13 czerwca 2024

Co będzie jesienią? Pandemia w cieniu największego deficytu w III RP

Opinie, że jesteśmy dobrze przygotowani do walki z pandemią i jesienią wszystko będzie pod kontrolą, należy traktować z dużą rezerwą bez względu na to, kto je wypowiada – znany polityk, bardzo ważny urzędnik, szef placówki medycznej czy wzięty publicysta – pisze Mariusz Tomczak.

Czeka nas jesień z koronawirusem. Foto: pixabay.com

To, że czeka nas jesień z koronawirusem, jest pewne. Nie sposób jednak dokładnie przewidzieć jak przebiegać będzie pandemia COVID-19. Rosną zapasy „amunicji” i przybywa „karabinów”, którymi coraz celniej razimy „wroga”, ale przecież nie dysponujemy „bronią masowego rażenia”. Nie ma jej nikt na świecie.

Optymizmem napawa fakt, że wiedza, jak skutecznie chronić się przed SARS-CoV-2, jest znacznie bardziej powszechna niż na początku marca, kiedy został potwierdzony pierwszy przypadek zakażenia w Polsce. – Personel, który pracuje z chorymi na koronawirusa, nabrał sporego doświadczenia – przyznaje Mateusz Iżakowski, do niedawna rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Szczecinie.

Jeszcze w czasie wakacji, za sprawą pobicia rekordów nowych przypadków zakażeń (w sierpniu kilkakrotnie przekroczyły one 900 w ciągu doby), wzmogła się dyskusja o stanie przygotowań na jesień z pandemią. Niepokój pogłębiło odejście ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i wiceministra Janusza Cieszyńskiego, czyli dwóch najważniejszych osób w resorcie odpowiadających za zarządzanie walką z COVID-19.

Większa rola POZ

Ustępujący minister Łukasz Szumowski uspokajał, że zespół pracujący w resorcie przygotował rekomendacje na kolejne tygodnie, a strategia wkrótce zostanie przełożona na akty prawne. Na czele tego zespołu stanął wiceminister zdrowia Waldemar Kraska, a jego wiceprzewodniczącym jest krajowy konsultant w dziedzinie chorób zakaźnych prof. Andrzej Horban.

– Oczekiwania na decyzje nowego kierownictwa Ministerstwa Zdrowia są ogromne, bo zbliża się sezon grypowo-covidowy – przyznawał pod koniec sierpnia dr Paweł Grzesiowski, prezes Fundacji „Instytut Profilaktyki Zakażeń”. Dzień po powołaniu Adama Niedzielskiego na ministra zdrowia skierowano do konsultacji pakiet projektów rozporządzeń, zawierających m.in. propozycje uproszczenia kryteriów zwalniania z kwarantanny i powiązanie zwalniania z izolacji ze stanem klinicznym pacjenta.

Infografika: Gazeta Lekarska

3 września minister zdrowia Adam Niedzielski przedstawił jesienną strategię walki z pandemią, ale już w drugiej połowie sierpnia z ulicy Miodowej dochodziły informacje, że przewiduje się m.in. okrojenie o połowę liczby placówek jednoimiennych (tak aby pozostał mniej więcej jeden na dwa województwa) oraz tworzenie w szpitalach powiatowych i wojewódzkich izolatek dla potencjalnych pacjentów z COVID-19.

Niezwykle ważną zmianą ma być zlecanie testów na wykrycie SARS-CoV-2 w POZ. – Lekarz rodzinny dostanie tę możliwość pod warunkiem, że pacjent spełni określoną liczbę punktów na check liście, którą będzie miał do wypełnienia – zapowiada minister Waldemar Kraska. Resort zdrowia zakłada, że tej jesieni laboratoria diagnostyczne zwiększą wykonywanie testów do 60 tys. na dobę.

– Każdego dnia do oddziałów zakaźnych w całej Polsce zgłasza się kilkanaście tysięcy osób z podejrzeniem COVID-19. W grypowym sezonie jesienno-zimowym spodziewamy się dodatkowych ok. 30 tys. chorych dziennie, łącznie będzie to od 50 do 60 tys. osób z podejrzeniem koronawirusa – ocenia dr hab. Jerzy Jaroszewicz z Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

Marzenia o kroplówce

Od pewnego czasu w debacie publicznej coraz częściej pojawiały się głosy wskazujące na konieczność ograniczenia roli szpitali jednoimiennych. Zgadza się z tym m.in. prof. Krystian Wita, zastępca dyrektora ds. lecznictwa Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach.

