14 stycznia 2026

Wywiad lekar(s)ki: Trzeba popularyzować rzetelną wiedzę w internecie (wideo)

O znaczeniu szczepień, strategii rozmów z osobami mającymi wątpliwości lub obawiającymi się iniekcji oraz o kalendarzu szczepień dla lekarzy mówi Anna Szarla, pediatra łącząca praktykę z działalnością na rzecz środowiska lekarskiego, w rozmowie z Marią Kłosińską.

Fot. Adrian Boguski

Grudzień to wznoszące ramię podczas sezonu infekcyjnego. Zacznijmy od profilaktyki. Szczepienia to Pani konik. Jak na przestrzeni lat zmieniało się podejście płatnika, czyli NFZ, do szczepień?

Powoli, ale w dobrą stronę. Przy pandemii grypy H1N1 marzyliśmy o szczepieniach dostępnych dla całej populacji „na wyciągnięcie ręki”, ale wtedy się to nie udało. W przypadku COVID-19 wdrożenie było już znacznie sprawniejsze. Teraz widzimy wyraźną poprawę dostępności szczepień dla osób dorosłych: można szczepić się nie tylko w przychodniach, lecz także w wybranych aptekach – dotyczy to m.in. szczepień przeciw COVID-19, grypie i RSV.

U dzieci nadal potrzebne jest badanie kwalifikacyjne w przychodni, więc dostęp jest nieco bardziej ograniczony – ale bezpieczniejszy. Kierunek zmian jest oceniany pozytywnie: pacjent wybiera miejsce szczepienia, a osoba kwalifikująca ma odpowiednią wiedzę i bierze odpowiedzialność za cały proces.

Przez lata szczepienia kojarzono przede wszystkim z pediatrią. Na szczęście coraz częściej mówimy o szczepieniach dorosłych. Zawsze była grupa pacjentów regularnie zgłaszających się na szczepienie przeciw grypie. Dziś częściej rozmawiamy o konieczności ponawiania szczepień przeciw tężcowi i krztuścowi oraz o szczepieniach ciężarnych. Od niedawna mamy możliwość bezpłatnego szczepienia ich nie tylko przeciw błonicy, tężcowi, krztuścowi i grypie, ale także przeciw RSV. To chroni nie tylko mamę, lecz przede wszystkim noworodka – zanim sam będzie mógł zostać zaszczepiony.

Wprowadzenie refundacji bardzo poprawiło dostępność szczepień. Jeszcze kilka lat temu nawet świadome lekarki miały trudności z zaszczepieniem się w ciąży przeciw krztuścowi czy grypie w przychodni lekarza rodzinnego. Dziś pacjentki coraz częściej same proszą o szczepienie, bo wiedzą, że mają je bezpłatne.

Wspomniała Pani o rosnącej świadomości pacjentek. A jak zmieniła się postawa pacjentów wobec szczepień w ostatnich latach?

Punktem zwrotnym była pandemia COVID-19, która zradykalizowała postawy w obie strony. Część osób zdecydowanie odrzuciła szczepienia – nie tylko przeciw COVID-19. Spotykamy rodziców, którzy odmawiają nawet podstawowych procedur: podania noworodkowi witaminy K, zakroplenia oczu po porodzie czy pobrania bibuły do badań przesiewowych. To realnie groźne – dziecko może zostać „zgubione” w systemie i trafić do nas dopiero z ciężkimi powikłaniami chorób, którym można było zapobiec.

Z drugiej strony część pacjentów „zradykalizowała się” w dobrą stronę. Pracuję w prywatnej przychodni pediatrycznej, gdzie pacjenci zapisują się, bo naprawdę chcą się szczepić. Zawsze sprawdzam książeczkę zdrowia dziecka – jeśli urodziło się za granicą, często nie ma podstawowych szczepień, takich jak BCG czy WZW B. Mieszkamy w Europie Środkowej, gdzie nadal obecne są niektóre patogeny, więc uzupełnienie szczepień jest bardzo ważne. Rodzicom szczegółowo rozpisuję kolejne dawki, by nie pogubili się między schematami lub różnicami typu „szósty rok życia” a „szóste urodziny”.

Czy rozmowa o szczepieniach to domena tylko pediatrów i POZ, czy widzi Pani miejsce dla każdej specjalizacji?

Podstawą systemu są pediatrzy, lekarze rodzinni i interniści, ale zdecydowanie jest tu miejsce dla każdej specjalizacji. Mamy lekarzy zakaźników i specjalistów medycyny podróży dbających o szczepienia wyjeżdżających – przypominają oni nie tylko o szczepieniach „egzotycznych”, ale także tych potrzebnych w Europie.

Coraz większą popularnością cieszą się kursy kwalifikacji do szczepień dla lekarzy różnych specjalności. Jako Komisja ds. Szczepień ORL w Warszawie kilka razy do roku prowadzimy dwu- i trzydniowe kursy. Zapisują się nie tylko lekarze tuż po stażu, ale też specjaliści. To wiedza, która stale się zmienia, więc warto ją regularnie uzupełniać.

