest dla niego. Myślę jednak, że musimy przestać udawać, że jesteśmy niezniszczalni psychicznie i że wszystko weźmiemy na klatę.
W listopadzie został Pan prezesem elektem Towarzystwa Chirurgów Polskich. Jak będzie wyglądała pańska kadencja, która rozpocznie się jesienią 2027 r.?
W naszej organizacji kontynuujemy wątki zapoczątkowane przez poprzednich liderów, wzajemnie się uzupełniamy i nie marnujemy dotychczas wykonanej pracy. Prof. Wiesław Tarnowski, który objął szefostwo w obecnej kadencji, ma bardzo podobny program do mojego. Zamierzam już teraz włączyć się w planowane działania. Chcemy szerzej wyjść do społeczeństwa, przybliżyć do siebie pacjentów i przełamywać stereotyp niedostępnego chirurga.
Chciałbym też, żebyśmy się stali organizacją pożytku publicznego, aby móc zabiegać o fundusze na edukację. Ponadto angażujemy się w modyfikację programu specjalizacji – tak aby był nowocześniejszy i ciekawszy, z uwzględnieniem technologii AI. Marzy mi się wprowadzenie kursu na symulatorze chirurgicznym, gdzie po wyrobieniu określonej liczby godzin na takim sprzęcie uczestnik zakończy szkolenie zabiegiem wykonanym w świecie realnym. Skończy się uznaniowość, kto jest gotowy na pierwszy zabieg.
Będę też pracować nad stworzeniem wytycznych i rekomendacji, które uczynią pracę chirurga bezpieczniejszą. Chodzi o konkretne instrukcje postępowania w określonych zabiegach, uwzględniające nowoczesne elementy leczenia, które zostaną zaakceptowane przez Ministerstwo Zdrowia.
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026