W jego ocenie jesienną strategię walki z COVID-19 należy oprzeć m.in. na ujednoliceniu procedur, aby placówki nie zamykały oddziałów w oparciu o własne kryteria (tak jak to robiły do tej pory), ale nie mniej istotne są kwestie finansowe. – Jest wiele szpitali, w których poziom wykonania ryczałtu wynosi 60-70 proc. Tego nie da się nadrobić – mówi.

Rosną obawy, że w ochronie zdrowia pogłębią się problemy finansowe, a o dofinansowaniu będzie można tylko pomarzyć. Ten pesymizm wydaje się uzasadniony, jeśli spojrzymy na przyjęty pod koniec sierpnia przez Radę Ministrów projekt nowelizacji ustawy budżetowej. O ile przed wybuchem pandemii rząd planował wyjść z bilansem dochodów i wydatków na zero, po nowelizacji deficyt budżetowy w tym roku wyniesie 109,3 mld zł. To rekord w historii III RP.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że od stycznia do maja br. spadek rozliczonych planowych hospitalizacji w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku wyniósł w przypadku chirurgii ogólnej ponad 38 proc., w ortopedii i traumatologii narządu ruchu – 36 proc., a kardiologii – 35 proc.

Jeśli chodzi o przyjęcia planowe w ramach umów na leczenie szpitalne za okres styczeń-maj, skala zaległych świadczeń wynosi ok. 24 proc. Nic dziwnego, że placówki nieustannie skarżą się na ograniczone przychody.

W okresie od marca do czerwca w Samodzielnym Publicznym Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Międzyrzeczu spadły one o ponad 1,1 mln zł, a w Wojewódzkim Szpitalu Rehabilitacyjnym w Zakopanem od 15 marca do 15 czerwca przychody z NFZ realnie zmniejszyły się o połowę.

Szpitalna proza życia

Wprawdzie przygotowano pewne rozwiązania mające pomóc placówkom medycznym w zachowaniu stabilności finansowej w okresie pandemii (np. zwiększenie wyceny punktu w ryczałcie PSZ o ok. 5 proc.), ale są one niewystarczające.

– Szpitalna proza życia kosztuje, więc zadłużenie coraz bardziej rośnie. W ostatnich tygodniach placówki dostały mnóstwo nakazów zapłaty do natychmiastowego uregulowania – mówi Władysław Perchaluk, dyrektor Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu, dodając, że w czasie pandemii koszty stałe, takie jak wypłata pensji, nie zmniejszyły się.

Od dawna wiadomo, że w niektórych lecznicach wynagrodzenia pochłaniają 3/4 budżetu. Tymczasem przez ostatnie miesiące podskoczyły wydatki na zakup środków ochrony indywidualnej, leków, wyrobów medycznych, środków do dezynfekcji, środków czystości czy odczynników do laboratorium. Wzrosły ceny usług pralniczych, transportu czy utylizacji odpadów medycznych.

3 września minister zdrowia Adam Niedzielski przedstawił plan walki z pandemią na jesień. W konferencji prasowej wzięli udział także wiceminister zdrowia Waldemar Kraska i konsultant krajowy w dziedzinie chorób zakaźnych prof. Andrzej Horban. Foto: MZ

W związku z pojawieniem się pandemii wydatki na materiały ochronne i higieniczne jednorazowego użytku w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wielkopolskim wzrosły o 167 proc. w stosunku do analogicznego okresu z poprzedniego roku.

W Świętokrzyskim Centrum Onkologii w Kielcach koszt zakupu środków ochrony osobistej wzrósł o 200 tys. zł miesięcznie. W niektórych podmiotach leczniczych na Mazowszu w II kwartale br. o 250 proc. podskoczyły wydatki na zakup odzieży ochronnej w porównaniu z II kwartałem 2019 r. Jest mocno wątpliwe, aby ceny spadły do poziomu sprzed pojawienia się koronawirusa.

