30 marca 2026

Jakub Sieczko: Mistrz Yoda i Darth Vader

Dla lekarza, którego zawód jest częścią tożsamości, emerytura nie jest końcem pracy, lecz próbą charakteru. Czy potrafimy zejść ze sceny jak Yoda, czy zostaniemy zapamiętani jak Darth Vader?

Fot. freepik.com

To musi być bardzo trudna chwila. Przekonam się o tym, jeśli dane będzie mi dotrwać do wieku emerytalnego w dobrym zdrowiu. Już teraz wyobrażam sobie jednak, że zakończenie kariery zawodowej jest dla prawie każdego lekarza i lekarki momentem równie przełomowym, co otrzymanie dyplomu. Spędzamy przecież w szpitalach czy przychodniach znaczną część życia.

Nasz zawód jest częścią naszej tożsamości – często pewnie bardziej niż w przypadku przedstawicieli innych profesji. Jak to jest znieczulić czy zoperować ostatniego chorego? Po raz ostatni wypisać zlecenia? Urządzić pożegnalną imprezę, spakować szafkę, wyjść ze szpitala, odwracając się pewnie jeszcze raz i spoglądając na drzwi, przez które przez wiele (często kilkadziesiąt) lat wchodziło się prawie codziennie?

Kiedyś trzeba to zrobić. Bo zdrowie już nie dopisuje, bo dłonie już nie takie sprawne, bo umysł łączy fakty nie tak dobrze jak dawniej, wreszcie (czego każdemu i każdej z państwa życzę), bo czas odpocząć – wrócić do zapomnianych pasji, zwiedzić świat, spędzić czas z wnukami, skoro kilkadziesiąt lat wcześniej dyżury nie pozwoliły go spędzić z dziećmi tyle, ile byśmy chcieli.

Tym trudniej, jak sądzę, odejść, gdy osiągnęło się w karierze lekarskiej zawodowe szczyty – gdy sprawowało się kierownicze funkcje i dzięki ciężkiej pracy zdobywało się kolejne tytuły zawodowe. Dziś jest się profesorem, kierownikiem kliniki czy ordynatorem, a tydzień później ma się być po prostu emerytem? Kopać grządki? Bawić wnuki?

Podobno jedna trzecia emerytów doświadcza po zakończeniu pracy objawów depresji. Sześć lat w pogotowiu ratunkowym przekonało mnie, że być może największym problemem osób w tej grupie wiekowej jest dojmująca samotność. To właśnie po to, żeby wejść w jakąkolwiek interakcję społeczną, seniorzy i seniorki często dzwonią na 999. Dolegliwości zdrowotne są niejednokrotnie po prostu do kontaktu z drugim człowiekiem.

Homo sapiens jako istocie społecznej potrzebni są inni ludzie – bliscy, przyjaciele, wreszcie koledzy i koleżanki z pracy. Lekarski zawód to, siłą rzeczy, mnóstwo kontaktów międzyludzkich. Bywamy nimi sfrustrowani i przeciążeni, bywają one źródłem stresu i konfliktów, ale jednak są. Z chwilą zakończenia pracy zawodowej od tych dziesiątek codziennych interakcji jesteśmy odcięci. Zostaje nam tylko najbliższy krąg społeczny, często kurczący się (śmierć współmałżonka, dzieci mieszkające w innym mieście). Często też, jak sądzę, emerytom i emerytkom towarzyszy poczucie, że nie są już nikomu potrzebni.

Obserwowałem w ostatnich latach z bliska zakończenie kariery zawodowej dwóch lekarzy z bogatym dorobkiem, sprawujących wysokie funkcje. Szczegóły dotyczące tych historii zmienię, ale chciałbym je opowiedzieć, bo wydają mi się symptomatyczne.

Profesor Grzegorz był kierownikiem kliniki, zabiegowcem o uznanej renomie. Był nawet szefem jednego z europejskich towarzystw naukowych. Cenili go pacjenci, szanowali współpracownicy. Miał spore grono wychowanków. Około sześćdziesiątego roku życia zauważył jednak, że przy stole operacyjnym idzie mu coraz gorzej. Zabiegi trwały dłużej, częściej pojawiały się (na szczęście niezbyt groźne) powikłania.

Zobaczył, że asystenci i adiunkci – ci, których sam uczył – operowali od niego sprawniej. Profesor, choć z bólem serca, stwierdził, że czas dać pole młodszym. Zakomunikował to zespołowi – operować już nie będzie. Skupił się na zarządzaniu kliniką, pełnił funkcję bardziej konsultacyjną i wspierającą, wreszcie zaczął jednego ze swoich wychowanków szykować do przejęcia po nim funkcji – uczynił go swoim zastępcą.

Gdy osiągnął wiek emerytalny, zakończył pracę na funkcji kierownika kliniki. Urządzono mu wspaniałe pożegnalne przyjęcie – wiele osób miało łzy w oczach, gdy profesor żegnał się z zespołem.

