Anna Gołębicka: Po terminie przydatności do użycia
Polski system ochrony zdrowia nie bardzo wie, co zrobić z lekarzami po sześćdziesiątce. Z jednej strony są „zbyt starzy”, by w nich inwestować, z drugiej – idealni jako „zapchajdziury” w kadrowych brakach. Przez to ginie to, co najcenniejsze: doświadczenie, dystans i mistrzostwo.

System publiczny w Polsce w myśleniu o starszych ludziach utknął głęboko w poprzednim wieku. Masz 56 lat, wchodzisz w okres ochronny – szykuj się, „staruszko”, do odmaszerowania. Nie jesteś już atrakcyjna dla pracodawcy. Mężczyzn dotyczy to samo, tylko z przesunięciem o pięć lat.
W ten sposób ludzie z ogromnym potencjałem i doświadczeniem nagle stają się nieatrakcyjni dla rynku pracy. Kolejny etap to 70+. Może już nie mają tyle siły co pięćdziesięciolatkowie, ale za to dystans, spokój i doświadczenie. Towar ewidentnie deficytowy, ale na te skarby popytu całkowicie brakuje.
W ochronie zdrowia jest podobnie. System najbardziej kocha rezydentów: zrobią sporo i kosztują z innej puli.
Emerytowany lekarz bywa idealną „zapchajdziurą” – nikogo specjalnie nie interesuje, czy jeszcze daje radę, bo na bezrybiu i rak ryba. A jeśli ktoś miał szczęście (a może nieszczęście) pracować w miejscu naprawdę atrakcyjnym, to im bliżej emerytury, tym bardziej staje się kimś pomiędzy meblem z PRL-u a przeterminowanym lekiem.
Kiedyś działał, dziś tylko zajmuje miejsce. A szkoda, i to podwójnie. Bo obok innych deficytów w ochronie zdrowia mamy też ogromny deficyt mistrzów. Niektórych rzeczy nie da się pobrać z chmury ani nauczyć w weekend. Nie ma ich na konferencjach ani w podcastach.
I nie chodzi tu o znajomość najnowszych wytycznych czy wiedzę ze światowych kongresów. Chodzi o doświadczenie, które przeżyło kilka reform, kilkanaście zmian wytycznych, wielu szefów, kolejne pokolenia młodych lekarzy i tysiące pacjentów. To umiejętność dystansu i widzenia człowieka w człowieku.
Mistrz to ktoś, kto widział chorobę, zanim dostała angielską nazwę. Kto pamięta pacjenta, a nie tylko jego PESEL. Kto wie, że czasem trzeba posłuchać dłużej, niż trwa standardowa wizyta. I właśnie dlatego staje się zbędny – bo system nie ma czasu słuchać. Mistrz to także nauczyciel, którego chce się słuchać, a nie musi.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć: ten kij ma dwa końce. Bywało w medycynie, że przez całe dekady starsi blokowali rozwój młodych. Król lub królowa była tylko jedna.
Puszczali tylko swoich, budowali dwory i szykowali sukcesje, jakby byli w swoich przedsiębiorstwach. Niejeden przy nich się postarzał, a w szpitalnej hierarchii wciąż był „za młody” i „nie dość dobry”. Byli jednak i profesorowie, którzy rozumieli, że największą cnotą mistrza jest uczeń, który go przewyższa.
To trochę jak w rodzinie. Najpierw jesteś dzieckiem, potem rodzicem, a potem dziadkiem czy babcią. Niby ten sam człowiek, a zupełnie inna rola. Dziecko pyta i uczy się świata, rodzic organizuje, zarządza i wymaga, a dziadkowie kochają, uspokajają i przekazują doświadczenie. Sprawiają, że świat wydaje się mniej groźny. Ilu z nas miało rodziców surowych, zasadniczych, czasem nie do zniesienia?
A potem wydarzał się cud. Ten sam ojciec, który kiedyś mierzył wzrokiem długość spódnicy, dziś z wnukiem buduje bazę kosmiczną z koca. Ta sama matka, która nie znosiła zawracania głowy, piecze trzecie ciasto, bo „dziecko lubi”. Dokładnie tak powinniśmy myśleć o roli lekarzy emerytów. Nie jako o wiecznych kierownikach, lecz mentorach. Autorytetach. Wsparciu. Nie kimś, kto blokuje, ale kimś, kto rozwija.
Lekarz, który jako ordynator był postrachem oddziału, jako mentor może być skarbem. Bez władzy, bez presji, bez tabel wyników. Za to z czasem na rozmowę. Z dystansem do własnego ego. Z opowieściami, które uczą więcej niż prezentacja w PowerPoincie. Oni nie muszą już niczego udowadniać, więc mogą wreszcie mówić prawdę – także tę niewygodną.
Czas zobaczyć ich inaczej. Nie jak koszt, ale jak kapitał. Bo dziś wyrzucamy doświadczenie, a potem dziwimy się, że młodzi lekarze uczą się wszystkiego metodą prób i błędów i szybko się wypalają. Tyle że w medycynie te błędy bywają bardzo konkretne. Może więc zamiast pytać, czy oni jeszcze się nadają, zapytajmy, do czego naprawdę są nam potrzebni. Bo dziadek i babcia w rodzinie to nie przeżytek. To luksus.
Anna Gołębicka, ekonomistka, strateg komunikacji i zarządzania
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026