Anna Gołębicka: Jak to widzi pacjent
Jedno wypełnienie, pięciu lekarzy i rosnące poczucie zagubienia. O komunikacji, odpowiedzialności i granicy między leczeniem a „fast foodem”.

Stoisz w korku. Miasto oddycha ciężko, jakby miało problem z krążeniem. W radiu wiadomości – nawet nienajgorsze. Generalnie nie jest źle – myślisz. I wtedy czujesz to delikatne, niepokojące „coś”. Wypełnienie w górnej siódemce porusza się jak obluzowana cegła w murze, który miał stać przez lata. Więc jednak nie jest tak dobrze.
Ale zaraz przychodzi uspokajająca myśl: mam przecież „swoją dentystkę”. „Swoją” – to słowo brzmi jak polisa na życie. Jak przystań. Dzwonisz. I dowiadujesz się, że wspaniałą panią Dorotę pokonał kręgosłup. Nie metaforycznie – dosłownie. I co tu teraz zrobić?
Może stomatolog na NFZ? Znajoma, którą uważasz za bardzo w porządku, przecież przyjmuje na NFZ. Spoglądasz do planu finansowego Funduszu. Widzisz tam kilka miliardów i myślisz: a może sprawdzę. Internet. Placówki. Jest. Dzwonisz. Zabawa w głuchy telefon. Nie dochodzisz nawet do momentu, w którym dowiesz się, że najbliższy termin jest za osiem albo osiemnaście miesięcy.
Jeśli jesteś lekarzem, to właśnie w tym momencie zaczynasz w głowie przeszukiwać listę znajomych z innego wydziału albo ze środowiska – kto jest stomatologiem? A może od razu pytasz przyjaciół o rekomendacje. Ktoś poleca zaufanego lekarza w Radomiu, ktoś inny w Siedlcach. Mówią: kompetentny, godny zaufania, rachunek nie powoduje konieczności konsultacji kardiologicznej ani użycia soli trzeźwiących. Myślisz jednak: nie będę jechać kilkadziesiąt kilometrów z powodu jednego wypełnienia.
Przypominasz sobie SMS-y z prywatnej sieciówki z ofertą stomatologiczną. Dzwonisz. Dowiadujesz się, że w twoim abonamencie wypełnienie jest „free”. Zapisujesz się. Koledzy – doświadczeni lekarze – pytają wprawdzie, czy na pewno lubisz „jeść w fast foodach”, ale puszczasz to mimo uszu. Stereotypy.
Trafiasz na fotel. Pan doktor wygląda na sporo przed trzydziestką. Myślisz: nie wykluczaj młodych. Robią zdjęcie, lekarz ogląda, rozwierca i poddaje się przy formówce. Zalepia ubytek gorzkim czymś i zapisuje cię do bardziej doświadczonej koleżanki. Gorzkie coś wypłukuje się już wieczorem. Nie czekasz więc na wizytę u koleżanki i w tym samym miejscu zapisujesz się do kolejnego lekarza, który może przyjąć szybciej.
Tym razem prosisz o kogoś bardziej doświadczonego. Dostajesz „lekarstwo” na miesiąc. W święta boli cię ząb – bo, jak powiedział doktor, „może boleć”. Po miesiącu kolejny lekarz robi coś kolejnego. Twoje niezrozumienie rośnie. Wysyła cię do tej samej koleżanki co pierwszy. W końcu, przy czwartej próbie, trafiasz do „tej koleżanki” z początku historii.
Urocza, miła, mówi, że sprawa jest niełatwa, ale nie potrafi wyjaśnić, dlaczego trzeci lekarz zrobił to, co zrobił. Nie daje gwarancji, że leczenie kanałowe – za około 2500 zł – się powiedzie, więc zaczynacie rozmawiać o implancie. Tym razem bez dopłaty. Wracasz do domu, żeby podjąć decyzję. Czytasz opisy swoich wizyt i widzisz, że zgłaszałeś się z czymś innym, niż wynika z dokumentacji.
W końcu wracasz na ścieżkę z początku historii. Lekarz z polecenia. Sprawdzony. Wizyta numer pięć odbywa się z rekomendacji. Pani doktor nie ma gabinetu w Warszawie, nie ma wypasionej kliniki, ale ma gigantyczne doświadczenie. Po pierwszej rozmowie wiesz, o co chodzi. Czujesz się bezpiecznie.
I o czym to właściwie jest? To nie film drogi. To historia o tym, że medycyna nie jest supermarketem ani „fast foodem”. O tym, że to, co czuje i rozumie pacjent, a to, co ma w głowie lekarz, to dwie różne rzeczy. O tym, że nie wystarczy pacjentowi coś powiedzieć – trzeba jeszcze sprawdzić, jak to zrozumiał.
To także opowieść o tym, że komunikacja powinna być obowiązkowym przedmiotem na studiach medycznych. Że dla lekarza zakończenie wizyty i odesłanie dalej może oznaczać zamknięcie sprawy, a dla pacjenta bywa początkiem drogi od Annasza do Kajfasza – bez światełka w tunelu.
Również o tym, że pomysły ograniczania staży po studiach są ultrakrótkowzroczne. Liczy się realne doświadczenie – zarówno w umiejętnościach twardych, jak i miękkich – a nie samo posiadanie PWZ. Każdy młody lekarz powinien mieć w pierwszych latach pracy obowiązkowe wsparcie mistrza.
I wreszcie o tym, że fast food nigdy nie zastąpi dobrze zbilansowanej diety. Medycyna to gra zespołowa, nie solowy występ ani gra w palanta. A wzorem sektora prywatnego po każdej publicznej wizycie pacjent powinien dostać rachunek – informację, co zostało wykonane i ile to kosztowało. Taki rachunek do ręki, z wyszczególnieniem każdego elementu, naprawdę robi wrażenie.
Anna Gołębicka, ekonomistka, strateg komunikacji i zarządzania
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026