25 lutego 2026

Mariusz Politowicz: Apteka na Starze 66

W 1988 r. uczyliśmy się prowadzić aptekę polową na samochodzie pamiętającym lata 50. Dziś w zupełnie innej Polsce pytanie o bezpieczeństwo lekowe brzmi niepokojąco podobnie: kto, gdzie i czym ma zabezpieczyć pacjentów, gdy naprawdę zacznie się kryzys?

Fot. arch. prywatne

Gdy w 1988 r. kończyłem Wydział Farmaceutyczny ówczesnej poznańskiej Akademii Medycznej, jak wszyscy absolwenci zostałem powołany na dwumiesięczny pobyt w jednostce wojskowej.

Oprócz prosocjalistycznej i antynatowskiej indoktrynacji (mało skutecznej) próbowano nas nauczyć schematów organizacyjnych wojskowej służby zdrowia. Przy okazji przekazywano estymowane dobowe straty na przykład po ofensywie dywizji zmechanizowanej.

Dowiedzieliśmy się też rzeczy niezwykle ważnych dla przyszłej pracy w aptece polowej – na przykład tego, że pluton czołgów w dywizji pancernej liczy mniej czołgów niż w dywizji zmechanizowanej. Ćwiczenia z musztry odbywaliśmy na sąsiadujących z uczelnią terenach Targów Poznańskich. Poznawaliśmy regulaminy Wojska Polskiego, w tym strzelecki.

Rozkładanie i składanie karabinka AK-47 potrafiłem wykonać w kilkanaście sekund – i to z zamkniętymi oczami. Czytelnicy z pewnością rozumieją, że wszystkie te dane były niezbędne, aby podchorążowie, czyli studenci lub absolwenci szkół wyższych, potrafili prowadzić apteki polowe. Polowe, choć raczej z dala od pola walki.

Po przysiędze i – a jakże – defiladzie zdaliśmy egzamin oficerski, który umożliwiał późniejszą promocję na stopień podporucznika. Uprzedzając fakty, dodam, że wojsko tylko raz próbowało mnie powołać na ćwiczenia, ale po moim wniosku – jako jedynego żywiciela rodziny z dwojgiem małych dzieci – zrezygnowało.

Lipiec i sierpień absolwenci farmacji z całej Polski spędzali w tej samej jednostce wojskowej. Dwa razy ciężarówkami Star 66 z plandeką pojechaliśmy na odległą strzelnicę. Każdy oddał łącznie 2 × (3 + 10) strzałów z AK-47. Pewnej nocy bez jedzenia i picia wywieziono nas do lasu. Dostaliśmy mapy i kompasy i kazano na własną rękę wrócić do koszar. Udało się dość sprawnie – wśród nas wielu lubiło chodzić z mapami po szlakach turystycznych. O GPS nikt wtedy nie słyszał.

Wszystko to przypominało raczej obóz harcerski, dopóki nie zaczęto wdrażać nas w szczegóły wojskowej wersji naszego zawodu. Gdy pojedynczo wchodziliśmy do ciasnej „apteki polowej na samochodzie” – Starze 66 bez wspomagania kierownicy – ręce nam opadły. Tabliczka znamionowa zdradzała, że pojazd i wyposażenie pamiętały lata 50. XX wieku.

Szczytem nowoczesności była zgrzewarka do worków z cienkiej folii, w które miano rozlewać płyny infuzyjne. Na pytania o substraty czy sterylizatornię słyszeliśmy enigmatyczne: „będą, gdy zajdzie potrzeba”. Choć byliśmy skoszarowani na terenie centralnej bazy zaopatrzenia medycznego armii, przestaliśmy zadawać niewygodne pytania. Z ulgą pożegnaliśmy się z wojskiem i trafiliśmy do aptek – niekoniecznie nowocześniejszych. Rok później przaśny PRL w zasadzie przestał istnieć.

Po gwałtownej prywatyzacji CEFARM-u apteki błyskawicznie przeszły metamorfozę – wizualną, logistyczną i wyposażeniową. Kapitalizm wygrał. Zapomniano o obronie cywilnej i podobnych działaniach. Agresja Rosji na Ukrainę pozbawiła nas złudzeń, a zmiany geopolityczne budzą dziś realny niepokój. Tymczasem na szczeblu lokalnym – poza testowaniem syren alarmowych – niewiele się dzieje.

Chciałbym wierzyć, że brak widocznych działań oznacza istnienie przemyślanych, tajnych planów. Żyję jednak tu i teraz. Rozmawiam z ludźmi, także z przedstawicielami władz gmin i powiatów. Gdy pytam o rolę aptek w czasie W lub tuż przed nim, w najlepszym razie słyszę uprzejme zapewnienia, że „trzeba uwzględnić ich znaczenie dla bezpieczeństwa obywateli”.

Świetnie. Na jedną aptekę przypada statystycznie nieco poniżej dwóch magistrów farmacji. 83 proc. farmaceutów to kobiety. Jeśli pozostałe 17 proc. zostanie powołane do wojska, to dostęp do leków dla cywilów nie ucierpi? A gdy ja trafię do jednostki, do której mam przydział, kto zabezpieczy moją aptekę i zgromadzone w niej leki? Ich kończący się termin ważności może okazać się najmniejszym problemem.

Na razie w telewizji widzę te same reklamy co moi pacjenci. Rozumieją jedno: „Panie, chyba wojna idzie”. Nie myślą o zabezpieczeniu podstawowych leków. Nikt im tego nie tłumaczy – choć mogliby to robić farmaceuci. Minęły lata, ale patrząc przez pryzmat wspomnień z 1988 r. i doświadczenia zawodowego, dzisiejsze bezpieczeństwo lekowe coraz bardziej przypomina tamtą aptekę na Starze 66 – bez wspomagania kierownicy. Jak bardzo chciałbym się mylić.

Mariusz Politowicz, członek Naczelnej Rady Aptekarskiej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2026