Zostawmy system i wróćmy do gabinetu. Gdzie Pani zdaniem najbardziej „tracimy” pacjenta w rozmowie o szczepieniach?

Na pewno mamy tu wiele do poprawy. Dobrym przykładem jest książeczka zdrowia dziecka: rubryka dla szczepień zalecanych jest niewielka, a lista samych szczepień zalecanych się w niej nie mieści. Rodzic nie widzi w jednym miejscu pełnej informacji i nie ma prostego porównania „obowiązkowe” – „zalecane”.

Druga sprawa to obecność medycyny opartej na faktach w przestrzeni publicznej. Musimy popularyzować rzetelną wiedzę o szczepieniach w internecie, social mediach i klasycznych mediach, bo ruchy antyszczepionkowe są bardzo głośne. Część osób obawia się bardziej szczepionki niż choroby, której ma zapobiec. Dziś nie widzimy dzieci z polio, niemowląt umierających na krztusiec czy błonicę – i łatwo uwierzyć, że „nic się nie stanie”, jeśli zrezygnujemy ze szczepienia. Zawsze podkreślam, że decyzja o szczepieniu nie jest wyłącznie indywidualna. Szczepiąc zdrowe dzieci i dorosłych, chronimy tych, którzy szczepić się nie mogą – z powodu choroby, leczenia czy innych przeciwwskazań.

Jak wygląda praca z rodzicami, którzy mają wątpliwości, ale nie są radykalnie przeciwni szczepionkom?

To trudne, ale bardzo ważne rozmowy. Kluczowe jest spokojne tłumaczenie i rozpisanie jasnego planu. Jeżeli rodzice mają wątpliwości, są lękowi, ale otwarci – mamy duże pole manewru. Można zaproponować rozpoczęcie od jednego szczepienia, np. WZW B, i umówić się, że obserwujemy reakcję dziecka. W idealnym świecie chcielibyśmy podać odpowiednią liczbę szczepionek odpowiednio wcześnie, korzystając z preparatów skojarzonych, ale czasem trzeba wyjść naprzeciw oczekiwaniom rodziców i rozłożyć kalendarz na mniejsze kroki.

Zdarza się, że barierą jest sam strach przed iniekcją. Wtedy proponuję szczepionki skojarzone 6-w-1, by zmniejszyć liczbę wkłuć. Przy dużych opóźnieniach modyfikujemy schemat, korzystając z rozwiązań stosowanych w innych krajach lub polskich rekomendacjach. U starszych dzieci w przypadku pneumokoków jedna dawka szczepionki o wyższej walentności daje odporność docelową. Jeśli na coś – jak szczepienie przeciw rotawirusom – jest już za późno, mówię wprost, że pole manewru się skończyło i pozostaje nam leczyć dziecko w razie zachorowania.

A jak wygląda indywidualny kalendarz szczepień dla lekarza? Od czego my sami powinniśmy zacząć jako dorośli pacjenci narażeni zawodowo?

W dorosłym życiu warto zacząć od sprawdzenia, w jakim kalendarzu szczepień dorastaliśmy. Roczniki od ok. 1993 r. były szczepione przeciw WZW B w niemowlęctwie, roczniki z lat 80. – najczęściej doszczepiane nastoletnio, a starsi lekarze szczepieni byli przed studiami i rygorystycznie tego przestrzegano. Mimo to – zwłaszcza jeśli jesteśmy z tych starszych roczników – dobrze to zweryfikować.

Kolejny krok to MMR. Są roczniki, które mogły dostać tylko jedną dawkę, a dla pełnej ochrony potrzebne są dwie. Jeśli jesteśmy starszymi lekarzami lub mamy choroby przewlekłe, warto pomyśleć o szczepieniu przeciw pneumokokom – obecnie najprostsza jest jedna dawka szczepionki 20-walentnej. Jeśli nigdy nie chorowaliśmy na ospę wietrzną, koniecznie powinniśmy się zaszczepić – u dorosłych przebieg i powikłania są znacznie cięższe niż u dzieci. Gdy nie pamiętamy, można oznaczyć przeciwciała.

Zachęcam też do szczepień przeciw meningokokom, zwłaszcza lekarzy pracujących na oddziałach pediatrycznych i ogólnych, gdzie ryzyko kontaktu z sepsą meningokokową jest realne. Pamiętam sytuację z czasów pandemii: przeniesiono mnie na „bezpieczniejszą” część SOR-u, a pacjentka, którą przyjęłam, miała sepsę meningokokową typu C i trafiła na OIOM. Byłam spokojniejsza, bo byłam zaszczepiona – moje dzieci również.

