2 kwietnia 2026

Refundacja in vitro: sukces, który przerósł system

Ponad 9,5 tys. dzieci urodzonych dzięki refundacji, dziesiątki tysięcy zakwalifikowanych par i rosnące kolejki do ośrodków. Rządowy program in vitro okazał się sukcesem medycznym i społecznym, ale jego skala szybko ujawniła ograniczenia. 500 mln zł rocznie to dziś kwota, która nie nadąża za realnym zapotrzebowaniem.

Fot. shutterstock.com

W czerwcu miną trzy lata od momentu, gdy pary zmagające się z niepłodnością uzyskały równy dostęp do procedur wspomaganego rozrodu w ramach rządowego programu zdrowotnego. Program in vitro, uruchomiony w czasie gdy ministrem zdrowia była Izabela Leszczyna, obejmuje cały proces leczenia – od kwalifikacji i diagnostyki, przez leczenie farmakologiczne i procedury laboratoryjne, aż po transfer zarodków i niezbędne wsparcie towarzyszące.

Kryteria rządowego wsparcia

Do 2028 r. z programu mogą korzystać pary pozostające w małżeństwie lub we wspólnym pożyciu, u których stwierdzono niepłodność lub które były nieskutecznie leczone przez co najmniej 12 miesięcy. Uprawnione są także pary posiadające zamrożone zarodki z wcześniejszych procedur.

Kryteria wiekowe przewidują, że kobiety mogą skorzystać z programu do 42. roku życia przy wykorzystaniu własnych komórek jajowych lub do 45. roku życia w przypadku dawstwa oocytów bądź zarodków. Mężczyźni kwalifikują się do 55. roku życia. Państwowe finansowanie obejmuje również zabezpieczenie płodności pacjentów onkologicznych, umożliwiając pobranie, zamrożenie i przechowywanie komórek jajowych lub plemników przed rozpoczęciem terapii mogącej trwale uszkodzić funkcje rozrodcze.

Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że do 21 grudnia 2025 r. dzięki rządowemu wsparciu urodziło się 9525 dzieci, potwierdzono 23 507 ciąż klinicznych, zakwalifikowano 41 850 par i wykonano 10 286 kriotransferów. Na realizację programu przeznaczono 500 mln zł rocznie, co daje łącznie co najmniej 2,5 mld zł. Obecnie korzysta z niego 58 placówek w Polsce.

– Zanim uruchomiono publiczną refundację procedur in vitro, inwestowanie w te procedury było dla publicznych ośrodków bardzo kosztowne. Placówki nie miały możliwości finansowania ich ze środków publicznych, a jedynie wykonywania odpłatnie, prywatnie. W efekcie wiele z nich w ogóle nie podejmowało się prowadzenia takich procedur – podkreślał wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia w styczniu.

Prof. Rafał Kurzawa, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii, zwracał uwagę, że in vitro jest inwestycją o wyjątkowo wysokiej stopie zwrotu. Jak podkreślał, 1 euro przeznaczone na leczenie niepłodności  przynosi państwu minimum 30 euro korzyści, a średnio nawet 80 euro. Według prognoz ekspertów do końca 2028 r. co 20. noworodek w Polsce może pochodzić z in vitro.

Symbol programu

W styczniu tego roku w ramach rządowego programu przyszło na świat 10-tysięczne dziecko. Dr n. med. Małgorzata Kania, specjalistka w zakresie położnictwa i ginekologii oraz endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, podkreśla, że to ważny sukces zarówno z perspektywy medycznej, jak i społecznej.

– To realny dowód, że dostęp do nowoczesnych metod leczenia niepłodności przekłada się bezpośrednio na urodzenia dzieci, a nie pozostaje jedynie zapisem w strategiach zdrowotnych. Jednocześnie skala zapotrzebowania znacząco przewyższa obecne możliwości finansowe programu. Niepłodność dotyczy nawet co piątej pary w wieku rozrodczym, a refundacja obejmuje tylko część potrzebujących. W mojej ocenie obecny budżet należy traktować jako ważny pierwszy krok, ale niewystarczający w dłuższej perspektywie, jeśli celem ma być rzeczywista poprawa wskaźników demograficznych i równość dostępu do leczenia – wyjaśnia.

W praktyce klinicznej, jak dodaje lekarka, lekarze obserwują wyraźny wzrost liczby ciąż uzyskanych dzięki procedurom wspomaganego rozrodu. – To efekt przede wszystkim lepszej dostępności leczenia. Przed wprowadzeniem programu rządowego wysokie koszty procedury in vitro przez długi czas stanowiły istotną barierę w realizacji planów rodzicielskich. Drugim czynnikiem jest większa świadomość społeczna na temat niepłodności oraz wcześniejsze kierowanie par do ośrodków specjalistycznych.

W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia lek. Katarzyna Kozioł z Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii zwracała uwagę, że w kolejkach do programu czekają obecnie pary w zaawansowanym wieku rozrodczym, dla których czas ma kluczowe znaczenie. Podkreślała, że mogą nie zdążyć skorzystać z leczenia, ponieważ przekroczą granicę wieku i przestaną spełniać kryteria programu.

