13 czerwca 2024

Damian Patecki: Pomoc Ukrainie – tak, podkradanie lekarzy – nie

Ukraina powinna otrzymać wsparcie, ale kradzież jej elit nie leży w interesie Polski. Z Damianem Pateckim, lekarzem specjalistą anestezjologii, członkiem NRL i ORL w Łodzi, współzałożycielem Porozumienia Rezydentów i jego pierwszym przewodniczącym, rozmawia Mariusz Tomczak.

Damian Patecki. Foto: Mariusz Tomczak/Gazeta Lekarska

Czy tworzenie zachęt do podejmowania pracy w Polsce przez lekarzy z Ukrainy nie ociera się o drenaż mózgów?

Przede wszystkim trzeba odróżnić pomoc doraźną, jaką powinni otrzymać lekarze, pielęgniarki i inni obywatele Ukrainy, uciekający przed wojną, od podkradania medyków i wykorzystywania sytuacji, w jakiej znalazł się sąsiadujący z nami kraj.

Ściąganie personelu medycznego do Polski może być kuszące, ale to wbrew interesowi naszego państwa. Powtarzamy, że chcemy, by Ukraina była silnym państwem, oddzielającym nas od Rosji, ale to się przecież nigdy nie stanie, jeśli będziemy zabierać im kadry. O ile mi wiadomo, Ukraina nie ma zbyt dużej liczby lekarzy. To nie jest kraj taki jak Kuba, w którym kształci się i „eksportuje” lekarzy za granicę.

Ukraina powinna otrzymywać od nas wsparcie, ale nie może się to wiązać z kradzieżą jej elit, szczególnie w obliczu trwającej wojny. Powinniśmy myśleć inaczej – zanim ukraińscy medycy zdołają się zaadaptować do naszego systemu i dobrze nauczyć języka polskiego, wojna się zakończy i te osoby będą potrzebne w swoim kraju.

Sporo osób uważa, że Polska powinna wprowadzić daleko idące ułatwienia w podejmowaniu pracy przez medyków z Ukrainy. Mówi o tym także część środowiska lekarskiego.

Generalna zasada powinna być taka, że lekarze z zagranicy mogą pracować w Polsce, jeśli przejdą odpowiednią procedurę, nostryfikują dyplom i poznają dobrze język. To jest uczciwe i rzetelne. Kiedy moi znajomi chcą podjąć pracę we Francji czy Niemczech, to muszą wykazać się znajomością języka francuskiego czy niemieckiego przed lokalną izbą lekarską. To kwestia dbałości o standardy.

Niestety w Polsce ta dbałość wykluwa się w wielkich bólach, co ostatnio pokazał raport Najwyższej Izby Kontroli o sytuacji w anestezjologii i intensywnej terapii na Podkarpaciu. Nadmierne poluzowanie kryteriów zawsze prowadzi do obniżenia standardów.

W Polsce lekarz w wieku 30 lat na ogół jest rezydentem, a jego ukraiński rówieśnik często ma już kilka specjalizacji. Zrobienie niektórych specjalizacji trwa tam rok czy półtora. W Ukrainie czasami wystarczy zrobić zaledwie dwutygodniowy kurs, by posiadać jakiś certyfikat wskazujący na bycie specjalistą. W Polsce specjalizacje trwają po 5-6,5 roku. W praktyce to jest absolutne minimum, bo każdy dzień nieobecności, związany np. z urlopami macierzyńskim i wychowawczym, wydłuża czas jej ukończenia.

Polska medycyna trzyma unijne standardy, czasami wręcz żartuje się, że nasz system jest bardziej restrykcyjny niż pruski. Poza technicznymi różnicami czas trwania specjalizacji w Polsce i w Niemczech jest podobny, czego nie można powiedzieć o Polsce i Ukrainie. To dlatego osoby zza wschodniej granicy nie mogą mieć z marszu uznawanej specjalizacji.

Jaką ma mieć motywację lekarz z Polski do ukończenia trwającej 6 lat specjalizacji, skoro w Ukrainie można ją zrobić w dwa lata? Dla kogoś, kto uczył się przez kilka lat, by uzyskać dyplom specjalisty, to demoralizujące.

A co z barierą językową? Nie brakuje opinii, że da się ją jakoś przezwyciężyć.

Częścią pracy każdego lekarza są rozmowy z innymi lekarzami i rodziną pacjenta, referowanie jego stanu innym medykom, konsultacje osobiste i telefoniczne, omawianie kwestii przekazywania pacjenta do innego szpitala. Dlatego jednym z warunków uznania kwalifikacji lekarskich powinna być biegła znajomość języka polskiego.

Bariera komunikacyjna jest jednym z największych problemów przy podejmowaniu pracy w naszym kraju przez lekarzy cudzoziemców, w tym lekarzy ze Wschodu, i nie da się tego pominąć. Przez brak dobrej komunikacji zawsze może ucierpieć pacjent.

Nie do wszystkich trafiają te obawy.

Nie można mieć im tego za złe. Zakładam, że to dobrzy ludzie, kierujący się odruchami serca i solidaryzmem, wrażliwi na cierpienie. Ja jednak stoję na trochę innym stanowisku, a jedną z przyczyn mojego zdania w tej kwestii jest intensywny trening anestezjologiczny, ściśle związany z rygorystycznym przestrzeganiem standardów, norm i uwarunkowań prawnych, dbaniem o jakość, przestrzeganiem kultury organizacyjnej i kultury prawnej.

Wojna trwa, coraz więcej ukraińskich lekarzy ubiega się o potwierdzenie swoich uprawnień w Polsce. Co będzie dalej?

Rząd będzie dążył do obniżenia jakości, samorząd lekarski będzie próbował stać na jej straży, a między tym wszystkim będą próbowali jakoś odnaleźć się pacjenci. Ponadto wisi nad nami niebezpieczeństwo pozwów powiązane z możliwością zaostrzenia Kodeksu karnego, co wielu polskich lekarzy zniechęci do sprawowania nadzoru nad lekarzami z Ukrainy.

Wydaje mi się, że koleżanki i koledzy z Ukrainy są trochę wpychani na minę przez Ministerstwo Zdrowia. Polscy lekarze pracują w tym systemie od lat, jakoś nauczyliśmy się w nim funkcjonować m.in. dzięki wskazówkom, jakie od czasu studiów dostawaliśmy od starszych kolegów, ale dla osób z zewnątrz praca w polskim systemie ochrony zdrowia może okazać się bardzo brutalna po pierwszym wezwaniu do prokuratury.