23 lutego 2026

Jakub Sieczko: O tachografach

Prawo doskonale wie, że zmęczony kierowca ciężarówki stanowi zagrożenie. Zadziwiające, że tej samej wiedzy nie stosuje wobec zmęczonego lekarza trzymającego w ręku ludzkie życie.

Fot. freepik.com

Trzeba zająć się przepisami szykanującymi kierowców autobusów miejskich i ciężarówek, a także pilotów samolotów. Wiem – zdanie cokolwiek zaskakujące na początku felietonu miesięcznika branży medycznej, ale problem jest palący.

Taki, dajmy na to, kierowca trzydziestopięciotonowej ciężarówki przewożącej, powiedzmy, konserwy mięsne ze Szczecina do Przemyśla może prowadzić swój pojazd najdłużej przez cztery i pół godziny ciągiem, a w ciągu doby najdłużej przez godzin dziesięć. Potem nie ma zmiłuj – trzeba zrobić postój.

Policja i Inspekcja Transportu Drogowego Bogu ducha winnych kierowców ciężarówek prześladują – nie dość, że urządzają im częste kontrole drogowe, to jeszcze zainstalowały w pojazdach tachografy i sprawdzają, czy przepisy są przestrzegane. A przecież kierowca, jeśli czuje się dobrze, może zrobić po drodze dziesięciominutową przerwę na dwie mocne kawy i ruszyć w dalszą trasę.

Do Przemyśla on i przewożone przez niego konserwy dojadą szybciej. Będzie miał dzięki temu więcej czasu, prędzej wróci do domu, złapie kolejną fuchę, zarobi trochę grosza. Jeśli po nieprzespanej nocy za kółkiem czuje, że jest w stanie z tego Szczecina pojechać na przykład do Wrocławia z kolejnym ładunkiem – jakim prawem ktokolwiek mu tego zabrania? To tylko trzydziestopięciotonowa ciężarówka – cóż groźnego może być w tym, że chłopu po drodze będą nieco kleić się oczy?

Podobnie sprawy mają się z pilotami samolotów rejsowych – poleci taki z Krakowa do Rzymu, tego samego dnia wróci i szlus, koniec. Do Londynu od razu lecieć nie można, trzeba wrócić do domu, pobawić się z dziećmi, obejrzeć serial, się wyspać. Prawo lotnicze czas pracy określa skrajnie restrykcyjnie i przekroczenie go choćby o dziesięć minut to prawie pewne kłopoty. Można nawet stracić licencję pilota, co w naszej branży równałoby się pozbawieniu prawa wykonywania zawodu.

Kto z Państwa chciałby podróżować samochodem ze swoimi dziećmi, wiedząc, że przeciwnym pasem jedzie TIR kierowany przez kogoś, kto ma za sobą zarwaną noc i siedemset kilometrów trasy ciągiem? Kto wsiadłby na pokład samolotu, za sterami którego siedzi pilot, który właśnie przyleciał do Polski z Japonii, ale twierdzi, że w sumie ma się nieźle i po dwóch kawach da radę machnąć szybki rejs do Nowego Jorku?

Czy dałbyś zoperować swoje kolano ortopedzie, dla którego jest to czterysta trzydziesta godzina pracy w miesiącu? Czy dałbyś się znieczulić anestezjologowi, który przyjechał do szpitala po dwóch dobach w pogotowiu, i to takich pracowitych?

Według Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji siedemdziesiąt trzy procent polskich lekarek i lekarzy specjalistów jest zatrudnionych na kontrakcie. Jestem w tym gronie i dostrzegam wiele zalet tej formy. Potrzebuję w listopadzie dwóch tygodni wolnego, bo jesienna polska szarość obniża mój nastrój i wolę wtedy odwiedzić jakąś hiszpańską wyspę? Bardzo proszę, można. Syn ma przedstawienie w przedszkolu? Przyjdę, nikogo nie muszę prosić o wolne.

Marzą mi się wolne poniedziałki, bo w ramach noworocznego postanowienia chcę obejrzeć wszystkie spektakle Teatru Telewizji, albo wolne piątki, bo w celu zapobiegania incydentom sercowo-naczyniowym gram z kolegami w futbol? Nie ma problemu. Praca na kontrakcie to wolność, to godne zarobki, choć też brak takiego zabezpieczenia socjalnego jak na starym, dobry etacie. Postanowiłem jednak w chwili otrzymania tytułu specjalisty – nie więcej niż dwieście godzin w miesiącu. Wystarczy.

Znam jednak takich, którzy od lat pracują na kontrakcie po czterysta czy pięćset godzin miesięcznie. Poniedziałek – doba w szpitalu, po tej dobie dwanaście godzin w pogotowiu, w środy jeszcze raz doba w szpitalu, potem w czwartki do wieczora zabiegi w placówce prywatnej. W piątki delikatnie, tylko do 15:00 szpital, za to w sobotę w tymże szpitalu kolejna doba, a potem dwanaście godzin w pogotowiu, tam nigdy nie ma chętnych na pracę w weekendy.

Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, podejrzewam jednak, że stan konta tak pracujących jest imponujący. Często z dyżuru na dyżur jeżdżą drogimi samochodami. Sądzę też, że mają piękne, przestronne mieszkania w najlepszych dzielnicach. Zastanawiam się tylko, po co im takie mieszkania, przecież wracają do nich z rzadka i prawie wyłącznie po to, żeby się przespać. Wystarczyłaby skromna kawalerka. Komu to szkodzi? Jeśli ktoś chce uczynić pracę zawodową główną osią swojego życia, w zasadzie jedynym poza zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych zajęciem – czemuż mielibyśmy kogoś takiego ograniczać?

