15 czerwca 2024

Wymierająca specjalizacja

Są specjalizacje, które od lat cieszą się dużym powodzeniem, bo mają opinię zyskownych i przy tym stosunkowo mało męczących w codziennej pracy. Są też takie, do których otwarcia zachęca się różnymi sposobami, a mimo to liczba chętnych pozostaje zdecydowanie poniżej potrzeb.

Foto: pixabay.com

Jest i taka specjalność, która, choć reprezentuje bez wątpienia ważną dziedzinę medycyny, została u nas uznana za niepotrzebną, i skazana na wygaszenie. To choroby zakaźne.

Proces demontażu zakaźnictwa rozpoczął się w Polsce w latach 90. XX w. Uznano, że wskutek powszechności szczepień oraz poprawy warunków życia, w tym szeroko pojętej higieny, choroby zakaźne to w naszym kraju problem marginalny.

Zdążono już zapomnieć o ospie prawdziwej i polio, niegdyś groźnych i budzących strach w społeczeństwie. Coraz lepiej radzono sobie z WZW A i B. Ciężkie zakażenia Clostridioides difficile zdarzały się niezwykle rzadko. Nie było jeszcze problemu łatwo szerzących się infekcji, powodowanych przez wysoce oporne na antybiotyki bakterie.

Mimo braku formalnych przeszkód, na dalekie podróże decydowali się nieliczni, co minimalizowało niebezpieczeństwo zawleczenia chorób tropikalnych. Jednocześnie w systemie ochrony zdrowia zaczęło dramatycznie brakować pieniędzy. W tej sytuacji zakaźnictwo wręcz idealnie nadawało się do odstrzału. Zaczęło się od likwidacji dłuższych urlopów i dodatków do pensji dla specjalistów.

Zmniejszyło to zainteresowanie specjalnością z chorób zakaźnych wśród młodych lekarzy, mogących w przyszłości zastąpić odchodzących na emeryturę. Z roku na rok coraz więcej zakaźników, posiadających dodatkowo specjalizację z pediatrii lub interny, odchodziło, przede wszystkim do POZ. Braki kadrowe doprowadziły do zamknięcia wielu oddziałów i poradni chorób zakaźnych.

Z uwagi na niską wycenę procedur przez NFZ, dyrektorom szpitali było to na rękę. A że zagrożeń wynikających z postępującego demontażu zakaźnictwa nie dostrzegał żaden z kolejnych ministrów zdrowia, proces ten tylko nabierał na sile. Obecnie mamy w Polsce 79 oddziałów chorób zakaźnych, choć jeszcze kilka lat temu było ich o 40 więcej. Pracuje w nich mniej więcej połowa specjalistów z tej dziedziny, a mamy ich według danych z rejestru NIL z początku marca dokładnie 1006 (z „jedynkowiczami” 1122).

Przykładowo: dermatologów jest dwa razy więcej, alergologów, diabetologów lub endokrynologów – około półtora raza więcej i tylko nieliczni nie pracują w swojej dziedzinie. Problemem wśród specjalistów chorób zakaźnych jest zdecydowanie niekorzystna struktura wiekowa. Co piąty czynny zawodowo zakaźnik ukończył 70 lat, co drugi jest po 60. Specjalistów do 40. r.ż. jest zaledwie 98! Nie ma w tym nic zaskakującego. Specjalizacja, chociaż niewątpliwie ciekawa, jest trudna, a do tego oznacza większe ryzyko zakażenia się w pracy i przeniesienia infekcji na bliskich.

Mimo kierowanych do Ministerstwa Zdrowia apeli, choroby zakaźne nie zostały wpisane na listę specjalności priorytetowych. Osobny problem, także wymagający potrząśnięcia sakiewką, to modernizacja i odpowiednie doposażenie oddziałów. Nie wiem, czy to niewiedza, czy demonstrowane przez rząd rytualne prężenie muskułów w obliczu zagrożenia, ale mocno się zdziwiłem, kiedy minister Łukasz Szumowski poinformował w TVN 24 w dniu wykrycia pierwszego zakażenia koronawirusem w Polsce, że mamy w szpitalach zakaźnych 3 tys. izolatek.

Tyle jest łóżek i to w całym pionie zakaźnym! Izolatki z prawdziwego zdarzenia, czyli z węzłem sanitarnym, śluzą i wymuszonym obiegiem powietrza są tylko w niektórych ośrodkach. Dostęp do intensywnej opieki medycznej wygląda w oddziałach zakaźnych jeszcze gorzej. Czy koronawirus nas czegoś nauczy? A może i tym razem nam się upiecze i będziemy mogli, tak po polsku, nadal żyć wedle zasady „jakoś to będzie”?

Sławomir Badurek, diabetolog, publicysta medyczny