19 lutego 2026

Wywiad lekar(s)ki: System ochrony zdrowia nie może się wywrócić (wideo)

Konieczny jest ponadpolityczny i merytoryczny dialog o reformie systemu ochrony zdrowia i zwiększaniu gotowości na zdarzenia wielkoskalowe – przekonuje prof. Robert Gałązkowski, ekspert w dziedzinie zdrowia publicznego i ratownictwa medycznego, w rozmowie z Marią Kłosińską.

Fot. Adrian Boguski

Pod koniec 2025 r. w wielu regionach kraju odwoływano lub przesuwano planowe operacje i procedury medyczne. Jakie konsekwencje mają takie decyzje dla bezpieczeństwa zdrowotnego społeczeństwa?

Trzeba powiedzieć o dwóch aspektach. Po pierwsze, od wielu lat pod koniec roku zdarzają się podobne sytuacje: mówi się o braku środków i o zabiegach przenoszonych na kolejny rok. W 2025 r. bardzo mocno to wybrzmiało. Po drugie, żyjemy w rzeczywistości, w której nowe technologie w medycynie ratują życie i poprawiają jego jakość, ale są drogie.

Mamy też starzejące się społeczeństwo i widzimy procesy demograficzne: mniej porodów i rozmowy o zamykaniu kolejnych oddziałów położniczo-ginekologicznych. To wszystko oznacza jedno – system potrzebuje dużych zasobów finansowych. Pytanie, czy to ma być kolejne dokładanie do systemu środków, czy może przyszedł moment, by odrzucić politykę i merytorycznie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy liczba szpitali w Polsce nie jest za duża.

Czy my ten dług zaczynamy spłacać, czy on ciągle rośnie?

Rośnie. Co ważne, kiedy wyjedziemy do krajów uznawanych za bogatsze, bywa, że tamtejszy system funkcjonuje gorzej niż w Polsce. Pojawiają się rozwiązania typu dyżury pod telefonem czy ograniczona liczba lekarzy specjalistów na miejscu. W Polsce takie zmiany wywołują natychmiastową, często polityczną, reakcję: „system jest niebezpieczny”. I mam z tym problem.

Poważna dyskusja o ochronie zdrowia odbywa się w dużych emocjach, bywa wykorzystywana politycznie i rzadko ma wymiar głębokiej merytoryki. A przecież szpital to nie jest zwykłe przedsiębiorstwo. Chodzi o ludzkie życie, o dobór najlepszych terapii i leków – często drogich, które z jednej strony są postępem, a z drugiej – generują koszty.

Gdy mówimy o kosztach i zasobach: pacjent, który nie zdrowieje, przestaje pracować, przechodzi na długie zwolnienie, czasem na rentę. Czy system potrafi dziś patrzeć na bezpieczeństwo zdrowotne także w ekonomicznym sensie?

Amerykanie mówili o tym wprost, kiedy w latach 60. i 70. XX wieku budowali system ratownictwa medycznego: trzeba zainwestować duże pieniądze, żeby skuteczniej pomagać pacjentom w stanie zagrożenia życia i zdrowia. Dlaczego? Bo dobra, szybka pomoc oznacza krótszą absencję chorobową, krótszą rehabilitację i niższe koszty odszkodowań.

W 2025 r. Prezydium NRL apelowało do ministra zdrowia o dialog z samorządem, podkreślając nadrzędność bezpieczeństwa pacjentów. Trudno jednak mówić o zmniejszaniu długu zdrowotnego, skoro nie spłacamy go z nadwyżką. Czy Pana zdaniem okno czasowe na realne wzmacnianie bezpieczeństwa zdrowotnego państwa jeszcze istnieje, czy też zbliżamy się do momentu, w którym decyzje podejmowane pod presją kosztów będą miały trwałe konsekwencje?

Z apelem o nadrzędność bezpieczeństwa pacjentów nie sposób się nie zgodzić – to dogmat. System nie może się wywrócić, bo byłaby to klęska polityczna. Pieniądze zawsze się znajdą, żeby funkcjonował. Żeby poważnie mówić o dodatkowych środkach, musimy poważnie mówić o reformie. Na poziomie mikro można usprawniać własny szpital czy jednostkę ratownictwa, ale filary systemu zależą od decyzji politycznych. Nikt nie chce decydować o ograniczaniu liczby szpitali. A równocześnie mamy coraz większy problem z pacjentami geriatrycznymi i opieką długoterminową.

Bywa, że tygodniami i miesiącami szuka się miejsca dla pacjenta wielochorobowego, którego rodzina nie jest w stanie objąć opieką. Czy zamykamy szpital, czy przekształcamy go w placówkę potrzebną populacji, na przykład w zakład opiekuńczo-leczniczy – to jest dziś realny dylemat. Szpital z obłożeniem 30-40 proc. się nie spina, a potrzeby opieki długoterminowej rosną. Uważam, że to jest moment na ponadpolityczny dialog, a nie doraźne wykorzystywanie sytuacji w ochronie zdrowia.

Jak Pan ocenia bezpieczeństwo systemowe w Polsce? Czy jesteśmy gotowi na poważny kryzys zdrowotny lub sytuację zagrożenia państwa?

Pandemia COVID-19 pokazała, że cały świat w początkowej fazie jest bezradny, a rozwiązania przychodzą dopiero z doświadczeniem. Kluczem jest zarządzanie: decyzje centralne, ale też zaangażowanie dyrektorów placówek i uczciwość we współpracy między szpitalami. Dziś dochodzą zagrożenia, także te wynikające z sytuacji za wschodnią granicą. Najprościej jest korzystać z doświadczeń Ukrainy. Ale nie chodzi tylko o wojnę. Mieliśmy też realne zagrożenie o charakterze terrorystycznym, gdy – dzięki Bogu – nie doszło do wykolejenia pociągu z dużą liczbą pasażerów.