Zapasy, niedobory, zatory

Pocieszające jest to, że choć praca przy wzmożonym reżimie sanitarnym powoduje większe zużycie środków ochrony indywidualnej i do dezynfekcji, to tej jesieni prawdopodobnie nie grozi nam ich dramatyczny niedobór. Zapasy zgromadziły zarówno szpitale, jak i indywidualne praktyki lekarskie, a w obawie przed jesienną falą pandemii na podobne kroki zdecydowali się również inni.

– Wspomagając działania należące do zadań administracji rządowej, tworzymy swoją rezerwę materiałów – przyznaje Anna Parzyńska-Paschke, rzeczniczka marszałka województwa wielkopolskiego. Dla niektórych placówek wsparcie ze strony samorządów może okazać się na cenne.

W ramach Małopolskiej Tarczy Antykryzysowej zakupiono wyposażenie, sprzęt i aparaturę medyczną do kilkudziesięciu placówek w różnych częściach województwa, a od kilku tygodni pacjentom pomaga część z 50 nowych karetek (każda o wartości ponad 600 tys. zł) przygotowanych do transportu chorych na COVID-19.

Jednak to, że przez ostatnie lata Europejczycy nieroztropnie pozwolili przenieść produkcję wielu medykamentów do miejsc oddalonych o kilka tysięcy kilometrów, ponownie może odbić się czkawką. Sporym wyzwaniem może się okazać zapewnienie opieki nad pacjentami m.in. z płucami uszkodzonymi w wyniku COVID-19 – z uwagi na okresowo występujące zatory w dostawach leków przeciwprątkowych.

W ciągu ostatniego półrocza występowały trudności w pozyskaniu leków dla chorych na gruźlicę wielolekooporną, a wielu kuracji nie można przerwać nawet na jeden dzień, stąd każdy sygnał, że lek mógłby nie zostać dostarczony w terminie, bo np. w USA pracownicy firmy farmaceutycznej zostali objęci kwarantanną, budzi ogromny niepokój.

Placówki, takie jak np. Małopolski Szpital Chorób Płuc i Rehabilitacji w Jaroszowcu, starają się pozyskiwać potrzebne leki m.in. z Indii i Chin. Część osób ma ograniczone zaufanie do jakości produktów z Azji z powodu licznych doniesień o podrabianiu certyfikatów maseczek.

Kadry wysokiego ryzyka

Pandemia to niełatwy czas dla zarządzających podmiotami leczniczymi. Zdaniem Małgorzaty Wiśniewskiej, dyrektor Departamentu Zdrowia Urzędu Marszałkowskiego Województwa Kujawsko-Pomorskiego, w dobie pandemii największą bolączką są niełatwe w interpretacji i szybko zmieniające się przepisy i procedury, niejasne zasady płatności przez NFZ za nie, niedobór personelu, a także brak systemowych regulacji płacowych osób pracujących w bezpośrednim kontakcie z zakażonymi.

– Pracowników podmiotów leczniczych niepokoi nieuzasadnione zróżnicowanie formy finansowania dodatkowych wynagrodzeń dla personelu udzielającego świadczeń osobom podejrzanym o zachorowanie lub chorym na COVID-19. Takie decyzje doprowadziły do napięć wśród personelu, które mogą skutkować unikaniem świadczenia pracy w przypadku kolejnej fali epidemii – ostrzega Małgorzata Wiśniewska.

Kierownicy niektórych placówek mogą zostać postawieni pod ścianą, bo sytuacja zmusi ich do wypłaty wyższych wynagrodzeń czy dodatków ze środków własnych, co odbije się na ich kondycji finansowej. Nawet gdyby jakimś cudem udało się wszystkim lecznicom związać koniec z końcem, pewnych problemów nie przeskoczymy. W POZ od dłuższego czasu powiększa się grupa lekarzy i pielęgniarek w wieku 60+, ale również po 70. roku życia.

– Jeśli pandemia przybierze na sile, w kolejnych miesiącach mogą pojawić się miejsca, które staną się białymi plamami – ostrzega Bożena Janicka, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia. Jeśli najstarsi medycy nie pojawią się w pracy, nie będzie miał kto ich zastąpić. W niektórych placówkach to oni stoją na pierwszej linii frontu walki z pandemią, mimo że z racji wieku są w grupie podwyższonego ryzyka.

Mariusz Tomczak