2 stycznia 2026

Anna Gołębicka: lekarze na językach

Awantura o pieniądze w ochronie zdrowia znów obróciła się przeciw medykom, stawiając ich w roli wygodnych winnych. Za głośnym i oskarżeniami kryje się jednak wieloletni chaos: nierówności systemowe, wypalenie i rozpad zawodowej solidarności.

Fot. Monika Szałek

Jeśli można się o coś pokłócić, to w pierwszej kolejności będą to pieniądze. Mogą wiele naprawić i równie wiele zepsuć, czego żywym dowodem jest aktualna awantura w ochronie zdrowia, z obwinianiem lekarzy włącznie.

W „zdrowiu” nigdy nie było sprawiedliwie ani inkluzywnie. System ordynatorski. Tytularność. Ścieżka awansu zbudowana na kontaktach i koneksjach. A z drugiej strony całe pokolenia robiących specjalizacje na wolontariacie. Wynagradzanych za dyżury tak, że nie wystarczało na pizzę dla kolegów z tegoż dyżuru. Pięć fuch, żeby związać koniec z końcem. Kosztem rodziny i przyjaciół.

I nagle proponują kontrakt. Nie masz urlopu, zwolnienie na własny koszt, a jeśli coś się stanie – wszystko idzie na twoje konto. Ale to przecież wolny zawód. Wynagrodzenie „na rękę” od razu lepsze, do tego: ile robisz, tyle masz. Więc robisz – jeśli oczywiście masz to szczęście, że twoja dziedzina może być „na akord”.

Dają na pacjenta 15 minut – bierzesz. Nawet ścigasz się z samym sobą, ilu pacjentów „przerobisz” na godzinę. Zabieg tu, tam i jeszcze w jednym miejscu. Wpadasz i mkniesz dalej. Koledzy na umowie o pracę mają o wiele mniej. Frajerzy. I tak swoim dobrym samochodem odjeżdżasz z B2B do Byle Biec, zyskując miano jednego z głównych psujów systemu. Masz mniej czasu i coraz mniej siebie. Zamiast notatek z konferencji – excel z policzonymi punktami.

W przerwach kawa z automatu. Dla oddechu – cudowne wakacje albo raczej wakacje w cudownym miejscu, bo cię na to wreszcie stać. Jeśli jesteś kobietą, to może pojawi się torebka z górnej półki albo inne insygnium przynależności do klasy bardziej niż średniej. Jeśli chodzi o rodzinę – w sumie bez zmian. Dalej nie ma na nią czasu. W tej branży miano „była żona” czy „były mąż” nikogo nie dziwi.

Zmęczeni, zobojętnieni, wypaleni, cyniczni. Nie ma czasu pomyśleć o rozwoju,  poczytać doniesień medycznych ze świata. Zrobić coś w temacie nauki. Choć granty i badania to też osobny, szeroki temat. Rozmowy na korytarzu częściej dotyczą samochodów niż pacjentów, chyba że trzeba się wykłócić, że „to nie mój pacjent”, albo – jeśli dobrze wyceniony – „to mój pacjent”.

Wspólnota zawodowa? Zespół? Sami sobie odpowiedzcie. Jesteście tak podzieleni, że nawet nie bylibyście w stanie wspólnie zaprotestować, bo każdy byłby innego zdania, albo nie wyszedłby protestować, mając coś do stracenia. W pracy – wypaleni i sfrustrowani. W mediach – pazerni. W komentarzach – aroganccy. W oczach polityków – idealny kozioł ofiarny.

Jak napisał jeden z poruszonych aktualną sytuacją doktorów: „Niestety, polskiemu środowisku lekarskiemu brak jest solidarności. Gdy ‹‹sprywatyzowali›› szpital we Frankfurcie, okazało się, że tylko 3 oddziały utrzymują cały szpital, a pozostałe 17 generuje koszty. Jednak zysk z tych 3 rentownych oddziałów pokrywał straty pozostałych, tak że szpital był na plusie. Wynagrodzenia lekarzy były niezależne od generowanych zysków. Różnice w zarobkach wynikały wyłącznie z obciążania dyżurami i obciążenia pracą na nich”.

Nie, nie chodzi o powrót do źle opłacanego etatu i dyżurów za 17 złotych za godzinę. Dziś chodzi o solidarność zamiast szarpania kołderki. Nie tylko „moje”, bo akurat mam szczęście, że w mojej dziedzinie dobrze płacą. Potrzebne jest odkopanie wyjątkowości tego zawodu. Pokazanie unikalności waszych umiejętności. Odzyskanie radości z leczenia, radości pracy w zespole, radości dawania zdrowia.

Mistrz, którego wszyscy szanują, jest spokojny, ma czas na słuchanie i słyszenie. Ma przestrzeń na rozwój – swój i swoich uczniów. Rozumie, że człowiek, który do niego trafia, może być zdenerwowany czy wystraszony, i nie bierze jego trudnego zachowania do siebie. Nie obraża się. Czasem pięć minut cierpliwości i uwagi wraca jako morze wdzięczności i szacunku. Patrzy na świat szerzej niż tylko przez pryzmat „mojej procedury”.

I wreszcie – system wymaga zmian, a lekarze jako solidarna grupa zawodowa nie powinni dawać się wkręcać w czyjeś gry. Potrzeba mądrych konsolidacji i realnych wycen procedur albo zmiany na zupełnie inne finansowanie, które nie będzie determinowało szarpania kołderki i robienia z jednej grupy zawodowej oprawców.

Choć ponad sto tysięcy miesięcznie w publicznej ochronie zdrowia, o których mówi poseł Janusz Cieszyński – z całym szacunkiem dla umiejętności i liczby godzin pracy – ma w sobie zaszyte wykorzystywanie koniunktury. Bo jeśli ktoś w szpitalu zarobi sto tysięcy plus, to dla innych pozostanie jedynie to, co „ustawa dała”, choć również leczą – tylko mają pecha, że ktoś nie doszacował ich pracy.

Anna Gołębicka, ekonomistka, strateg komunikacji i zarządzania

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 12/2025-1/2026