Osobom z wykształceniem medycznym wpływu zmęczenia (i znużenia, które jest pojęciem nieco innym) na jasność umysłu tłumaczyć pewnie nie trzeba, ograniczmy się więc do kilku haseł: spadek zdolności kognitywnych, większa skłonność do podejmowania błędnych i ryzykownych decyzji, narażenie na rozdrażnienie i wybuchy złości, wreszcie gorsze umiejętności motoryczne, wolniejszy czas reakcji.

Każdemu, kto został obudzony o piątej rano, na koniec wyczerpującego dyżuru, telefonem z informacją, że trzeba zająć się kolejnym pacjentem, tłumaczyć tego nie muszę. Działamy wówczas w trybie przetrwania.

Czy mamy dowody naukowe na to, że to groźne dla naszych chorych? Mamy, bardzo proszę – oto cytaty z kilku badań. Zaczerpnąłem je z prezentacji dr Nancy Redfern z Newcastle upon Tyne wygłoszonej podczas ubiegłorocznego kongresu Euroanaesthesia: 2006 (Wright et al.):

  • „Pacjenci znieczulani pomiędzy 15:00 a 16:00 częściej doświadczają pooperacyjnego bólu, nudności i wymiotów niż ci, którzy byli znieczulani rano”. 2022 (Choshen-Hillel et al.): „Chorzy zgłaszający się w nocy do oddziałów ratunkowych rzadziej otrzymują adekwatną analgezję”.
  • 2023 (Scholliers): „Anestezjolodzy zgłaszają więcej pomyłek dotyczących podawanych leków, gdy są zmęczeni”.
  • 2014 (Linder): „Lekarze rodzinni z biegiem dnia pracy przepisują coraz więcej antybiotyków chorym z infekcjami. Przeciążenie kognitywne prowadzi do preferowania szybszych i łatwiejszych wyborów”.
  • 1999 (Aya): „W nocy ponadsześciokrotnie wzrasta ryzyko niezamierzonego nakłucia opony twardej podczas znieczulenia”.
  • I na koniec – badanie z 2020 (Cortegiani et al.) – największe i najważniejsze, bo obejmujące prawie trzy miliony pacjentów: „Przeprowadzenie zabiegu operacyjnego w godzinach nocnych wiąże się  większą 30-dniową śmiertelnością pacjentów w porównaniu z chorymi operowanymi w ciągu dnia”. Co ważne, badacze zaznaczają w swojej pracy, że za różnicę tę nie odpowiada wyłącznie rodzaj przeprowadzanych zabiegów i stan pacjentów. Pora dnia jest niezależnym czynnikiem ryzyka.

Inne  kraje zauważyły ten problem, starają się mu przeciwdziałać. Spytałem o Fatigue Managment System dr. Tomasza Derkowskiego – anestezjologa, który pracował swego czasu w australijskim śmigłowcu ratunkowym. Po każdym dyżurze uzupełniał tabelę określającą, jak długo trwała jego praca (bo przecież czasem się przedłużała) i przez jaki czas podczas dyżuru pracował aktywnie, a jak długo pozostawał w gotowości.

Na podstawie wprowadzonych danych algorytm określał czas niezbędny na regenerację – każda godzina podyżurowa oznaczona była kwadratem zielonym, pomarańczowym lub czerwonym. Jeśli kwadrat był czerwony, pracować nie było można i pracodawca musiał poszukiwać dla lekarza zastępstwa.

W Wielkiej Brytanii powstała za to Fatigue Group zrzeszająca anestezjologów i intensywistów, którzy dostrzegają wagę problemu. Na stronie internetowej tej inicjatywy znaleźć można odpowiednie wytyczne. Przemęczony czy znużony personel to więcej błędów, powikłań, zgonów wśród pacjentów, ale też większa frustracja, problemy zdrowotne i osobiste oraz krótsze życie pracowników ochrony zdrowia.

Wiem, że tylko dzięki temu systemowi zapełnia się w Polsce dziury w grafikach. Odbywa się to jednak kosztem bezpieczeństwa pacjentów, a także zdrowia i życia nas samych.

Taki system pracy nie ma w sobie wbudowanych w zasadzie żadnych bezpieczników. Ograniczać powinien nas więc zdrowy rozsądek, autorefleksja, znajomość własnych możliwości psychofizycznych. Ani przełożeni, ani pacjenci nie radzą raczej polskim lekarzom, żeby ci pracowali mniej, bo są przemęczeni. Nie ma algorytmów monitorowania zmęczenia. Nie regulują tego żadne przepisy. Jesteśmy jak kierowcy Ubera – zatrudnieni na luksusowej, ale jednak śmieciowej umowie, sami regulujący swój czas pracy.

Zdrowy rozsądek pracownika, jego autorefleksja i świadomość własnych ograniczeń, a także silna wola pozwalająca opierać się pokusie zarabiania coraz większych pieniędzy nie mogą być jednak jedynymi bezpiecznikami. Czas rozpocząć rozmowę o uregulowaniu prawnym naszego czasu pracy. Czy nie powinniśmy wprowadzić rozwiązań analogicznych jak w branży transportowej? Może już czas na lekarskie tachografy?

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026