Zapiski z dyżurów

Prezentujemy „Zapiski z dyżurów” Renaty Paligi – laureatki I miejsca w Konkursie Literackim „Przychodzi wena do lekarza” (2016) w kategorii w kategorii „opowieść pacjenta – opowieść lekarza”.

Renata Paliga
Foto: archiwum prywatne

Jestem pewna, że madonny nie golą nóg. Nie goliły i golić nie będą. Bo i po co? Pod sukniami pełnymi nieba wszystko rośnie jak szalone, nadprzyrodzone. Szczelnie okrywają, aż do cokołu, nikt nie dostrzeże, nie wylajkuje i nie wydrwi. W końcu są tkane na krosnach różańców.

Zastanawiające, ile w splocie materii jest podziękowań, a ile żalu wypłakanego przez starców i dzieci.

Grupa w wieku produktywnym modli się statystycznie rzadziej i jakościowo inaczej. Częściej kupuje, do nich skierowany jest przekaz podprogowy mający podwaliny w modlitwie, ale to zupełnie co innego.

Szyte z nieboskłonów suknie dbają o to, by nie zaburzyć rytmu wszechświata i jego płodności. Odrastająca szczecina dnia następnego jest zawsze odstraszająca. Co ludzie powiedzą, napiszą, co na to NFZ.

Madonny nie golą nóg w proteście przed wszechogarniającym świat konsumpcyjnym podejściem do natury. To ich protest song przed agresywnym naporem kanonów łysego piękna. Obrona lasów tropikalnych przed wyrżnięciem, oprotestowanie płodzenia tylko pięknych i zdrowych, walka z przywilejem wyboru momentu śmierci, który się słusznie należy, itp.

Madonny nie golą nóg.

Tym bardziej te nieprzytomne.

W wyobraźni zaklejam plastrem usta. Usta zazwyczaj starannie umalowane nawet o dwunastej w nocy. Wargi, które syczą monologi na temat niewydepilowanych nóg przywiezionych z wypadku czy nagle z ulicy. Że takie zaniedbane, że jak można, że obrzydliwe, że nie dotkną i niech ona pójdzie. Że pewnie nie przeżyją do końca dyżuru.

***

Małe dziewczynki dzielą się na te grzeczne i niegrzeczne. Ładne i nieładne. Mądre i niemądre. Biedne i niebiedne. Posiadające koty i te, które wybierają nieżywe zabawki. Ratujące zapchlone i chore koty i te, które wolą ich nie dotykać. Które karmią głodne bezpańskie koty, noszą stare kocyki i w końcu zabierają do domu i te, które likwidują rozstawione miski, bo zaburzają harmonię i wygląd miejsc użyteczności publicznej.

Kiedy małe dziewczynki dorosną i stają się lekarkami, dzielą się na: grzeczne i niegrzeczne. Ładne i nieładne. Mądre i niemądre. Biedne i niebiedne. Ustosunkowane i samotne. Posiadające żywe koty i te, które wolą ich nie posiadać.

Ratujące zapchlone i chore i te, które wolą ich nie dotykać bo roznoszą choroby. Karmiące głodnych i te, którym karmienie uwłacza i zlecają personelowi innemu.

Kiedy koty, dziewczynki, pchły, lekarki i choroby idą do nieba, każdej się wydaje, że przed wejściem poprawia aureolę.

***

Miała drobne zniszczone dłonie. Mówili, że nigdy ciężko nie pracowała. Patrzyła całe dnie w sufit. Leżała na łóżku przy oknie, patrzyła w niebo i w sufit, więc skąd te pomarszczone dłonie? Zniszczone jak ziemia, odrodzone jak ona.

Nie. Nie chorowała. Więc dlaczego leżała całe dnie? Nie wiadomo. Skąd te dłonie zniszczone, umartwione, czarne? Nie wiadomo.

Zachodziły w głowę, stojąc u stóp trumny. Stały, trzymając wiechcie kwiatów, bujne bukiety z przydomowych ogródków. Takie wystarczą. Nikt nie będzie filmował, bo sobie nie życzyła. Stara dziwaczka!

Ciekawe, czy przyjedzie syn. Opowiadała o nim, że istnieje na pewno, chociaż nikt go nigdy nie widział. Nie wiadomo, czy znajdzie czas, jeśli jest tak ważny, jak sądzili.

Pod łóżkiem znaleźli kartki. Tysiące. Miliony kartek zapisanych ołówkiem. Małe, duże, żółte, białe, stare i całkiem nowe. Pisała całe dnie, patrząc w niebo i wrzucała zapisane pod łóżko.

