10 kwietnia 2026

Prawdziwe życie nie mieści się w scenariuszu

Seriale medyczne przyciągają miliony widzów, ale pokazują świat, który z prawdziwą medycyną ma niewiele wspólnego. W telewizyjnych szpitalach diagnozy stawia się w kilka minut, a lekarze potrafią wszystko. W rzeczywistości medycyna wygląda znacznie mniej spektakularnie i jest bardziej skomplikowana.

Fot. freepik.com

Od lat lekarze rozpalają wyobraźnię filmowców. Jednak to, co trafia na ekrany, często ma niewiele wspólnego z prawdziwą medycyną. Serialowe szpitale pełne są uproszczeń, spektakularnych cudów i błędów, które potrafią wywołać u medyków nie tylko uśmiech politowania, lecz także szczere oburzenie. Nic dziwnego, że wielu z nich ogląda takie produkcje z rosnącym dystansem, a czasem z zaciśniętymi zębami.

Głośny serial Netfliksa „Ołowiane dzieci”, inspirowany epidemią ołowicy wśród dzieci z katowickich Szopienic w latach 70., przyciągnął przed ekrany rzesze widzów. Produkcja Macieja Pieprzycy z udziałem Joanny Kulig i Agaty Kuleszy wzbudziła jednak kontrowersje wśród współpracowników i rodziny prof. Bożeny Hager-Małeckiej. W serialu zastąpiono ją fikcyjną postacią prof. Berger.

Spór o prawdę

Zdaniem Stanisława Torbusa, wnuka prof. Hager-Małeckiej, serial nie oddaje w pełni jej roli w wykryciu ołowicy. Podkreślał, że twórcy zmienili charakter jego babci i ograniczyli jej znaczenie, choć w rzeczywistości to ona pierwsza zdiagnozowała zatrucia i skierowała sprawę do dr Jolanty Wadowskiej-Król. W serialowej wersji wydarzeń kluczową rolę odgrywa jednak postać grana przez Joannę Kulig.

W rozmowie z dziennikarzami Torbus relacjonował: – Babcia stwierdziła: „To jest ołowica”. Wsiadła w taksówkę i pojechała do dr Wadowskiej-Król, mówiąc: „Masz tu ołowicę. Trzeba przebadać pozostałych pacjentów i sprawdzić, czy to odosobniony przypadek, czy jest ich więcej”.

Rodzina prof. Hager‑Małeckiej skierowała do Netflix Polska i Netflix USA przedsądowe wezwanie do zaprzestania naruszania dóbr osobistych. Podkreślają, że sposób przedstawienia wydarzeń w serialu znacząco odbiega od rzeczywistości. Ich zdaniem produkcja nie tylko nadmiernie upraszcza historię, lecz także przypisuje bohaterom działania, które mogą zniekształcać ich faktyczny wkład w walkę o zdrowie dzieci. Choć oburzenie rodziny jest zrozumiałe, twórcy podkreślają, że serial fabularny może jedynie być inspirowany wydarzeniami, a nie wiernie je odtwarzać.

„Bogowie”: między legendą a uproszczeniem

Podobne zarzuty pojawiły się po premierze filmu „Bogowie” Łukasza Palkowskiego, opowiadającego historię prof. Zbigniewa Religi i pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce. Lekarze współpracujący z Religą zwracali uwagę na pominięcie wkładu wielu członków zespołu, dramatyzowanie konfliktów oraz uproszczenie procesu przygotowań do operacji.

Część środowiska krytykowała także przedstawienie polskiej medycyny lat 80. jako skrajnie niekompetentnej czy wrogiej. Wskazywano również, że film idealizuje Religę, pomijając jego trudne decyzje czy późniejsze kontrowersje polityczne. Twórcy odpowiadali, że ich celem było stworzenie inspirującej opowieści o determinacji, a wiele scen miało charakter symboliczny.