Do tego dochodzi coroczne szczepienie przeciw grypie, zwłaszcza dla lekarzy z pierwszej linii: w SOR-ach, na internie, pediatrii, w POZ. Warto też pomyśleć o WZW A (jeśli podróżujemy) oraz o szczepieniu przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu. Ale przejdźmy do życia po dyżurze. Jest Pani współtwórczynią grupy Matki Lekarki. Co ten ruch wniósł w Pani życie i życie innych lekarek?

Dołączyłam, gdy moje dziecko miało miesiąc, i żałowałam, że nie znałam tej grupy wcześniej. To grupa parentingowa w pozytywnym znaczeniu – specyficzna, bo wszyscy mamy podobny zawód i podobne problemy. Nasze społeczeństwo staje się coraz bardziej nuklearne, brakuje „wioski”, która kiedyś wspierała młodych rodziców. My próbujemy tę wioskę odtworzyć – w wersji wirtualnej i bardzo realnej.

Poruszamy tematy rodzicielskie (karmienie, powroty do pracy, dyżury przy małym dziecku) oraz zawodowe (specjalizacje, przemoc w miejscu pracy, logistyka dyżurów przy dwojgu lub trojgu dzieci, samotne macierzyństwo). Powstają też grupy regionalne – dziewczyny poznają się online, a potem spotykają offline. Ja mam np. stałą warszawską ekipę grających na planszówkach – czasem gramy same, czasem z dziećmi, które mają osobny stolik z łatwiejszą grą. To świetny sposób na odpoczynek od intensywnej pracy.

Jakie konkretne zmiany udało się wywalczyć dzięki zaangażowaniu lekarek, także w ramach ruchu Matek Lekarek?

Jedną z najważniejszych zmian ostatnich lat jest możliwość zwolnienia z dyżurów w ciąży i przez pierwsze dwa lata życia dziecka. Kiedyś formalnie w ciąży dyżurować nie można było, ale dyżury „do odrobienia” wisiały nad lekarką jak miecz Damoklesa – co w praktyce oznaczało konieczność dyżurowania jeszcze więcej już po porodzie. Dziś jesteśmy z tego obowiązku zwolnione: pracujemy na etacie, ale bez kumulowania zaległych dyżurów.

W trudnych sytuacjach widzimy ogromną solidarność grupy. Głośnym przykładem była zbiórka na przeszczep wątroby dla jednej z lekarek – w ciągu jednego–dwóch dni zebrałyśmy milion złotych. Wcześniej angażowałyśmy się w zbiórkę na terapię genową SMA dla dziecka jednej z lekarek. Dzięki takim akcjom kolejne dzieci mają dziś szansę na leczenie w Polsce w ramach refundacji.

Jest Pani również w zarządzie Fundacji Matek Lekarek. Co już udało się zrobić dzięki Fundacji?

W tym roku Fundacja stawia na edukację i samokształcenie środowiska lekarskiego. Prowadzimy „Wtorki z wiedzą” – specjalistki z różnych dziedzin w krótkiej formie dzielą się tym, co najważniejsze dla lekarzy wielu specjalizacji. Ja często zajmuję się tematami szczepień. Wiedza medyczna stale się zmienia, więc dobrze mieć platformę do regularnego dzielenia się nią.

Fundacja była w tym roku współorganizatorem Kongresu Matek Lekarek wraz z Okręgową Izbą Lekarską w Warszawie. Tematem przewodnim było budowanie więzi, i to dobrze oddaje nasze cele. Fundacja może też szybko reagować na nagłe sytuacje losowe: w porozumieniu z rodziną zorganizowałyśmy zbiórkę dla dziecka tragicznie zmarłego lekarza – w miesiąc zebrałyśmy ponad 35 tys. zł, by choć w ten sposób pomóc rodzinie w niewyobrażalnie trudnym czasie.

Czego życzyłaby Pani sobie i całemu środowisku lekarskiemu na najbliższe lata?

Mniejszej dziury budżetowej i w końcu właściwego dofinansowania systemu ochrony zdrowia – tak aby pieniądze na zdrowie traktować nie jako koszt, ale inwestycję w społeczeństwo. Pacjenci, zwłaszcza starsi, niepełnosprawni lub tacy, którzy z powodu choroby nie mogą pracować, bez sprawnego systemu publicznego sobie nie poradzą. Życzę nam też rozszerzenia refundacji szczepień, tak by profilaktyka była realnie dostępna, oraz po prostu zdrowia i odrobiny spokoju – którego w ochronie zdrowia tak bardzo brakuje.


Anna Szarla jest współtwórczynią społeczności Matki Lekarki (od 2017 r.), od 2025 r. zasiada w zarządzie i Radzie Programowej Fundacji. W samorządzie lekarskim – delegatka na OZL oraz KZL (VIII–IX kad.), członkini ORL (IX), zastępczyni OROZ (l. 2024-2025). Działała w zespołach ORL w Warszawie (Matek Lekarek, ds. Szczepień, ds. Monitorowania Naruszeń w Ochronie Zdrowia).


Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 12/2025-1/2026