Nie zawsze działa

Choć ze wsparcia korzysta bardzo wiele par, metoda ta nie gwarantuje sukcesu w każdym przypadku. Jak zauważa dr Małgorzata Kania, skuteczność pojedynczego cyklu zależy zarówno od przyczyny niepłodności, jak i przede wszystkim od wieku pacjentki, który wpływa na jakość komórek rozrodczych.

Średnio odsetek ciąż klinicznych po jednym cyklu wynosi 30–40 proc. u kobiet poniżej 35. roku życia, natomiast po 40. roku życia znacząco spada. Wiele par potrzebuje kilku prób, a część mimo optymalnego leczenia nie uzyskuje ciąży, co stanowi jedno z największych wyzwań emocjonalnych i klinicznych. Dane europejskie wskazują, że 20–30 proc. par pozostaje bez dziecka mimo leczenia, a odsetek ten rośnie wraz z wiekiem rozpoczęcia terapii.

Sama procedura in vitro również bywa obciążająca fizycznie i psychicznie. Obejmuje intensywną diagnostykę, hormonalną stymulację jajników oraz zabiegi inwazyjne, takie jak punkcja.

Dr Kania podkreśla, że medycznie są to procedury o niskim ryzyku powikłań, a większość pacjentek dobrze je toleruje. – Nie możemy jednak zapominać o ogromnym obciążeniu czasowym oraz emocjonalnym związanym z długotrwałym stresem, poczuciem straty oraz lękiem przed niepowodzeniem. Często to właśnie aspekt psychologiczny, a nie fizyczne obciążenie procedurą staje się czynnikiem decydującym o zakończeniu terapii. Dlatego tak istotne jest zapewnienie odpowiedniego wsparcia psychologicznego.

Najliczniejszą grupę pacjentek stanowią kobiety między 30. a 38. rokiem życia. Coraz częściej jednak zgłaszają się także pacjentki powyżej 40. roku życia, co niestety wiąże się z niższą skutecznością leczenia.

Lepiej leczyć wcześnie

Program mierzy się z poważnymi wyzwaniami: ograniczonym finansowaniem, nierównym dostępem do wyspecjalizowanych ośrodków oraz zbyt późnym zgłaszaniem się pacjentów do leczenia. Dr Kania zwraca uwagę, że ubiegły rok pokazał, jak bardzo niedoszacowane było zapotrzebowanie na procedury in vitro, ponieważ w wielu ośrodkach środki wyczerpywały się przed końcem roku, co zmuszało pary do odroczenia leczenia.

Jednym z kluczowych problemów jest również właściwe określenie momentu, w którym parę należy skierować do ośrodka wspomaganego rozrodu. Zbyt późne wdrożenie leczenia może znacząco obniżyć szanse na sukces. W Polsce wciąż brakuje także miejsc w publicznym systemie ochrony zdrowia, które kompleksowo diagnozują pary.

Ginekolog Małgorzata Kania podkreśla jednak pozytywne zmiany, czyli rosnącą liczbę kampanii edukacyjnych, które przyczyniają się do tego, że pary coraz częściej szukają pomocy i wsparcia. – W Polsce wciąż zbyt często musimy przekonywać, że in vitro to medycyna, to nowoczesne leczenie, które zmienia życie i spełnia marzenia o rodzicielstwie, a niepłodność to choroba, której nie trzeba się wstydzić, ale skutecznie leczyć – zauważa.

Program refundacji in vitro jest kluczowym, choć niejedynym elementem opieki nad pacjentami z niepłodnością. Jak podkreśla dr Kania, powinien funkcjonować równolegle z szeroko dostępną diagnostyką hormonalną, ginekologiczną, leczeniem zachowawczym i chirurgicznym oraz edukacją dotyczącą płodności.

– W idealnym modelu systemowym in vitro nie powinno być „ostatnią deską ratunku”, lecz jednym z narzędzi stosowanych we właściwym momencie, w ramach kompleksowej i skoordynowanej opieki nad parą – mówi.

Budżet nie jest z gumy

Dane dotyczące liczby urodzeń i ciąż potwierdzają skuteczność programu, jednak środowisko medyczne wskazuje na poważną barierę finansową. Podczas posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia eksperci podkreślali, że skala wsparcia nie nadąża za realnymi potrzebami. Zdaniem dr Katarzyny Kozioł zwiększenie budżetu do około 800 mln zł rocznie znacząco poprawiłoby dostępność terapii.

Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że choć prace nad budżetem trwają, możliwości finansowe są ograniczone. Resort zapewnia, że finansowanie programu nie będzie niższe niż w poprzednim roku. Środki przekazywane są ośrodkom w formie dotacji i wypłacane po wykorzystaniu co najmniej 70 proc. przyznanej puli. Do końca września 2025 r. rozdysponowano 594 103 021 zł między 58 realizatorów.

Sylwia Wamej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026