W fabularnych serialach medycznych scenarzyści często pozwalają sobie na jeszcze większą swobodę. „Dr House” krytykowany jest za nierealistyczne diagnozy i promowanie ryzykownych metod leczenia. „Chirurdzy” byli wielokrotnie oskarżani o błędy medyczne i nierealistyczne operacje. „New Amsterdam” idealizuje system ochrony zdrowia, a „The Good Doctor”, choć chwalony za przedstawienie lekarza z autyzmem, również upraszcza procedury i realia pracy.

Serialowy świat utopii

Telewizyjne historie o genialnych diagnostach potrafią wciągać, ale rzadko pokazują prawdziwe oblicze medycyny. Z perspektywy własnych doświadczeń mówi o tym Marta Zaborowska, lekarka rezydentka gastrologii pracująca w jednym z warszawskich szpitali.

– Dorastałam, oglądając seriale medyczne, takie jak „Na dobre i na złe” czy „Dr House”. Fascynowały mnie wiedza i zdolność dedukcji bohaterów. Z zapartym tchem śledziłam losy lekarzy i pacjentów. Nie znałam wtedy realiów pracy w ochronie zdrowia, choć w domu często mówiło się o kondycji szpitali i sytuacji lekarzy. Prawdziwy świat medycyny zaczęłam poznawać dopiero na studiach i stażu, a w pełni podczas rezydentury. To wtedy zobaczyłam, z jakimi dylematami lekarz mierzy się każdego dnia – opowiada.

Jak podkreśla, idealny świat pokazywany w serialach to utopia. – Diagnozy stawiane w telewizji niewiele mają wspólnego z tymi, które poznawałam podczas edukacji. Pokazywanie procedur z różnych specjalizacji wykonywanych przez jednego lekarza to scenariuszowa fantazja, w którą widz często wierzy. W serialach nie ma zmęczenia po ciężkim dyżurze, stresu związanego z chorobą pacjenta czy konieczności radzenia sobie ze śmiercią chorego – mówi. I dodaje: – Idealne warunki pracy i opieki nie odpowiadają współczesnej rzeczywistości medycyny w Polsce. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni.

Bez efektów specjalnych

Jak zauważa Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej i lekarz onkolog, spośród popularnych produkcji najbliżej realiów pracy młodych lekarzy jest serial „Scrubs” („Hoży doktorzy”). – Pomijając elementy fantastyczne, to właśnie ten serial najbliżej pokazuje to, co widzimy na co dzień w systemie NFZ – podkreśla. Dodaje jednak, że prawdziwa praca lekarza jest znacznie mniej dynamiczna niż w telewizji, bo ogrom czasu pochłania biurokracja, która dla widza byłaby zwyczajnie nieatrakcyjna.

Kosikowski zwraca uwagę także na liczne absurdy obecne w serialach. – Ludzkie ciało jest w stanie znieść dużo więcej, niż sugerują to sceny telewizyjne. Przykładem może być odejście wód płodowych: w serialach trwa to kwadrans, a w rzeczywistości często wiele godzin – mówi.

Wskazuje również na fikcyjną „uniwersalność” lekarzy. – W jednym z odcinków polskich „Stażystów” młodzi lekarze wykonują awaryjne cesarskie cięcie na podłodze izby przyjęć. W codziennej praktyce takie sytuacje po prostu się nie zdarzają – zaznacza. Jego zdaniem problematyczne jest też budowanie nierealistycznych oczekiwań pacjentów wobec diagnostyki. – W telewizji wygląda to tak, jakby wystarczyło spędzić jeden dzień na izbie przyjęć, by wykonać komplet badań. W praktyce proces diagnostyczny trwa znacznie dłużej – tłumaczy.

Kosikowski przyznaje jednak, że niektóre seriale potrafią poruszać ważne tematy. – W jednym z odcinków „Scrubs” pokazano wyłudzanie ubezpieczeń poprzez wykonywanie badań na zmarłych pacjentach, by pomóc osobom nieubezpieczonym. Jeśli szpital zbankrutuje, nie pomoże już nikomu, więc czasem dyrektor musi podejmować decyzje nieoptymalne, ale konieczne. Lekarze na co dzień nie myślą o tym, czy leczenie się „opłaca”, po prostu leczą pacjenta – wyjaśnia.