Otrzymał w klinice swój pokój, przychodził od czasu do czasu na poranne obchody, dzwoniono do niego, gdy przypadek był szczególnie skomplikowany. Choć nie wszystkie decyzje jego następcy mu się podobały – taktownie zachowywał milczenie. Proszony o radę, jednak zawsze jej udzielał. Mówiono o nim „Yoda” – niczym mistrz z serii o Gwiezdnych Wojnach dzielił się z młodszymi kolegami swoim bezcennym, wieloletnim doświadczeniem.

Doktor Jacek również był zabiegowcem. Również był ordynatorem oddziału zabiegowego – od lat szefował mu w szpitalu wojewódzkim w dużym mieście. Znał tam wszystkich, wszyscy znali jego. Najdłużej pracujące na oddziale pielęgniarki opowiadały: gdy tylko zaczął pracę tuż po stażu podyplomowym, od razu było widać, że to ogromny talent. Operował sprawnie i bezkrwawo, był jednym z tych ludzi, którzy wybrali zawód zgodnie ze swoimi naturalnymi uzdolnieniami (w jego wypadku manualnymi).

Jego kolejne awanse (najpierw jedna specjalizacja, potem druga, wreszcie doktorat i objęcie funkcji ordynatora oddziału) były naturalnym efektem jego ciężkiej pracy i talentów – był po prostu najlepszy i co do tego nikt trzydzieści lat temu nie miał wątpliwości. Kiedy objął funkcję kierowniczą, okazało się jednak, że ma tę niepokojącą cechę, która u szefa raczej przeszkadza, niż pomaga – zawsze musi wyjść na jego.

Ktoś przeczytał o nowej metodzie operacyjnej, która ma dobre wyniki, i chciałby zacząć ją stosować na oddziale doktora Jacka? Nie ma mowy, u nas robi się od dawna według starych metod i to się sprawdza. Ktoś chciałby obronić doktorat i prowadzić w oddziale działalność naukową? Brak zgody, jeden doktor nauk medycznych w oddziale wystarczy. Znacie przecież państwo takich szefów, dla których inni zdolni, chcący się rozwijać, są zagrożeniem. Taki sposób zarządzania przez doktora Jacka sprawił, że współpracownicy zaczęli albo z oddziału odchodzić, albo pojawiły się z nimi otwarte konflikty.

Doktor – kiedyś zdolny, młody i sprawny – zaczął być sprawny znacząco mniej. Utkwił w dotychczasowych rutynach, gdy wiecznie pędzący medyczny świat był już dużo dalej. Tych, którzy delikatnie sugerowali mu, że czas dać pole młodszym od siebie, rugał z góry na dół. W końcu, gdy miał operować, anestezjolodzy kręcili nosem, asystenci brali kilka głębokich oddechów, instrumentariuszki robiły sobie dwie kawy zamiast jednej. Coraz częstsze były powikłania, często poważne.

Zespół lekarski zaczął spotykać się z dyrekcją szpitala, przedstawiając sytuację. Kolejne osoby odchodziły z oddziału. Doktorowi Jackowi sugerowano coraz wyraźniej, że czas pożegnać się z funkcją. Ten jednak nie chciał – twierdził wszak, że to on stworzył ten oddział, a po dwóch córkach to jego trzecie ukochane dziecko. W końcu gdy zgodnie z przepisami prawa można go było z powodu wieku zwolnić – zrobiono to.

Odbyły się dwie pożegnalne imprezy – na poczęstunku zorganizowanym przez doktora Jacka w oddziale atmosfera była grobowa. Uściśnięto sobie kurtuazyjnie dłonie, a doktorowi wręczono kwiaty. Wieczorem odbyła się druga impreza – tym razem w klubie. Stawił się prawie cały zespół lekarski i pielęgniarski. Do białego rana świętowano hucznie to, że „Darth Vader” (tak na niego nieoficjalnie mówiono) wreszcie odchodzi. Samego doktora na imprezę nie zaproszono.

Z zawodem czy kierowniczą funkcją można pożegnać się dobrze lub źle. Można rozumieć, że czas mija i cofnąć się go nie da, lub udawać, że nadal ma się czterdzieści lat i całe życie przed sobą. Można wreszcie przez lata uczynić pracę zawodową osią swojego życia lub można oprócz niej rozwijać się w innych dziedzinach, dbać o przyjaźnie, pielęgnować pasje.

Sobie i państwu życzę, żeby żegnano nas w ostatnim dniu ciepło i serdecznie, żebyśmy przez lata rozumieli naszą zmieniającą się rolę, żebyśmy na życie po zawodowym życiu mieli dobry pomysł i plan. Lekarski zawód uczy nas przecież, że wszystko ma swój naturalny kres. Żadna to tragedia ani dramat, ot, porządek świata.

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 3/2026