Pytali ludzie czasami:

– A co tam tak bazgroli?

– Mówią do mnie, to piszę – i gapiła się w przestrzeń za oknem dzień po dniu i noc po nocy.

Używała słów dziwnych których nikt nie rozumiał, albo łączyła je w taki sposób, że miały posmak kpiny i radości, goryczy i przemijania, a wszystko to jednocześnie.

Pisała. I wrzucała kartki pod łóżko.

Kiedy po latach zapytali mnie, jaka była Poetka. Odpowiedź nie łamała tajemnicy lekarskiej i była jednocześnie rozpoznaniem.

– Miała oczy pełne chmur.

***

Byłam kiedyś panną młodą. Białą bezą z najprawdziwszym welonem. Został wyszarpany z włosami o godzinie dwunastej, która miała wszystko zmienić. ,,To wina spinek”. Były za ciasne, a jego dłonie bezlitosne. Piszczałam, uśmiechając się mimo bólu. Teraz wiem, że to była wróżba moich zaciśniętych zębów i uśmiechniętych warg.

Na dyżur przywieźli pannę młodą. Około siedemnastej, wielką bezę w białym welonie ze złamaną nogą. Główna atrakcja wydarzyła się po pierwszym toaście, między rosołem a drugim daniem. Pan młody miał wg zwyczaju złapać, nie złapał i złamał, skacząc prosto na piszczel.

– Tylko błagam, niech Pani zdąży przed oczepinami – wycierała rozmazane czarne łzy.

Postarałam się. Zdjęcie, konsultacja, gips jak trzeba, potem schnięcie, poprawa makijażu. Wywieźli wózek z roześmianą Młodą i pięknym białym butem wystawionym na widok publiczny ku uciesze kamer, fleszy i oczekujących na pomoc ustawionych w kolejce. Pielęgniarki sypały ryż i gaziki, Młody przyniósł pieczyste udka.

Na weselu nie tańczyła. Zbierała podpisy na fikuśnym gipsie, patrzyła na innych, jak bawią się i piją jej zdrowie raz za razem. ,,Za zdrowie młodej”, zamiast ,,Gorzko”.

Wielokrotnie spotykałyśmy się. Można powiedzieć, że zaprzyjaźniona z jej ciałem szyłam często to lub tamto. Z opowieści wynikało, że jej dom, schody, drzwi żyją swoim życiem i wbrew prawu grawitacji.

Ciało skarżyło, ale dusza pozostawała nieprzystępna. Omijała moje spojrzenia i wymuszała milczenie.

Rozmawiała tylko z katem.

***

Chcą, żeby zabrać z ich losu chorobę. Pesele dwunożne na spiralnych schodach, DNA wibrujące spiralnie. Do góry i z powrotem. Musi lekarz zabrać im chorobę. Nie ważne jak i kogo nią obarczyć. Musi. Litery wypisywać ładnie, czytelnie, nie bazgrolić, bo znowu trzeba będzie spiralnie się wspinać. Musi. Numerki statystyczne niezależne od stanu posiadania grupy krwi i koloru oczu. Musi. Na drukach do renty im więcej, tym lepiej. Musi kłamać. Musi. Inaczej jest zły. Niedobry. Nieludzki i cham.

W internecie same opisy chamstwa nieludzkiego, że choroby nie zabrał, a pieniądze zabrał. Po co mu pieniądze. Jeść nie musi, rozmnażać też zabronić! Niech zasuwa, a nie o głupotach myśli!

Jak to z tobą Panie/Pani Chory jest? Co ma dać albo zabrać człowiek w białym fartuchu, abyś był szczęśliwy w bezbolesnym ciele i do tego wiecznym?

Co w tym dziwnego, że mam gdzieś twoje oczekiwanie? Będzie co ma być i nic tego nie zmieni. Niczego nie mogę. Nawet wiedzy użyć prawidłowo nie mogę, bo państwo mnie ukarze i zabierze moim dzieciom.

Jesteś dzisiaj pięćdziesiąty. Przy trzydziestym nikt już nie słucha. Nie wyjdę wcześniej, chociaż źle się czuję. Tego zabrania sumienie, bóg i stowarzyszenie primum non nocere, którego wcale nie stworzył Hipokrates.

***

Widzę czasami w oku spiralnej klatki schodowej spadające z najwyższego piętra umordowane i upodlone po tygodniach wdychania chorego powietrza skundlone anioły, rozpostarte na połach białego fartucha.

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.