Rzecznik NIL podkreśla również, że wiele seriali medycznych to piękne bajki, w których dobre chęci wystarczą, by pokonać systemowe problemy. – W realnym życiu tak to nie wygląda, co doskonale widać po stanie polskiej ochrony zdrowia – zaznacza. Zwraca też uwagę na brak konsultantów medycznych przy produkcji wielu seriali. – Widać to choćby w źle założonych wkłuciach, opatrunkach czy kołnierzach ortopedycznych. Jeśli seriale miałyby mieć wartość edukacyjną, najlepiej byłoby, gdyby dotyczyły podstaw pierwszej pomocy i realnych procedur w nagłych sytuacjach – podsumowuje.

Medycyna od kuchni

Realia pracy lekarzy znacznie lepiej oddają seriale dokumentalne niż fabularne produkcje. W 2024 r. na antenie TVP zadebiutował cykl „Chirurdzy”, którego pomysłodawcami są Iwona Kania i Piotr Poraj-Poleski. Dziesięcioodcinkowy serial powstał w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA i pokazuje codzienność pacjentów, ich rodzin oraz personelu medycznego – lekarzy, pielęgniarek i rezydentów.

Reżyser produkcji przyznaje, że jednym z najbardziej poruszających momentów pracy nad serialem była wizyta w prosektorium w Lublinie. – Mocnym doświadczeniem było zobaczenie zaplecza prosektorium i tego, co dzieje się z donacjami po śmierci. Ale to wszystko służy nauce – mówi.

I dodaje: – „Chirurdzy” to największy dokumentalny cykl o lekarzach zrealizowany dotychczas w Polsce. Pracowaliśmy nad nim prawie rok. Pokazaliśmy historie pacjentów, ale także to, że lekarze są zwykłymi ludźmi. Zajrzeliśmy do ich domów, mówiliśmy o ich zainteresowaniach. Pacjenci często nie widzą w lekarzu człowieka.

Iwona Kania, p.o. kierownika Działu Komunikacji NIL, wyjaśnia, że pomysł serialu narodził się podczas pracy nad programami medycznymi tworzonymi z klinicystami. – Zobaczyłam, jak ogromny potencjał ma pokazywanie pracy medyków od kuchni. Chciałam stworzyć formę dłuższą niż pojedynczy odcinek czy komentarz telewizyjny. Wspólnie z Piotrem Poraj-Poleskim przekonaliśmy władze TVP, że warto wyprodukować dokumentalny serial medyczny, bo widzowie są bardzo ciekawi tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami sal operacyjnych. Weszliśmy tam z kamerą i pokazaliśmy nie tylko niezwykłe historie pacjentów, ale też trud i poświęcenie lekarzy oraz całego zespołu – mówi.

Choć sama chętnie ogląda seriale medyczne, podchodzi do nich z dużym dystansem. – Lubię amerykańskie produkcje, bo pokazują zupełnie inną rzeczywistość, także pod względem systemu ubezpieczeniowego. Oglądałam „Grey’s Anatomy”, a z polskich przez pewien czas „Na dobre i na złe”. Trzeba jednak pamiętać, że to bajka. Szpitale nie wyglądają jak Leśna Góra, a personel nie ma tyle czasu na długie rozmowy z pacjentami – mówi.

Zwraca też uwagę, że seriale często przesadnie eksponują życie prywatne lekarzy. – Widzów to ciekawi, ale mam poważne wątpliwości, czy personel medyczny ma aż tyle czasu na życie poza pracą – dodaje Iwona Kania. Jej zdaniem stacje telewizyjne powinny większą wagę przykładać do rzetelnych konsultacji medycznych.

– Pacjenci czerpią z seriali wiele informacji, a pojawiają się tam poważne przekłamania zarówno w diagnostyce, jak i w czasie wykonywania badań. Wielu widzów chciałoby, by rzeczywistość wyglądała jak w Leśnej Górze, ale to wizja bajkowa, trochę jak „Ania z Zielonego Wzgórza” – podsumowuje.

Sylwia Wamej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026