Taki kryzys wykroczyłby poza przyjęte standardy i gotowość systemu. Każda katastrofa masowa przez pierwsze dwie godziny rządzi się chaosem. Nikt nie jest w stanie od pierwszej minuty idealnie nią zarządzać, ale my musimy ćwiczyć: jak uruchamiać system ościennych województw, kto koordynuje działania, jak przesuwać pacjentów stabilnych kosztem przygotowania miejsc dla tych, którzy wymagają natychmiastowej interwencji. Ważne jest też hasło: „nie przenosimy katastrofy do szpitala” – nie można doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy poszkodowani zostaną przewiezieni do jednego, najbliższego szpitala, bo to go paraliżuje.

Pandemia pokazała też zachowania pacjentów: masowe wykupywanie leków, odkładanie leczenia. Co pacjenci mogliby dziś robić, aby ich działania wzmacniały, a nie osłabiały, bezpieczeństwo systemu?

Odwróciłbym pytanie: co państwo powinno zrobić dla pacjenta, żeby postępował prawidłowo. Opór wobec ćwiczeń kryzysowych pokazuje niski poziom świadomości ryzyka. Potrzebujemy kampanii informacyjnych i edukacji o tym, jak zachowywać się w różnych stanach zagrożenia: zdrowotnych, chemicznych, militarnych.

Wykupywanie leków na wiele miesięcy z perspektywy jednostki bywa zrozumiałe, ale z perspektywy państwa i wspólnoty jest nieodpowiedzialne. Tę różnicę trzeba wyjaśniać i przekładać na praktykę: przez POZ, przychodnie i szpitale, ale także przez edukację od najwcześniejszych lat.

A jakie zadania stoją po stronie lekarzy i innych pracowników ochrony zdrowia?

Żyjemy w czasie przeciążenia: wielu pacjentów, mało czasu, wypalenie, stany depresyjne. Czy mamy rezerwę, by dokładać kolejne obowiązki? Oczywiście, warto szerzyć edukację, ale najlepiej, gdy wynika z postawy, a nie z nakazu. Do tego dochodzi narastająca agresja wobec personelu medycznego. Doświadczenia te budują dystans i utrudniają relacje oparte na zaufaniu i szacunku.

Jaka jest w tym rola samorządu lekarskiego? W OIL w Warszawie prowadzone są szkolenia przygotowujące lekarzy na sytuacje kryzysowe.

Samorząd powinien wspierać swoich członków, identyfikować zagrożenia i szukać narzędzi. Doceniam, że warszawska OIL wzięła współodpowiedzialność za przygotowanie środowiska. Rolą samorządu jest też rozmowa z ministerstwem o środkach na szkolenia specjalistyczne, które przygotowują do właściwych zachowań, postaw i umiejętności w sytuacjach ponadprzeciętnych. Przez lata była większa tendencja do holistycznego przygotowania lekarza, potem wyparły to wąskotorowe specjalizacje.

W strategiach NATO przewiduje się dla personelu SOR i przedszpitalnego ratownictwa medycznego kurs Damage Control Resuscitation a dla zespołów chirurgicznych, również rozumianych jako zabiegowców z innych dziedzin, kurs Damage Control Surgery. To oznacza m.in. umiejętność resuscytacji, odbarczania odmy, zaopatrywania ran postrzałowych czy tamowania ciężkich krwotoków, a także taktyki zachowania się warunkach niebezpiecznych.

W środowisku pojawiają się też wątki wojskowych struktur medycznych i programów szkoleniowych.

W siłach zbrojnych istnieją jednostki wojskowej służby zdrowia, ale rozwijają się też inicjatywy łączące środowisko cywilne z siłami zbrojnymi. Przykładem jest uruchomiony przez MON program Legion Medyczny, czyli platforma współpracy i szkoleń dla medyków. Rozumiem obawy środowiska wynikające z doświadczeń pandemii, ale nie możemy zaklinać rzeczywistości: szkolenia przygotowujące do działania w warunkach nadzwyczajnych powinny stać się powszechne.

W Ministerstwie Zdrowia rozmawiamy o modelu, w którym Wojskowy Instytut Medyczny ma przygotować „czapę” ośrodka szkoleniowego, a w kraju działałoby osiem ośrodków regionalnych. Szkoleni byliby instruktorzy, którzy później przekazywaliby wiedzę dalej. Ważne są też centra symulacji medycznych oraz element „poligonowy”, żeby poczuć różnicę warunków i realne ryzyka.

Wielu lekarzy czytających „Gazetę Lekarską” nie pracuje w ratownictwie ani w medycynie stanów nagłych. Jakie umiejętności są najbardziej uniwersalne?

Kluczowa jest wysokiej jakości resuscytacja krążeniowo-oddechowa: właściwe uciski klatki piersiowej i skuteczna wentylacja. Drugi filar to tamowanie masywnych krwotoków. Do tego dochodzą podstawy postępowania w oparzeniach, ewakuacja z miejsca zagrożenia oraz elementy medycyny taktycznej.

Chciałbym, aby powstał system szkolenia obejmujący szeroko personel medyczny, również na poziomie podyplomowym, bo to jest wyzwanie dzisiejszych czasów. Nie możemy być pewni spokoju i tego, że nic się nie wydarzy. Jeśli chcemy żyć w przekonaniu, że będzie pokój, szykujmy się na to, aby gdy go zabraknie, umieć się w tym odnaleźć z myślą o własnym bezpieczeństwie i bezpieczeństwie pacjentów.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026