19 maja 2024

Więcej zaufania, mniej podejrzliwości

Centrum Egzaminów Medycznych wysłało zdającym egzaminy końcowe lekarzom i lekarzom dentystom maile informujące o konieczności zastosowania się do wytycznych sanitarnych pod karą niedopuszczenia do egzaminu lub jego przerwania – pisze dr Sławomir Badurek.

Foto: pixabay.com

Chodziło m.in. o odległość między zdającymi, nakaz dezynfekcji stolików, włączników światła i wietrzenie sali. Zdającym przypomniano także o konieczności rozwiązywania testu w rękawiczkach i maseczkach. Te ostatnie CEM zabroniło zdejmować nawet do napicia się wody.

I rozpętała się burza. Profesor Andrzej Matyja uznał rygory za nieludzkie, a doktor Paweł Grzesiowski mówił wprost o łamaniu praw człowieka, a także wytknął autorom niewiedzę, zwracając uwagę, że przy zachowaniu odpowiedniego dystansu nie ma ryzyka zakażenia się od kogoś, kto na chwilę zdejmie maseczkę. Krytyka przyniosła skutki.

Wywołany do tablicy p.o. dyrektora CEM dr hab. Rafał Kubiak zasłaniał się karami więzienia za zakażenie kogoś koronawirusem, ale zaznaczył, że będzie można podczas egzaminu „ze względów zdrowotnych napić się lub spożyć posiłek”. Wystarczy tylko podnieść rękę, a „przewodniczący zespołu egzaminacyjnego podejdzie i oceni sytuację”. Zdaniem doktora Kubiaka to dowód, że CEM postępuje „w duchu humanitaryzmu i empatii”. Cisną się do głowy pewne rozpoznania, ale nie jestem psychiatrą, a nie chcę być nieprecyzyjny. Nie ma wątpliwości, że pandemia oznacza walkę z wieloma przeszkodami.

Z drugiej strony jest to okazja do wprowadzenia zmian, które wcale nie muszą oznaczać klękania przed koronawirusem w pokorze, koniecznie w maseczce i rękawiczkach. Jeśli koniecznie trzeba przeprowadzić egzamin w ściśle określonym czasie i „na sali”, a liczba zakażeń na danym terenie na to pozwala (!), to absolutnie nie może to dla zdających oznaczać ograniczeń mogących wypaczyć wynik. W praktyce podstawową metodą protekcji przed zakażeniem powinno być zachowanie dystansu. Wynajęcie dodatkowych pomieszczeń oraz zorganizowanie odpowiedniego nadzoru to zadanie organizatorów. Niedopuszczalne jest również, by ktoś, kto ma stan podgorączkowy, był skazany na zdawanie egzaminu za pół roku. Dla takich osób należy zorganizować dodatkowy termin.

W USA lekarze od wielu lat zdają egzaminy testowe w centrach komputerowych w dogodnym dla siebie terminie. Nie ma w tym przypadku problemu, że ktoś z przyczyn losowych nie zdążył się przygotować albo nie był w stanie przystąpić do egzaminu. W Szwecji, by zostać specjalistą, w ogóle nie trzeba zdawać egzaminu. Są obowiązkowe kursy, staże, umiejętności do opanowania oraz pewne ramy czasowe na realizację programu i to w zasadzie wszystko. Dużą rolę w tym systemie odgrywa opiekun specjalizacji, ale on jest po to, by pomagać, a nie udowadniać, że specjalizant nic nie umie. Kto chce, dla sprawdzenia, może zdać egzamin. Nie jest to jednak naszpikowany szczególikami test, a sprawdzian radzenia sobie z ważnymi z praktycznego punktu widzenia problemami. Czy ten liberalny z naszego punktu widzenia model oznacza, że szwedzcy specjaliści są nieukami?

Tymczasem u nas CEM z uporem godnym lepszej sprawy broni dostępu do bazy pytań testowych. Dopiero przyjęta w lipcu nowelizacja ustawy o zawodzie lekarza przewiduje, że pytania wraz z poprawnymi odpowiedziami będą publikowane w terminie 7 dni od dnia przeprowadzenia egzaminu. Wyrazem niewiary w kompetencje lekarzy kończących szkolenie specjalizacyjne (i pośrednio także w profesjonalizm kierowników specjalizacji) jest organizowanie specjalizacyjnych egzaminów ustnych, mających w założeniach sprawdzać wiedzę praktyczną. Po długich deliberacjach uznano, że lekarzom zdającym w sesji wiosennej wystarczy test. Teraz jednak egzaminy ustne mają wrócić, choć zakażeń jest więcej niż wiosną. Gdzie tu sens, gdzie logika?

Sławomir Badurek, diabetolog, publicysta medyczny